filmy
jeden komentarz

Pięć filmów o dziwakach

Raz, ciekawe ile osób przeczyta tytuł jako „Pięć filmów o dziwkach”, heh. Dwa, gdyby ktoś przegapił poprzedni wpis filmowy — „Pięć filmów o miłości dla osób nielubiących filmów o miłości” — gorąco polecam także tamtą piątkę. Trzy, tu poznacie się, lub spotkacie ponownie, z małą zgrają filmowych dziwaków. Dodam tylko, że dla mnie dziwak, to ktoś odstający, zagubiony. W żadnym wypadku nie jest to określenie negatywne.

WSZYSTKO JEST ILUMINACJĄ

Główny bohater filmu „Wszystko jest iluminacją” (ilustracja u góry) z pewnością dziwakiem jest. Bo jak inaczej nazwać gościa, który kolekcjonuje przedmioty po zmarłych ludziach i odwiedzonych miejscach, by później przykleić je na ścianie? Mówimy o przeogromnej kolekcji, a wśród nich zużyta prezerwatywa, sztuczna szczęka, wisiory, znaczki pocztowe, próbka gleby, karta do gry, szmatki, baloniki, nakrętka po Fancie, kluczyki, niedojedzone opakowania tabletek, notatki, aparat na zęby, rysunki, majtki — wszystko zabezpieczone w woreczkach foliowych i podpisane stosownym rocznikiem. Wystarczy zobaczyć sposób, w jaki głównym bohater, Jonathan Safran Foer (grany przez Elijaha Wooda), obserwuje swoją ścianę, żeby wiedzieć, że jest człowiekiem nietuzinkowym. Dziwakiem. Warto dodać, że Jonathan Safran Foer to autentyczny pisarz, autor książki, na podstawie której powstał ten film, a także innej książki — „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” (również pięknie zekranizowanej). W jedną z najciekawszych postaci filmu, Alexa, wcieli się Eugene Hütz, czyli frontman grupy Gogol Bordello. Ów Alex mieszka na Ukrainie, gdzie razem z ojcem i dziadkiem prowadzą biznes — wożą po kraju amerykańskich Żydów poszukujących swoich przodków, rodzinnych miejsc, majątków, przedmiotów. Jonathan będzie właśnie jednym z tych Żydów, ale nie zdradzę nic więcej.

JABŁKA ADAMA

Niektórzy zaliczają „Jabłka Adama” do dramatu, inni do czarnej komedii — prawdę mówiąc to sprawa ma się pół na pół. Tytułowy Adam to neonazista, który trafia na resocjalizację do wiejskiej parafii. Poza nim są tam jeszcze Arab-terrorysta i ex-tenisista alkoholik. I chociaż jest to trio dziwaczne, złożone z zupełnie różnych osobowości, prawdziwym dziwakiem i powodem, dlaczego ten film się tu znalazł, jest Ivan — pastor prowadzący tę niewielką parafię. Chodzi przede wszystkim o jego niezwykłą, zderzającą się wręcz z szaleństwem, zdolność do wypierania ze świadomości tego, co złe, widząc we wszystkim tylko jasne strony. Tam jest przykładowo taka scena, w której ptactwo obsiadło jabłoń (bardzo istotną dla fabuły zresztą), wyżerając jabłka, a podopieczni Ivana postanowili sobie z tym poradzić przy pomocy pistoletów. Arab-terrorysta się rozkręca i ustrzela również kota, pupila alkoholika, a kiedy ten ostatni krzyczy: „zabił mi kota”, Ivan odpowiada spokojnie: „Skończmy z oskarżeniami. Kot miał swoje lata, w czasie strzelaniny spadł z drzewa”. Nie zdradzając innych scen, dodam tylko, że każdym razem, kiedy ktoś zasugeruje Ivanowi jego dziwactwo, ten odpowie, ze specyficznym dla siebie spokojem: „to gruby nietakt”.

