filmy
Skomentuj

Pięć filmów o miłości dla osób nie lubiących filmów o miłości

Mam okropną awersję do romansideł. Jeśli bohaterowie i ich dylematy nie wciągają mnie w oderwaniu od romansu, obraz jest przegrany. Chciałbym więc pokazać pięć filmów, w których wątek miłosny został ubrany w coś ciekawego. Zanim jednak przejdę do opowiadania, jeszcze coś: cudne ilustracje, które tu widzicie, zmajstrowała Marcelina Amelia (jej Facebook i strona). Dziko dziękuję, dziękuję dziko!

HER

Zacznę od „Her” Spike’a Jonze. Jest to opowieść o Theodorze Twombly (rewelacyjnie wciela się w niego Joaquin Phoenix), samotnie mieszkającym w wielkim mieście. Od kiedy rozstał się z żoną, Catherine, i stracił pracę w redakcji, pracuje jako autor listów w BeautifulHandwrittenLetters.com, gdzie ludzie zamawiają piękne słowa z okazji rocznic, urodzin, ślubów. Smutno jest patrzeć, jak Theodor rozsiewa w listach tęczę, a później wraca do pustki swojego życia. Któregoś dnia wpada jednak na reklamę pierwszego systemu operacyjnego ze sztuczną inteligencją. Podobno został zaprogramowany, by poznać potrzeby użytkownika i wyjść im naprzeciw. Theodor postanawia sprawdzić, czy to prawda. Kupuje OS1, instaluje i przygoda się rozpoczyna. Przygoda o głosie Scarlett Johansson, która zbudowała tę postać, mimo ograniczeń, naprawdę świetnie. Przygoda dziejąca się między człowiekiem a sztuczną inteligencją, ale ciii… „Her”, mimo obecności aktorów bardzo popularnych (wspomniani Phoenix i Johansson, czy choćby Olivia Wilde), jest ambitny, bliższy produkcjom offowym. Reżyser unika zbędnego moralizowania, uproszczeń i tanich sztuczek, tworząc bardzo smutny, choć szalenie istotny film. Zupełnie nie rozumiem, czemu dyskusje skupiają się na porównywaniu ludzi i maszyn, ciągle mam to wrażenie, że nie to jest ważne — to tylko tło, istotny element, ale nie znaczenie filmu. Tak naprawdę to nawet nie jest film o przyszłości (nie licząc samego systemu, gry komputerowej i kilku drobiazgów, ukazana rzeczywistość niedaleko odbiega od naszej), a o ludziach zablokowanych w teraz i wczoraj.

NIEWINNI CZARODZIEJE

„Niewinni czarodzieje” jest dla tych nieprzepadających za filmami Andrzeja Wajdy. I nie zmienia tego fakt, że jest to jeden z pierwszych filmów, jakie wyreżyserował. Nie ma tu jednak wajdowskiego przeciętniactwa — jest za to opowieść (stworzona przez dwóch scenarzystów — Jerzego Skolimowskiego i Jerzego Andrzejewskiego), z jednej strony szalenie magiczna, a z drugiej pokazana tak realnie, jak bardzo rzadko się w filmach zdarza. Jest to historia sportowego lekarza, w wolnym czasie grającego w zespole jazzowym Niewinni Czarodzieje. Któregoś dnia jest w klubie z kumplem i tamten wypatruje dziewczynę — „szałową dziwkę”, jeśli sięgać po jego słowa. Podchodzi do niej, jednak ta jedynie zaprzecza głową. Następuje szybka dedukcja, że „ostatnia szansa to ten numer z taksówką”. Tajniki poznacie sami — numer faktycznie owocny, choć w skutki nieoczekiwane. Między dziewczyną a naszym lekarzem zaczyna się coś, przez co znika reszta świata. Nawet jej ostatni pociąg staje się… nieosiągalny. Chociaż od początku oboje uprawiają pewnego rodzaju grę, zasłaniając się dziesiątkami fikcji, wszystko zdaje się prawdziwsze od dotychczasowego życia. Trafiają do jego mieszkania, w którym nie tylko nadają sobie fikcyjne imiona — Bazyl i Pelagia — ale również kontynuują ową grę. Jeśli dołożyć do tego cudowną muzykę Krzysztofa Komedy i obecność jego samego w filmie (szczególnie w krótkiej, choć cudownej scenie w bramie podwórka), powstaje miks, który podbił moje serce doszczętnie. Dla mnie ten film z 1960 roku jest portalem. Do czasów, których nie miałem okazji poczuć. Do jeszcze żyjącego Komedy. Do bohaterów niemalże we mnie ożywionych.

MILLION DOLLAR HOTEL

„Million Dollar Hotel” (reżyseria Wim Wenders, scenariusz Nicholas Klein) to, z tej piątki, bez wątpienia najbardziej znany film — w niektórych środowiskach wręcz kultowy. Najbardziej w tym obrazie uwielbiam (oczywiście poza przecudowną ścieżką dźwiękową, w której zadymiony jazz miesza się z rockiem Bono z U2) sposób, w jaki główny bohater widzi świat. TomTom (rewelacyjnie zagrał go Jeremy Davies) niemal we wszystkich kwestiach stoi na poboczu, niby tego samego, choć tak zupełnie inaczej widzianego, życia. Tak naprawdę jest tylko jeden element, który ma potencjał, by złączyć go z tym światem — miłość do niejakiej Eloise (najlepsza rola Milli Jovovich). To jest niesamowite w jaki sposób, w swojej głowie, TomTom przeskakuje nad wszystkimi wadami i problemami tej kobiety, lądując dopiero w miejscu, gdzie jest intrygująca i niezwykła.

CODE 46

Uwielbiam „Code 46” za wiele rzeczy. Bo ma piękną muzykę skomponowaną przez The Free Association (projekt Davida Holmesa, Steve’a Hiltona i Pati Yang). Bo to jeden z tych nienachalnych obrazów, w pewnej części dopowiadanych w naszych głowach. Niby pokazany jest konkretny świat niedalekiej przyszłości, ale tak naprawdę ani Michael Winterbottom od strony reżyserii, ani Frank Cottrell Boyce od strony scenariusza, nie starają się, by ten świat wychodził na pierwszy plan. To nie jest film o niebezpieczeństwie gmerania w genetyce. Ani o tytułowym kodeksie 46, kontrowersyjnym prawie ustanowionym ze względu na upowszechnienie klonowania. Ani też o społeczeństwie podzielonym na zaniedbane przedmieścia i miasta, do których wstęp mają nieliczni. To jest film o konkretnej osobie — o Marii Gonzales. To jej niezwykły głos (użyczony przez fenomenalną Samanthę Morton) nakreśli wszystko: jej pragnienia, wspomnienia, smutki, plany, urodzinowy sen. To nie ma znaczenia, że najpierw zobaczymy Williama (Tim Robbins), bo to jest jej opowieść. Tak naprawdę dopiero w drugiej kolejności jest o rzeczach uniwersalnych. O tym, kim jesteśmy. Czym są nasze wspomnienia. O tym, że trzeba mieć pasję. Że gdzieś tam jest druga połowa twojej magii. I że może nią nie być twoja żona.

IMAGINE

„Imagine” to film Andrzeja Jakimowskiego, z przyjemną muzyką Tomasza Gąssowskiego (świetne jest w niej to, że nie gra przez cały film — uwielbiam, jak film ma sporo momentów bez tła muzycznego). Opowiada historię Iana, niewidomego uczącego innych niewidomych, pacjentów prestiżowego lizbońskiego ośrodka, sztuki orientacji w przestrzeni. Nie wszystkim jednak podobają się metody nauczania, jakie stosuje — odrzuca on bowiem korzystanie z laski, stawiając na słuch, echolokację i specjalne sztuczki. Ian (Edward Hogg) jest pełen sprzeczności. Łagodny w obyciu, a równocześnie bardzo silny jako osobowość. Zestawiający ulotne wyobrażanie i bardzo konkretną dedukcję. Towarzyski, a równocześnie bardzo zamknięty. Tak się akurat złożyło, że w ośrodku przebywała również pewna unikająca świata niewidoma kobieta — Eva (Alexandra Maria Lara). Ona również zainteresuje się lekcjami Iana. Choć szybko zorientuje się, że próbuje on uczyć — zarówno dzieciaki, jak i ją — czegoś znacznie większego niż nawigacja w terenie.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi