Author: Michał Nowakowski

Nastrojowa sesja od duetu Biały Kadr nad Zalewem Mietkowskim

Podoba mi się ta sesja, bo z jednej strony, oczywiście, że jest pozowana, ale z drugiej — ze względu na urokliwe miejsce i utrudnione okoliczności, bije z niej też coś takiego mimo wszystko spontanicznego, jakby to rzeczywiście był fotograficzny zapis mikroprzygody. Jako człowiek, który jod wdycha przez cały rok, nie pozostałem obojętny klimatowi tej mokrej sesji, nawet jeśli pokazuje tylko zalew, czy — jak kto woli — „dolnośląskie morze”, Jezioro Mietkowskie. W kadrach tych znajdziecie bardzo dużo wody, roślinności, łódek i jachtów, a na tle tego wszystkiego, piękną, fotogeniczną modelkę. Cudowny klimat tych zdjęć, a także ich niezwykła uroda techniczna (kolory, rozmydlenie, rozjaśnienie) podbiły moje serce, a świetne gify jedynie poprawiły efekt. „Nazywamy się Dorota i Piotr” — napisali autorzy sesji. „Jesteśmy parą w życiu oraz wspólnie fotografujemy. Głównie zajmujemy się fotografią ślubną. Sesja odbyła się mocno spontanicznie, spotkaliśmy się nad Zalewem Mietkowskim. Baliśmy się, że pogoda pokrzyżuje nasze plany. I rzeczywiście w trakcie sesji padało, na szczęście nie zrezygnowaliśmy. Wręcz przeciwnie — deszcz nas zainspirował”. Sesja powstała przy użyciu dwóch Nikonów — D750 z …

„White Bird” — piękna sesja Katarzyny Czerniak

Fotograficzne połączenie roznegliżowanych kobiet i kwiatów niezwykle łatwo sknocić. Internet jest świadkiem ile tego typu sesji, zamiast poetyckością i prostym pięknym, epatuje pretensjonalnością i nieznośnym kiczem. Kiedy jednak ten motyw ująć dobrze, z wyczuciem i dobrym okiem, przy udziale modelki lubiącej się z obiektywem i fajnego analoga, otrzymujemy efekt przepiękny. Taki, który po raz enty udowadnia, że nie ma w tym świecie nic piękniejszego, niż naturalne kobiece ciało. Przykładem tego jest niniejsza sesja autorstwa Katarzyny Czerniak. „Zdjęcia wykonane były bardzo spontaniczne, podczas tworzenia zupełnie innego konceptu” — zdradza autorka. — „Poprosiłam wtedy moją znajomą, aby pozowała mi przy przepięknym wtedy kwitnącym owocowym drzewie. Była wiosna, pachniało cudownie kwiatami, a za nami było ogromne pole rzepaku. To był moment, chwila ulotna, podczas której wyjęłam z torby mojego Zenita TTL z Heliosem 58/2 i filmem Kodaka ColorPlus. Serię tych kilku portretów nazwałam »White Bird«, bo postać ze zdjęcia kojarzy mi się z białym ptakiem, kruchym, delikatnym i ulotnym jak ta chwila”. O sobie mówi tak: „Mam dwadzieścia siedem lat, pochodzę i mieszkam aktualnie w Poznaniu. Niedawno wróciłam …

Wrocławski pub 4Hops w projekcie Kingi Offert

Chciałbym wam coś pokazać i zupełnie nie przeszkadza mi, że w rzeczywistości tego już nie ma (przynajmniej nie w takiej formie, jak na załączonych zdjęciach). Jestem po prostu zachwycony tym szalenie prostym, ale wyrazistym i przeuroczym projektem, jaki latem 2015 roku Kinga Offert zmajstrowała dla startującego wówczas wrocławskiego pubu z kraftowym piwem. Knajpa nazywa się 4Hops, oferuje kraftowe piwo i, od pewnego czasu, również meksykańskie żarcie. Mieści się w centrum Wrocławia, przy ulicy Ofiar Oświęcimskich 46. „Kinga Offert, jest ilustratorką i grafikiem projektowym. Mieszka i tworzy w Poznaniu. Tu narysowała postać Ministra, we Wrocławiu postać chmiela dla 4Hops. Prywatnie matka dwójki dzieci. Lubi ilustrować miasto i ludzi najlepiej w dużym formacie” — czytamy w notce o niej. Jak sama mówi, miała pełną dowolność przy wymyślaniu wnętrza: „Kolega, który już tam nie siedzi, bardzo lubił moje prace i chciał, żeby to było właśnie takie, jak ja chcę. To ja narzucałam im raczej klimat”. I rzeczywiście, te prace, mimo komercyjnego charakteru, mogłaby śmiało umieścić w swoim portfolio, obok spontanicznie i prywatnie stworzonych rzeczy. Jest specyficzny dla niej …

Pudełko po kremie

Supermarket. Stałem w kolejce do kasy. Przede mną facet, a przed nim staruszka, osiemdziesięcioletnia lekką ręką, ale obstawiałem, że nawet starsza. Ubrana była biednie; w zniszczone ciuchy, z wygniecioną reklamówką zamiast torebki. Młoda kasjerka nabiła jej zakupy, a potem powiedziała coś w stylu: „Jeszcze ten krem, który pani schowała”. Staruszka, ewidentnie zdziwiona, tłumaczyła, że nie wie, o co chodzi, ale kasjerka ciągnęła temat, robiąc raban wokół tego kremu. Zarzuty nie były przedstawione dyskretnie, więc słyszeliśmy to ja, facet przede mną i kilka osób wokół. Staruszka szła w zaparte, a kasjerka kontynuowała: „Gdzie schowała pani ten krem Nivea? W tej czarnej siatce?”. Staruszka była coraz bardziej roztrzęsiona — mieszanka strachu i poniżenia zwilżała jej oczy. Załamującym się głosem powtarzała, że nie wie, o co chodzi. Że żadnego kremu nie schowała. Kasjerka dalej swoje. Facet przede mną coś powiedział, ale nie zrozumiałem co — chyba „Zapłacę za ten krem”, na wypadek, gdyby okazało się, że to kradzież (choć mogłem być naiwnym idealistą). Staruszce zaczęły trząść się dłonie, już jakby bez wiary w powodzenie powtarzała, że ona niczego …

Michał podróżuje w czasie

Żeby być uczciwym, ja nigdy z lat dziewięćdziesiątych tak do końca nie wyszedłem. Nigdy nie przestałem słuchać muzyki z cedeków. Mam zresztą tę samą wieżę, co wtedy — takiego małego Technicsa. Stoi zawsze przy łóżku, ceniona niczym starożytny artefakt, a równocześnie używana zupełnie normalnie, na co dzień. Nie przestałem pisać papierowych listów. Słysząc słowa „skrzynka pocztowa”, w pierwszej kolejności wciąż przychodzi mi do głowy ta metalowa, na klatce schodowej. W czasach serwisów internetowych w stylu LubimyCzytać, ja mam zeszyt, w którym długopisem wpisuję przeczytane książki, przy każdej z nich bazgrząc malutki rysunek. W czasach kiedy samowystarczalność jest w modzie, ja zawsze przyznaję, że potrzebuję innych. Zadaję im pytania, na które odpowiedź mógłbym wyguglować, tylko po to, żeby zobaczyć ten drobny uśmieszek, który pojawia się, gdy opowiadają o czymś, co ich fascynuje. Przychodzę do ludzi z pendrajwem, po pliki, które już dawno ściągnąłem i usunąłem. Jest 2017 rok, a ja wciąż staram się żyć, jakbym był w czasach, w których byliśmy sobie wzajemnie potrzebni. W czasach, w których był sens. W czasach, w których być może …

„O pisaniu” — jaki Bukowski wyłania się z jego listów?

Chciałbym móc cofnąć się w czasie, sięgnąć po te listy i dopiero wtedy po „Faktotum” i spółkę. Robiąc to w odwrotnej kolejności, też bawiłem się świetnie, ale wiem, że mając te listy w głowie, miałbym trochę inne wyobrażenie tego pisarza. To, że bardziej „ludzkie”, wiadomo — banał, ale też bogatsze o kilka elementów. Jak lojalność, którą Bukowski wykazywał wobec Johna Martina, swojego wieloletniego wydawcy, nawet w czasie konfliktów („Pozostałem Ci wierny. Miałem propozycje od nowojorskich wydawców. Miałem propozycje od konkurencji. Zostałem u Ciebie. Ludzie, sporo ich było, mówili mi, że jestem głupi. Nie przejmowałem się tym. Sam podejmuję decyzje z osobistych powodów. Byłeś, gdy nie było nikogo innego, pomogłeś mi zdobyć pieniądze dzięki archiwom. Kupiłeś mi porządną maszynę do pisania. (…) Do osiemdziesiątki, jeśli dożyję, zostało sporo lat, uprzątnijmy więc z drogi bzdurne przeszkody. Chcę być na Twoim pogrzebie i móc uronić łzę, wrzucając do grobu mały bukiet. Ok?”). O rodzaj sentymentalności, której Bukowski zdaje się niemal wstydzić, a która dopada go czasami, zmuszając do nagłych rozedrganych wyznań („Gdy szczęście dopisuje i książka wychodzi, idę …

Ile jajek na twardo zjadł inspektor Ignaz Braun? O „Pruskiej zagadce” Piotra Schmandta

Piotra Schmandta miałem okazję widzieć podczas Gdańskiej Afery Kryminalnej 2015 w Bibliotece Oliwskiej. Sprawiał wrażenie inteligentnego, oczytanego i sympatycznego faceta, którego ciało dokonałoby samospalenia, gdyby musiał przy ludziach wypowiedzieć słowo „cycki” (podejrzewam, że z gardła Schmandta wyszłyby raczej „wzgórza rozkoszy”). Także jeżeli szukasz czegoś z pazurem, to zapomnij o Schmancie, dla którego szaleństwa młodości wyglądają tak: „Ignaz przypomniał sobie, jak kilka lat temu założył się z kolegą z Frankfurtu Menem, inspektorem Thauem, kto zje więcej jajek na twardo. Ignaz przegrał, zjadł jedenaście i pół, o dwa mniej niż kolega. Takie były szaleństwa najwcześniejszej młodości berlińskiego policjanta”. Jeżeli w życiu raczej „zerkasz lubieżnie”, niż „kierujesz aksamitne spojrzenia”, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz zbyt szczegółowych opisów posiłków, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz przydługawych, świętoszkowatych opisów mszy, drogi krzyżowej i innych religijnych obrzędów, od których nie do końca wiesz, czy chcesz wydłubać sobie oczy, czy może wstąpić do zakonu, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz książek niespiesznie płynących przez prawie sześćset stron, to zapomnij o Schmancie. „Pruską zagadkę” polecam tylko w jednym jedynym …

Ile twarzy ma tajfun? O reportażu „Twarze tajfunu” Małgorzaty Szumskiej

Dla większości Polaków Filipiny są skojarzeniową białą plamą na mapie; nierzadko do tego stopnia, że nawet nie wiedzieliby gdzie na globusie położyć palec, żeby je wskazać. To samo w sobie jest wystarczającym powodem do sięgnięcia po „Twarze tajfunu”. Od czego są reportaże, jeśli nie od wypełniania białych plam? Ale do rzeczy. W 2013 roku przez Filipiny przeszedł supertajfun Haiyan, na wyspach zwany Yolandą. Dla Filipińczyków tajfuny to nic nowego, ale ten był potężniejszy, niż jakikolwiek wcześniej. Zdmuchnął ich domy. Rozrzucił ciała ludzi i zwierząt, przez co jeszcze długie miesiące znajdowali zwłoki. Ludzie potracili domy, prace, dobytek, normalne życie. Małgorzata Szumska poleciała na Filipiny jako wolontariuszka YPDR, bo chciała im pomagać. Na miejscu robiła wiele rzeczy — odgruzowywała, robiła wywiady środowiskowe, rozśmieszała dzieciaki występami teatru lalkowego, czyściła rany, prowadziła sesje terapeutyczne. Ale obok tego wszystkiego, cały czas rozglądała się, rozmawiała z ludźmi, próbowała wszystko zrozumieć, poznać Filipińczyków. Tajfun ma bardzo wiele twarzy — dokładnie tyle, ile osób, które go przeżyły. Spotykając różnych Filipińczyków, Szumska pyta ich zawsze o te same trzy rzeczy — jak przeżyli Yolandę, …

Czarna dziura w Gdańsku. Kogo usłyszymy na SpaceFeście w 2016 roku

SpaceFest to gdański festiwal skupiający się na kosmicznej, melancholijnej i nastrojowej muzyce — rozmaitych eksperymentach, muzyce psychodelicznej, shoegazie i space-rocku. Już niedługo, bo 2 i 3 grudnia, w Klubie Żak odbędzie się szósta edycja imprezy. Jak dotąd, na pięć edycji, byłem na czterech. W 2014 przygotowałem zapowiedź, a potem wrażenia. W 2015 pochłonęła mnie czarna dziura. A teraz, w 2016, znów będę, więc stworzyłem tę tekstową pigułkę, żeby was nakręcić. Pełną rozpiskę znajdziecie na stronie festiwalu, tu zaprezentuję wam próbki muzyczne niektórych twórców tegorocznej edycji. Zacznę od dwóch projektów, na które czekam najbardziej. Pierwszy to MDME SPKR z Wielkiej Brytanii. Po odsłuchu epki „Humanoid” (2015) stwierdzam, co następuje: w muzyce garaż, punk, ale też stoner i psychodelia, podane w energetyzującej i charakternej formie; prawdziwym skarbem jest jednak głos tej kobiety — potężny, charyzmatyczny, dziki, brutalnie seksowny. Poniżej odsłuch wspomnianej epki. HUMANOID by MDME SPKR Drugi wymaga odwiedzin w ciemniejszym fragmencie galaktyki — gdyńskie Lonker See, którego płytę zamówiłem kwadrans po tym, jak pierwszy raz ją przesłuchałem. Przecudowna muzyka — gęsta, mroczna, wciągająca, korzeniami sięgająca zarówno …

Stolica walczy. Tylko kto jest dobry? O przygodówce „Zapomniane Księgi: Skradzione Królestwo”

Widzimy stolicę jakiegoś królestwa. Przemawia król; głosem pełnym wściekłej determinacji ogłaszając swoim poddanym nową straż — mechaniczne golemy, stworzone, by pilnować ładu i bronić miasto przed zdradzieckimi Gwardzistami, do których król pała nazbyt ewidentną nienawiścią. Jeden z Gwardzistów, zakapturzony mężczyzna w masce ptaka, stoi w tłumie, wmieszany między ludzi, słuchając zapowiedzi króla: golemy nie spoczną, póki ostatni z buntowników nie zawiśnie. Tak rozpoczyna się wydana trzy dni temu, 10 listopada, przygodówka „Zapomniane Księgi: Skradzione Królestwo”, sygnowana przez Artifex Mundi, choć wyprodukowana przez inne polskie studio, World-Loom. CZYM SĄ HOPA? JAKIE SĄ GRY ARTIFEX MUNDI? Dla mnie gry spod szyldu Artifex Mundi są wśród przygodówek tym, czym pratchettowska seria Świata Dysku wśród książek fantasy. Czymś takim, do czego możesz się przyzwyczaić; wiedząc, że zbyt szybko się nie skończy (Pratchett w tym cyklu wydawał czterdzieści jeden pozycji — Artifex Mundi chyba nawet więcej gier), że łatwo się wchłania (w tym dobrym sensie, w sensie przyjemnego odcięcia się od świata, tak bardzo pożądanego, od czasu do czasu), że doświadczenie, mimo coraz to nowszych wątków i motywów, będzie miało …