KONTROLERZY

„Kontrolerzy”, czyli filmowy debiut Węgra Nimróda Antala. Obraz pokazuje losy kanarów z budapesztańskiego metra, a konkretniej grupy pracującej z głównym bohaterem Bulcsú. I naprawdę, dziwaków w tym filmie nie brakuje — cała ekipa jest jakaś powykręcana. Jeden leje więcej keczupu niż ma frytek. Inny paląc fajki, gardłuje do tamtego o szkodliwości fast foodu. Młodzik wciąż ślizga się na nowych butach. Béla zapala papierosa ogniem tak dużym, że przypala sobie brew, po czym zeruje jakąś gorzałkę i wsiada do kabiny maszynisty. Szofi paraduje w stroju misia. Takich przykładów można mnożyć, ale „Kontrolerzy” znaleźli się tu przez głównego bohatera. Bulcsú to wykształcony, utalentowany gość, który z jakiegoś powodu odrzucił życie na powierzchni, wybierając metro, z którego nie wychodzi — tam pracuje, żyje, śpi. I sam nie wiem, czy dziwniejsze jest w nim właśnie to, czy to jak świetnie radzi sobie wśród ludzi, z którymi nie łączy go niemalże nic.

WSZYSTKIE ODLOTY CHEYENNE’A

„Wszystkie odloty Cheyenne’a” to film, w którym Sean Penn przeobraża się w byłą gwiazdę rocka, obecnie żyjąca z tantiem, wyglądem stylizowaną ewidentnie na Roberta Smitha z The Cure. Warto go obejrzeć dla samej kreacji Penna – szalenie intrygującej postaci ekscentrycznego Cheyenne’a, który, choć zdaje się być przeraźliwie spokojny i zdystansowany, niemalże obojętny, w rzeczywistości jest wielotonową atomówką pokrytą warstwą włosów, pudru i szminki. Chociaż w wielu momentach film rozśmieszył mnie do łez (jako przykład niech padnie, jak Cheyenne tłumaczy kobietom w windzie sekrety makijażu albo jak pyta swoją żonę „dlaczego Lady Gaga…?”, po czym urywa pokonany bezkresem rozczarowania), tak naprawdę to jest piękny i bardzo smutny obraz. Dużo w nim nostalgii, sentymentu do czasów minionych, do muzyki z tamtych lat. Oryginalny tytuł filmu to „This Must Be The Place”, hołd dla zespołu Talking Heads i ich „This Must Be The Place (Naive Melody)” — utworu, który zresztą został zagrany wewnątrz filmu. Minęło dwadzieścia osiem lat między premierą tego utworu a premierą filmu, co idealnie wręcz wkomponowuje się w tęsknotę za starą muzyką. David Byrne, frontman Talking Heads, pojawia się nawet w scenie po koncercie jako postać, kolega z czasów muzykowania. I ten moment, kiedy Cheyenne wybucha Byrne’owi w twarz cholernie długo duszonymi wspomnieniami, to według mnie jedna z piękniejszych scen, jakie widziałem.

THE ROCKY HORROR PICTURE SHOW

„The Rocky Horror Picture Show” to na tyle duże dziwactwo, że na stówę wiele osób nie wytrwa nawet do zakończenia (szczególnie że tam wariactwo osiąga wyżyny), ale ja nie będę ukrywał, że uwielbiam ten film i uważam go za dziwactwo kultowe. Po ten nagrany w 1975 roku musical sięgnąłem ze względu na aktora, Tima Curry’ego, który grał też przerażającego klauna Pennywise’a w horrorze mojego dzieciństwa. Przeglądałem na Filmwebie jego filmografię i mnie zaciekawiło. To jest mieszanka science fiction, musicalu i czarnej komedii. Film mocno śmieje się z kiczu amerykańskich filmów, a równocześnie sam ten kicz wynosi na całkiem nowe wysokości. Otóż jest pewna para, Brad i Janet, której psuje się samochód, cholera wie gdzie w lesie, w dodatku w środku nocy, w pobliżu zamczyska, w którym mieszka wspomniany N-Furter. Oprócz tego, że jest szalonym naukowcem, okazuje się też być… wampirem transwestytą. Więc wstępują do niego, oboje grzeczni i poukładani, a on próbuje ich zmienić (nie sprecyzuję jak). W każdym razie tych śpiewów i widoku Curry’ego tańczącego w pończochach nie zapomina się nigdy.

Wszystkie pięć prac stworzyła absolutnie fantastyczna Marcelina Amelia. Jej prace znajdziecie na stronie internetowejFacebooku, Instagramie i Tumblrze.

Jeden komentarz

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi