Year: 2016

„O pisaniu” — jaki Bukowski wyłania się z jego listów?

Chciałbym móc cofnąć się w czasie, sięgnąć po te listy i dopiero wtedy po „Faktotum” i spółkę. Robiąc to w odwrotnej kolejności, też bawiłem się świetnie, ale wiem, że mając te listy w głowie, miałbym trochę inne wyobrażenie tego pisarza. To, że bardziej „ludzkie”, wiadomo — banał, ale też bogatsze o kilka elementów. Jak lojalność, którą Bukowski wykazywał wobec Johna Martina, swojego wieloletniego wydawcy, nawet w czasie konfliktów („Pozostałem Ci wierny. Miałem propozycje od nowojorskich wydawców. Miałem propozycje od konkurencji. Zostałem u Ciebie. Ludzie, sporo ich było, mówili mi, że jestem głupi. Nie przejmowałem się tym. Sam podejmuję decyzje z osobistych powodów. Byłeś, gdy nie było nikogo innego, pomogłeś mi zdobyć pieniądze dzięki archiwom. Kupiłeś mi porządną maszynę do pisania. (…) Do osiemdziesiątki, jeśli dożyję, zostało sporo lat, uprzątnijmy więc z drogi bzdurne przeszkody. Chcę być na Twoim pogrzebie i móc uronić łzę, wrzucając do grobu mały bukiet. Ok?”). O rodzaj sentymentalności, której Bukowski zdaje się niemal wstydzić, a która dopada go czasami, zmuszając do nagłych rozedrganych wyznań („Gdy szczęście dopisuje i książka wychodzi, idę …

Ile jajek na twardo zjadł inspektor Ignaz Braun? O „Pruskiej zagadce” Piotra Schmandta

Piotra Schmandta miałem okazję widzieć podczas Gdańskiej Afery Kryminalnej 2015 w Bibliotece Oliwskiej. Sprawiał wrażenie inteligentnego, oczytanego i sympatycznego faceta, którego ciało dokonałoby samospalenia, gdyby musiał przy ludziach wypowiedzieć słowo „cycki” (podejrzewam, że z gardła Schmandta wyszłyby raczej „wzgórza rozkoszy”). Także jeżeli szukasz czegoś z pazurem, to zapomnij o Schmancie, dla którego szaleństwa młodości wyglądają tak: „Ignaz przypomniał sobie, jak kilka lat temu założył się z kolegą z Frankfurtu Menem, inspektorem Thauem, kto zje więcej jajek na twardo. Ignaz przegrał, zjadł jedenaście i pół, o dwa mniej niż kolega. Takie były szaleństwa najwcześniejszej młodości berlińskiego policjanta”. Jeżeli w życiu raczej „zerkasz lubieżnie”, niż „kierujesz aksamitne spojrzenia”, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz zbyt szczegółowych opisów posiłków, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz przydługawych, świętoszkowatych opisów mszy, drogi krzyżowej i innych religijnych obrzędów, od których nie do końca wiesz, czy chcesz wydłubać sobie oczy, czy może wstąpić do zakonu, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz książek niespiesznie płynących przez prawie sześćset stron, to zapomnij o Schmancie. „Pruską zagadkę” polecam tylko w jednym jedynym …

Ile twarzy ma tajfun? O reportażu „Twarze tajfunu” Małgorzaty Szumskiej

Dla większości Polaków Filipiny są skojarzeniową białą plamą na mapie; nierzadko do tego stopnia, że nawet nie wiedzieliby gdzie na globusie położyć palec, żeby je wskazać. To samo w sobie jest wystarczającym powodem do sięgnięcia po „Twarze tajfunu”. Od czego są reportaże, jeśli nie od wypełniania białych plam? Ale do rzeczy. W 2013 roku przez Filipiny przeszedł supertajfun Haiyan, na wyspach zwany Yolandą. Dla Filipińczyków tajfuny to nic nowego, ale ten był potężniejszy, niż jakikolwiek wcześniej. Zdmuchnął ich domy. Rozrzucił ciała ludzi i zwierząt, przez co jeszcze długie miesiące znajdowali zwłoki. Ludzie potracili domy, prace, dobytek, normalne życie. Małgorzata Szumska poleciała na Filipiny jako wolontariuszka YPDR, bo chciała im pomagać. Na miejscu robiła wiele rzeczy — odgruzowywała, robiła wywiady środowiskowe, rozśmieszała dzieciaki występami teatru lalkowego, czyściła rany, prowadziła sesje terapeutyczne. Ale obok tego wszystkiego, cały czas rozglądała się, rozmawiała z ludźmi, próbowała wszystko zrozumieć, poznać Filipińczyków. Tajfun ma bardzo wiele twarzy — dokładnie tyle, ile osób, które go przeżyły. Spotykając różnych Filipińczyków, Szumska pyta ich zawsze o te same trzy rzeczy — jak przeżyli Yolandę, …

Czarna dziura w Gdańsku. Kogo usłyszymy na SpaceFeście w 2016 roku

SpaceFest to gdański festiwal skupiający się na kosmicznej, melancholijnej i nastrojowej muzyce — rozmaitych eksperymentach, muzyce psychodelicznej, shoegazie i space-rocku. Już niedługo, bo 2 i 3 grudnia, w Klubie Żak odbędzie się szósta edycja imprezy. Jak dotąd, na pięć edycji, byłem na czterech. W 2014 przygotowałem zapowiedź, a potem wrażenia. W 2015 pochłonęła mnie czarna dziura. A teraz, w 2016, znów będę, więc stworzyłem tę tekstową pigułkę, żeby was nakręcić. Pełną rozpiskę znajdziecie na stronie festiwalu, tu zaprezentuję wam próbki muzyczne niektórych twórców tegorocznej edycji. Zacznę od dwóch projektów, na które czekam najbardziej. Pierwszy to MDME SPKR z Wielkiej Brytanii. Po odsłuchu epki „Humanoid” (2015) stwierdzam, co następuje: w muzyce garaż, punk, ale też stoner i psychodelia, podane w energetyzującej i charakternej formie; prawdziwym skarbem jest jednak głos tej kobiety — potężny, charyzmatyczny, dziki, brutalnie seksowny. Poniżej odsłuch wspomnianej epki. HUMANOID by MDME SPKR Drugi wymaga odwiedzin w ciemniejszym fragmencie galaktyki — gdyńskie Lonker See, którego płytę zamówiłem kwadrans po tym, jak pierwszy raz ją przesłuchałem. Przecudowna muzyka — gęsta, mroczna, wciągająca, korzeniami sięgająca zarówno …

Plantarium Kamili Ciszek. Czyli stacja kosmiczno-botaniczna dla oplątw i sukulentów

Robiłam śniadanie, kiedy Michał próbował policzyć wszystkie moje roślinki. Wiedziałam, że nie jest to łatwe zadanie, bo sama kiedyś próbowałam, bez rezultatu. Spora doniczka kaktusów na małym stoliku. Dwie ławy i cały parapet zastawiony gęsto doniczkami różnej wielkości. Mnóstwo roślin na podłodze w różnych zakątkach pokoju. I spora doniczka zaczepiona nad oknem, z której zwisała bardzo długie i bujne Epipremnum złociste. Jest sporo dorosłych osobników, ale zdecydowana większość to młodziutkie sadzonki żyworódki, nad której rozmnażaniem już dawno straciłam kontrolę. Nie zdziwiło mnie wcale, gdy wracając do pokoju z talerzem kanapek i kawą usłyszałam bezradny głos Michała: „Próbowałem, ale zgubiłem się przy trzystu osobnikach, za to doliczyłem się ponad pięćdziesięciu doniczek”. Większość mojej domowej dżungli stanowią wspomniane już żyworódki, które w postaci czterech ledwo od ziemi odrastających kurduplów Michał wiózł do mnie przez pół Polski. Mam też wyciągniętą ze śmietnika monsterę i kilka roślin odebranych interwencyjnie, za rażące niedbalstwo. Cudownie jest patrzeć, jak odżywają. Jakieś sadzonki dostałam od sąsiadki, która za każdą nawet najdrobniejszą przysługę, czuje wewnętrzny przymus odwdzięczenia się, a odwdzięcza się często właśnie roślinami. …

Stolica walczy. Tylko kto jest dobry? O przygodówce „Zapomniane Księgi: Skradzione Królestwo”

Widzimy stolicę jakiegoś królestwa. Przemawia król; głosem pełnym wściekłej determinacji ogłaszając swoim poddanym nową straż — mechaniczne golemy, stworzone, by pilnować ładu i bronić miasto przed zdradzieckimi Gwardzistami, do których król pała nazbyt ewidentną nienawiścią. Jeden z Gwardzistów, zakapturzony mężczyzna w masce ptaka, stoi w tłumie, wmieszany między ludzi, słuchając zapowiedzi króla: golemy nie spoczną, póki ostatni z buntowników nie zawiśnie. Tak rozpoczyna się wydana trzy dni temu, 10 listopada, przygodówka „Zapomniane Księgi: Skradzione Królestwo”, sygnowana przez Artifex Mundi, choć wyprodukowana przez inne polskie studio, World-Loom. CZYM SĄ HOPA? JAKIE SĄ GRY ARTIFEX MUNDI? Dla mnie gry spod szyldu Artifex Mundi są wśród przygodówek tym, czym pratchettowska seria Świata Dysku wśród książek fantasy. Czymś takim, do czego możesz się przyzwyczaić; wiedząc, że zbyt szybko się nie skończy (Pratchett w tym cyklu wydawał czterdzieści jeden pozycji — Artifex Mundi chyba nawet więcej gier), że łatwo się wchłania (w tym dobrym sensie, w sensie przyjemnego odcięcia się od świata, tak bardzo pożądanego, od czasu do czasu), że doświadczenie, mimo coraz to nowszych wątków i motywów, będzie miało …

„Tokyo Bits”, ilustrowany zin o przeprowadzce do Japonii

Dostałem dziś przesyłkę z Japonii – szara koperta średniego formatu z rysunkiem gościa bez głowy, ubranego w kraciastą koszulę i unoszącego otwartą dłoń, z wnętrza której łypało na mnie oko. W środku znalazłem książeczkę wydrukowaną na różowym papierze, zin ilustratorski „Tokyo Bits”. Jego autorką jest Ewelina Skowrońska, ilustratorka i dizajnerka, która przeprowadziła się z Londynu do Tokio. Na czterdziestu stronach „Tokyo Bits” Skowrońska pokazuje różne aspekty przeprowadzki do Kraju Kwitnącej Wiśni – inny język, inną pogodę, inne miasta, inną mentalnością, inną technikę, inną kuchnię. „To nie była miłość od pierwszego wejrzenia”, czytamy w jednej ze scen. Autorka pokazuje to wszystko w sposób humorystyczny, choć niepozbawiony głębi i nostalgii. Bardzo przyjemnie przez to przebrnąłem, a na końcu chciałem więcej. Całość jest wykonana bardzo efektownie – minimalistycznie, z jednolitym tłem (różowym lub niebieskim) i brakiem wszelakich wstawek, a także pięknymi, z pozoru niechlujnie naszkicowanymi rysunkami. Do tego prosta, ale ładna, wymowna i klimatyczna, anglojęzyczna narracja, pojawiająca się tu i ówdzie, na wolnej przestrzeni, no i powstał efekt bardzo ciekawy, ładny, w taki sympatyczny i uroczy sposób. „Tokyo …

O bieliźnie seksownej i zmysłowej. Pięć polskich marek

Ostatnie kilka godzin przeglądałem sesje zdjęciowe polskich marek bieliźniarskich (nie żebym jako heteroseksualny samiec przy tym ucierpiał!), poszukując takiej, która podoba mi się najbardziej – seksownej, ale też zmysłowej i w jakiś sposób oryginalnej. Takiej, że jak facet o moim guście ją zobaczy, to wpada w amok, w trakcie którego obija się od ścian, próbując sobie przypomnieć, w którym kierunku jest jego partnerka. LE PETIT TROU Jeśli chodzi o Le Petit Trou („małą dziurkę”) to przede wszystkim, mają najlepszą sesję ze wszystkich pięciu marek, które się tu pojawiają. Zdjęcia są wysokiej jakości, modelka jest ładna i przede wszystkim bardzo charyzmatyczna, otoczenie fotogeniczne – to wszystko składa się na bardzo udaną sesję, równocześnie seksowną i sympatycznie zabawną. Te dwie ostatnie cechy to zresztą najlepsze podsumowanie tej marki – dużo seksapilu, szczypta humoru. „Le Petit Trou stworzyłam z potrzeby posiadania bielizny zmysłowej, pięknej i wygodnej – innej niż ta dostępna na rynku” – pisze Zuzanna Kuczyńska, autorka marki. Do kupienia w Showroomie. CHARLOTTE ROUGE Charlotte Rouge jest zdecydowanie najszerzej znaną polską niezależną marką bielizny, z Fejsem obserwowanym …