malarstwo, streetart, twórczość
Skomentuj

Jestem malarką, dlatego maluję — to mój język. Rozmowa z Anną Taut

Dużo pamięta ze swojego dzieciństwa, nawet rzeczy bardzo wczesne, z czasów kiedy miała półtora roku. Mówi, że nie zapomniała, jak to jest być dzieckiem, być zupełnie nowym na tym świecie. Że malarzem jest się cały czas, nawet gdy nie dochodzi do samego aktu rozprowadzania farby po płótnie. Że nie śledzi za bardzo sztuki innych, ale kiedy już coś ją zainteresuje, szuka, czyta, bada, daje temu „szansę się wykazać i nie zniknąć pod stertą kolejnych, nowszych, świeższych”. Opowiedziała mi o sobie, o swoim malarstwie, streetartowym duecie Atak Crew, a także podejściu do sztuki. Zapraszam na rozmowę z Anną Taut.

Twoja ulubiona historyjka z dzieciństwa.

Mam mnóstwo historii z dzieciństwa, zwłaszcza że naprawdę dużo pamiętam nawet z bardzo wczesnego okresu. Moje najstarsze wspomnienie, które udało mi się umieścić w czasie, to narodziny mojej siostry – śnieg, obok tata, w dole moje buciki, a w górze mama, której nie mogłam dojrzeć w szpitalnym oknie. Miałam półtora roku. Często opowiadam rodzicom historie z punktu widzenia dziecka lub oni z pozycji osoby dorosłej, wymieniamy doświadczenia, umiejscawiamy je w czasie. Tak jak wtedy, gdy na wczasach, przed moim tatą stanęła trzyletnia Ania z uszami zalepionymi na gładko błotem, stwierdzając: „tata nic nie słyszę!”. Skończyło się godzinnym płukaniem głowy w misce z wodą. Doskonale pamiętam jak do tego doszło. Dzieci w piaskownicy miały tyle fantazyjnych foremek, a ja jedynie te potwornie nudne wiaderko. Szukając czegoś ciekawego wpadłam na genialny pomysł! Uszy! Gdyby nie te cholerne prawa fizyki na pewno miałabym najfajniejsze babki w całej piaskownicy! Dzieciom po prostu brakuje doświadczenia, poznania. Wszystko jest nowe i nieoczywiste. Nie wiesz, że po upadku nadejdzie ból, nie znasz mechanizmów przyczynowo-skutkowych. Pamiętam też różne sytuacje, obrazy, uczucia. Pamiętam jak to jest być dzieckiem, być zupełnie nowym na tym świecie. Na przykład bardzo dobrze pamiętam gdy uczyłam się mówić. To przedziwne i frustrujące uczucie, gdy doskonale wiesz, jak brzmi słowo, które chcesz wypowiedzieć, lecz twoje usta, język uparcie układają się niewłaściwie, powodując zupełnie odmienne dźwięki. To cholernie wkurzające, gdy chcesz coś wyrazić, zasygnalizować, ale nie do końca jeszcze wiesz co trzeba zrobić, żeby uzyskać pożądany efekt. Pozostaje tylko płacz. To jak mieć w głowie jakąś melodię i próbować ją zagrać drugiej osobie na instrumencie trzymanym w rękach zaledwie kilka razy w życiu.

Jak byś siebie opisała? Co cię napędza?

Nieustannie pasjonuje mnie malarstwo! Nowe wyzwania, zadania do rozwikłania, to ciągłe gonienie za nieuchwytnym. To coś niezwykle uzależniającego. Malarzem jest się cały czas. Cały czas się maluje, nawet gdy nie dochodzi do samego aktu rozprowadzania farby po płótnie. W głowie wciąż się ustawia kolory, łączy formy, wciąż przetwarza bodźce dochodzące ze świata. Tak już jest. Bywają okresy, że artysta wykonuje większą pracę w myślach niż na płótnie. Potem trzeba gonić, by sprawność ręki dogoniła nabytą wiedzę, by dorównała rozwojowi emocjonalnemu. Dlatego trzeba ciągle malować, codziennie, pracować, jak w każdym innym zawodzie, od rana do wieczora, by nie powstał zbyt duży dysonans. Chyba przede wszystkim chodzi o to, żeby nauczyć się łatwo wchodzić w skupienie, przechodzić ze świata zewnętrznego w ten intymny, pracowniany. By nie spędzać całych dni, tygodni, miesięcy w samotności. W pracowni bardzo szybko i łatwo się dziczeje, a ja naprawdę lubię ludzi. Trzeba nauczyć się takiej samodyscypliny, konsekwencji, zarówno w kwestii zamykania się w pracowni jak i w wychodzenia z niej. Nie można porzucać świata! To tam wszystko się dzieje! To z stamtąd się czerpie! Nakręcają mnie ludzie, puls życia, jego tempo, ale też dzika przyroda, pola, góry, lasy. Uwielbiam podróże. Znalezienie się nagle w zupełnie innym miejscu i rzeczywistości pozwala na złapanie dystansu do codzienności i całej jej pozornej niedoskonałości. Świat staje się ogromny, złożony, pełen możliwości, a nasze zmartwienia zupełnie bez znaczenia w kontekście jego ogromu.

Urodziłaś się w Warszawie, mieszkasz w Gdańsku. Skąd ta zmiana? Jak widzisz Gdańsk?

Tak, urodziłam się w Warszawie tu spędziłam całe moje dzieciństwo oraz nastoletnie życie. Do Gdańska wyjechałam na studia. To miasto zawsze było mi bliskie. Mam tu rodzinę: ciocie, kuzynostwo. Gdańsk kojarzył mi się wtedy z wakacjami. To były wycieczki tramwajem na plaże w Jelitkowie, to był ogród botaniczny, stare wille i alejki magicznej Oliwy, godziny spędzone w ogrodzie na wygrzewaniu się w popołudniowym słońcu. W tamtych czasach było to dla mnie miasto przede wszystkim tajemnicze i magiczne. Teraz Gdańsk, to Stare Miasto, Akademia, Akademik. Miejsce, w którym zaczęłam się określać. Malowałam od zawsze, ale to dopiero na studiach poznałam ludzi, których pociąga to co mnie: kolory, formy, generalnie cały wizualny aspekt tego świata. W szkole podstawowej zawsze byłam „tą, która rysuje”, wycina gwiazdki na dyskotekę, odrabia za kolegów prace na plastykę. W Warszawie skończyłam Liceum Ogólnokształcące. Moi znajomi pokończyli kierunki społecznie pojmowane jako poważne: matematykę, ekonomię, lingwistykę. To wspaniali ludzie, jednak bardzo odmienni ode mnie. Przyjazd do Gdańska, Akademia to było coś niesamowitego! Prawdziwy wybuch doznań! To tu, tak naprawdę wszystko się narodziło! To miasto było i zawsze będzie dla mnie środowiskiem – wspaniałymi ludźmi których miałam szczęście tu spotkać. Teraz znów jestem w Warszawie, a w sumie to już na wpół w Berlinie. U mnie nie ma takiego pojęcia jak „na stałe”. Błyskawicznie przyswajam nowe miejsca i od razu nazywam je domem, bo dom jest w nas i w naszych najbliższych.

Malarstwo, streetart i grafika. Zawodowo niczego innego nie robisz?

Zawodowo nie. Uparta jestem. Całą energię poświęcam na to. Jak chce się coś w życiu robić na poważnie, to nie można tak po trochu, po godzinach, w wolnym czasie. Lubię sobie wieczorem pójść na basen albo wyskoczyć na rower, ale nie czyni to ze mnie sportowca. Do tego trzeba determinacji, systematyczności, inaczej staje się to tylko dodatkiem, zwykłym hobby. Wszystko co robię wiąże się z plastyką lub wpływa na polepszenie jej jakości. Inne rzeczy (nawet jeśli przynoszą zysk finansowy) są dodatkiem, odchamiaczem, takim dziwnym hobby w postaci zwykłych zajęć czy pracy. U mnie jest po prostu inaczej niż u większości ludzi. Moja praca czyli malarstwo jest moim życiem, przyjemnością, pasją, a przyziemne sprawy dodatkiem, takim właśnie hobby. Poza tym ja zupełnie nie nadaję się do pracy dla kogoś, gdzieś w korporacji, za biurkiem. Ciągle gdzieś mnie gna, gdzieś ciągnie, a ja się temu poddaję. Nikt nie chciałby takiego pracownika. [śmiech]

Dużo jest na twoich obrazach kobiet w bardzo podobnym zawieszeniu. Półnagich, zawiniętych we wszystko – rajstopy, pościele, siebie, miks różnych stanów (błogości, niepokoju, trochę jakby sennej seksualności). Czy ten motyw coś dla ciebie znaczy? Czy po prostu lubisz go malować?

To nie jest kwestia lubienia. Maluję z potrzeby. W duszy siedzą różne namiętności. To co mnie otacza, wciąż na nowo na mnie oddziałuje. Nie wiem dlaczego malując podejmuję takie, a nie inne, decyzje. Raz jedne rozwiązania wydają mi się właściwe, ciekawe, a innym razem zupełnie nieinteresujące. Wiele razy przeglądając niezrealizowane zalążki projektów, nie mogłam dopatrzeć się korzenia mojej inspiracji – powodu dla którego akurat tę myśl zanotowałam, dlaczego wydała mi się ciekawa. Po prostu już tego nie czułam. Wszystko zależy od chwili, od momentu w którym akurat znajdujemy się w życiu, w którym tworzymy. Mówię o człowieku, o jego kondycji w relacji do otaczającego go świata. Lubię zderzać go z różnymi przestrzeniami, formami, wikłać go w różne relacje, obserwować i reagować na powstały efekt. W malowanym obrazie poszukuję pewnego odczucia, stanu, którego choć nie nazywam, to konsekwentnie dążę do jego przedstawienia. Malarstwo powinno poruszać, wzruszać, oddziaływać. W moim przypadku rozgrywa się to na poziomie emocji, podświadomości. Polegam na wrażliwości i otwartości widza, który jest w stanie znacznie więcej opowiedzieć sobie o moich obrazach niż ja. To dobrze. O to chodzi. Zawsze powtarzam, że nie umiem mówić o swoich obrazach. Gdybym miała piękny głos pewnie bym zaśpiewała, gdybym była poetką pewnie bym napisała. Jestem malarką, dlatego maluję – to mój język, nie chcę go tłumaczyć na słowa.

W dobie tabletów i Photoshopa malujesz tradycyjnie, na płótnie. Takie malarstwo cię najbardziej inspiruje?

Tabletu i Photoshopa też używam, choć przyznaję, że nie lubię i bardzo mnie to męczy. To takie grzebanie łyżką w misce z owsianką. Grymaszenie przy stole. A może tak, a może siak. Każdy ruch, każdą decyzję mogę cofnąć, „poprawić”, ale nie wiadomo przecież, czy to co, chciałam na początku będzie faktycznie najlepszym rozwiązaniem. Takie suche realizowanie założeń, wydaje mi się bardzo mało rozwijające, a przede wszystkim nudne i pozbawione całej niespodzianki tworzenia! Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na poryw chwili, gdzie nerwowe uderzenie pędzla, rozlanie farby, gdzie przypadek? Mam takie wrażenie, że rzeczy, które wychodzą spod piórka tabletu, ciągle gonią za doskonałą niedoskonałością rzeczywistości. Doskonałą niedoskonałością papieru, płótna, farby, narzędzia. Bo świat właśnie taki jest – niedoskonały. To dlatego ta komputerowa perfekcyjność jest taka obca, drażniąca oko, po prostu sztuczna. Programy graficzne są wciąż udoskonalane, by użyte w nich narzędzia, filtry, były jak najbardziej naturalne. Komputerowa doskonałość wyliczeniowa jest ciągle umyślnie „psuta”, by stać się bardziej niedoskonałą, życiową po prostu ludzką. Czyż nie łatwiej, i znacznie przyjemniej, jest sięgnąć po pędzel czy ołówek, zamiast gimnastykować się nad tym, co rzeczywistość jedynie imituje, spędzając godziny w tej samej pozycji, gapiąc się w świecące okno monitora? Przecież to jakiś absurd! Żart świata goniącego za rozwojem technologicznym! W dzisiejszych czasach omijanie digitalizacji jest trudne, wręcz niemądre i niepożądane. Świat pędzi. Projekty mają być na jutro, a najlepiej na wczoraj. Od artysty jest wymagana elastyczność, a zleceniodawcy roszczą sobie prawo do ciągłego ingerowania w projekt. Ta możliwość łatwego wprowadzania poprawek staje się niezbędna, bo szybsza i skuteczniejsza, lecz pozbawia niestety artystę przyjemności tworzenia. Zmusza do bycia wydajnym, perfekcyjnym, nie daje przestrzeni do poszukiwania, odkrywania, popełniania błędów, które prowadzą do rozwoju, bo to właśnie przypadek jest matką wynalazku! Zatrzymują artystę w strefie „bezpiecznej”, w której może z łatwością powielać znalezione rozwiązania. Na szczęście wszystko da się ominąć. Ja też, podobnie jak inni, oddaje projekty złożone w komputerze.

Jeśli chodzi o murale, na szczęście projekty mają za zadanie jedynie ukazać organizatorowi nasze zamiary, ogólny charakter, elementy założenia. Do właściwego aktu tworzenia dochodzi na samej ścianie, która też, sama nas kieruje, narzuca ograniczenia, poddaje rozwiązania. Praca nad muralem nigdy nie jest suchym realizowaniem projektu. Jest to raczej opieranie się na jego konstrukcji, kompozycji, elementach przy ciągłym poszukiwaniu odpowiedniej formy, koloru, już w relacji z przestrzenią. Gdy pracuję nad plakatem czy grafiką, która ostatecznie ma przejść przez proces druku, staram się możliwie najdłużej pracować ręcznie, a dopiero w końcowej fazie digitalizować pracę.

Poza obrazami tworzysz też rzeczy uliczne. Jak poznałaś Adama Kłodeckiego (aka Theosone – przyp. mn)? Jak to się stało, że założyliście ATAK crew? Jakie były wasze pierwsze streetartowe kroki? No i z czego jesteś w tej kwestii szczególnie dumna?

Adama poznałam na studiach i od tego czasu jesteśmy nierozłączni. Adam studiował wzornictwo, ja malarstwo, oboje mieszkaliśmy w akademiku. To było dość naturalne, że również na przestrzeni artystycznej zaczęliśmy współpracować. Zaczęło się to chyba wtedy, gdy Adama zupełnie pochłonęła kaligrafia, a ja coraz bardziej zaczęłam wchodzić w świat malarstwa ściennego i ilustracji. Pojawiła się możliwość połączenia naszych działań. Wcześniej byłoby to dość trudne, zwłaszcza, że ja siedziałam stricte w malarstwie sztalugowym, a Adam zajmował się ciężkim projektowaniem – tramwaje, pociągi, 3D. Nagle pojawiło się pole do współpracy. Adama wciąż kręciło graffiti, chciał wrócić do działań miejskich, a ja miałam już spore doświadczenie na ścianie i w wielkoformatowym malarstwie, przy czym raczej w klimacie rusztowanie, farby i szeroki pędzel, niż pucha i czarny kaptur. Potem był jeden festiwal, drugi i tak się zaczęło. W sumie ta współpraca wciąż się rozwija i definiuje. Cieszę się, że wspólnie działamy. Nasze zupełnie odmienne podejście do tematu pozostawia ogromne pole do poszukiwań, ścierania się temperamentów i jakości plastycznych, tworząc niezwykle zaskakującą mieszankę.

Gdybyś miała z czegoś zrezygnować — ze streetartu lub malarstwa, które by to było?

Nie chciałabym z niczego rezygnować, a raczej rozwijać kolejne środki wyrazu jak taniec współczesny i performance. Choć płótno było przed ścianą, to jedno bez ustanku wpływa na drugie. Moje malarstwo bierze z działań ściennych, a ściana z malarstwa i mimo, iż stylistycznie jedno bardzo różni się od drugiego, to bezsprzecznie mają na siebie ogromny wpływ i wciąż wymieniają się doświadczeniami.

Czy sama dużo chłoniesz sztuki czyjejś? Jakich artystów cenisz?

Niespecjalnie śledzę innych artystów, do tego trzeba systematyczności, której zdecydowanie mi brak. Staram się natomiast nie traktować ich pobieżnie, szczególnie tych, na których natknę się w internecie. Galeria, wystawa, daje artyście możliwość pełniejszej wypowiedzi, w internecie pojedynczy obraz staje się zupełnie bezbronny, wklejany to tu to tam na tablice, wpinany pomiędzy tysiące innych. Internet dostarcza niezliczonej ilości zdjęć, zajawek, inspiracji, wszelkiego rodzaju karuzeli bodźców. Przesycony, znudzony świat goni bez opamiętania za ciągłym dostarczaniem nowych hitów! Coś raz zobaczone natychmiast traci swoją wartość. Nie dajemy sobie szansy by coś w nas pozostało, by w nas wrosło, odbiło jakiś ślad. Już nie czytamy – przeglądamy, przewijamy pośpiesznie tekst w poszukiwaniu informacji, by już biec za kolejnymi. Bezsensowna pogoń za beztreścią, kaloryczną papką nibywiedzy! Kolejne bariery zostają złamane i coraz trudniej jest zdobyć uwagę widza. Zwykłe wzbudzenie zainteresowania odbiorcy już nie wystarczy. Więcej! Mocniej! Potrzebny jest szok! Rzeczy bardziej subtelne po prostu umykają. Media dwoją się i troją, żeby poruszyć widza: Skandal! Katastrofa! Tragedia! Brakuje wystarczająco mocnych słów, brakuje tematów, które wzbudziłyby jeszcze sensację. Więcej! Mocniej! STOP. Żeby coś z tego wszystkiego mieć, trzeba na chwilę przystanąć, zatrzymać się, odetchnąć, poświęcić pełną uwagę, jak przy czytanej książce czy oglądanym filmie. Inaczej nic nie zostanie, inaczej trzeba traumy, szoku, by odcisnęło się piętno. Gdy coś mnie zainteresuje szukam, czytam, badam, daję szansę, by mogło się wykazać i nie zniknąć pod stertą kolejnych, nowszych, świeższych. Teraz jest tyle możliwości! Internet, Facebook, wystawy, tanie loty, naprawdę można być na bieżąco! Tyle do zobaczenia! Jak we wszystkim i tu trzeba umieć zachować równowagę, przestać póki tego wszystkiego nie jest jeszcze za dużo, póki da się to jeszcze jakoś ogarnąć, rozróżnić, poczuć, póki nas to nie zdominuje. Nie można przecież więcej czasu spędzać na wernisażach czy w internecie, niż we własnej pracowni. W końcu chodzi o to, by samemu coś opowiedzieć, a nie tylko przysłuchiwać się innym! Do tego trzeba doświadczać, przeżywać, bo w przeciwnym razie w wyobraźni i na płótnach pojawiać się będą jedynie cudze obrazy, cudze historie.

Annę Taut znajdziecie na Fejsie i na Behance.

malarstwo, streetart, twórczość

Autor,

Lubię słuchać ambientu podczas długich spacerów. Nie wychodzę z domu bez plecaka, w którym pomieszkują: latarka, papierowe magazyny, książki, zeszyty, no i mnóstwo papieru, żebym w każdej chwili mógł napisać kolejny list. Fotografuję wyłącznie analogiem, a mój telefon jest ode mnie głupszy. Zbieram płyty muzyczne, książki, skasowane bilety autobusowe. No i listy. Często wracam do tych archiwalnych, na nowo je czytając i oglądając wrzucone do kopert załączniki. Kocham ukorzeniać nowe roślinki, oglądać mapy i dotykać drzew. Znajdziesz mnie też na Fejsie i na Twitterze.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi