Author: Ola Wilk

Featured Video Play Icon

Ramona Rey — Jak Ty

Kiedy poznałam Michała miał on kilka swoich muzycznych platonicznych miłości. Jedną z nich była Ramona Rey. Próbował mnie nawet tą miłością do niej zarazić. Gdy obklejaliśmy północną ścianę mojego pokoju plakatami, wyciął z jakiegoś magazynu zdjęcie Ramony i wcisnął między Mileną Lisiecką wróżąca ze szklanej kuli na plakacie „Według Agafii” a słoikiem ogórków marynowanych Agaty Królak reklamującym „Z działki, z lasu i takie tam”. Ten pierwszy podarował mi teatr Jaracza, ten drugi pochodzi z toalety dawnej gdańskiej Fikcji. Na zdjęciu się nie skończyło. Innym razem puścił mi film, w którego soundtracku jest utwór Ramony. Prób było więcej, polegały głównie na kilkugodzinnych sesjach muzycznych z wszystkimi trzema albumami RR po trochu. Szczerze mówiąc, podobały mi się piosenki Ramony, to jej balansowanie na granicy szaleństwa i histerii było wciągające, ale prawdziwą miłość i uzależnienie poczułam dopiero do piosenki „Jak Ty”. Do piosenki i klipu, bo pierwszy raz usłyszałam ją, oglądając jednocześnie teledysk i myślę, że właśnie dlatego zrobiła na mnie takie wrażenie. Mamy więc dwie Ramony, które przy pierwszym obejrzeniu klipu zinterpretowałam jako podwójną osobowość bohaterki teledysku. …

„Najważniejszy w plakacie jest przekaz”. Maks Bereski o plakacie i Plakiacie

Nazywa się Maks Bereski, choć pewnie część z was mijając go na ulicy, krzyknie: „Cześć, Plakiat!”, bowiem z tego internetowego projektu, w którym pokazuje własne, alternatywne wersje plakatów filmowych, jest najbardziej znany. Wikipedia wymienia go wśród kontynuatorów Polskie Szkoły Plakatu. Jest to dla niego powód do dumy, ale on sam chciałby zostać zapamiętany: „[…] jako ktoś, kto starał się zmienić pewien zły nawyk pójścia na łatwiznę w plakacie”. Jego przygoda z plakatem zaczęła się na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika — „[…] od momentu, gdy jako młody student poszukiwałem własnego wizualnego języka, by móc przelać odczucia i kłębiące się pomysły na papier. Zaczytywałem się wówczas w brytyjskim filmowym magazynie »Empire«, gdzie swe prace przez niedługi czas prezentował Olly Moss. Zainteresowałem się również Polską Szkołą Plakatu, do której dziś jestem przyrównywany, co jest bardzo miłe i nobilitujące. Był to fantastyczny okres w historii projektowania, intelektualnie stymulujący dla odbiorcy, jak i plakatowej konkurencji. Ponieważ z natury jestem buntownikiem i nie przepadam za »masówką« i komercją, ponieważ lubię poszukiwania, wpadłem na pomysł, by rozpocząć coś, co …

Big Poster Zin — „To ja, Narcyz się nazywam”

„Panie, kiedyś to były plakaty” — usłyszał Grzegorz Myćka od ekspedientki sklepu spożywczego, która podpatrzyła w rękach swojego klienta czasopismo otwarte akurat na stronie z artykułem o nowej fali plakatu polskiego. Cieszy to bardzo, że ludzie jednak doceniali tamten styl, ale jakby się tak dobrze rozejrzeć, to dzisiaj młody plakat ma się nieźle. Postara nam się to przybliżyć wspomniany wyżej Grzegorz Myćka oraz jego kolega po fachu Bartosz Mamak. Ta dwójka pasjonatów i twórców plakatów, doktorantów na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, powołała do życia grupę artystyczno-projektową Big Poster. „Cała inicjatywa ma na celu przyjrzenie się zjawisku nowego, młodego plakatu polskiego w kontekście współczesnych realiów projektowania graficznego” — dowiemy się z ich strony internetowej. Zin, którego pierwszy numer trzymam właśnie na kolanach, jest najważniejszym element całej inicjatywy. A jej podsumowaniem będzie katalog oraz cykl wystaw wybranych projektów. Big Poster Zin to niskonakładowa publikacja, wydawana w formie składanej książeczki. Po rozłożeniu na jednej stronie znajdziemy zbiór wyselekcjonowanych projektów z informacją o autorach oraz tekst krytyczny. Druga strona to plakat w formacie 98 × 68 cm, który można …

O domowej dżungli. Czyli pięć polskich marek, u których znajdziesz najpiękniejsze doniczki i kwietniki

Jest wiosna, a to najlepszy czas, żeby zadbać o swoje domowe dżungle. Praca z roślinami i ziemią to jedno z najbardziej odstresowujących mnie zajęć i również uzależniających. Zaczynasz od czterech kwiatków swobodnie mieszczących się na parapecie, a po roku okazuje się, że masz tyle roślin, że nie wiesz, w co je przesadzać i gdzie je stawiać. Już kiedyś pokazywałam wam kilka marek, w większości zagranicznych, tworzących produkty, dzięki którym możemy w ciekawy sposób wyeksponować domowe rośliny, tym razem zebrałam dla was produkty z Polski. Doniczki, kwietniki i osłonki, które znajdziecie w tym wpisie, są zarówno świetnym elementem wystroju, jak i pomocnym, w przypadku, gdy wydaje ci się, że kolejną doniczkę możesz sobie postawić co najwyżej na głowie. BUJNIE Bujnie to marka, która nie tylko ma fajną nazwę i przyciągające uwagę logo, ale także marka, która tworzy piękne i funkcjonalne stojaki oraz kwietniki dla roślin. Idealne, kiedy na parapetach i półkach brakuje już miejsca. Minimalistyczna forma, wysokiej jakości materiały i ręczne wykonanie — to główne zalety. Za Bujnie stoi para: Szymon i Iza, których przygoda z …

Czy centra handlowe są oazą dla matek? O „Jak pokochać centra handlowe” Natalii Fiedorczuk-Cieślak

Lubię obserwować ludzi na Instagramie, to moje wstydliwe hobby. Oni różnią się od tych z rzeczywistości, są jednocześnie mniej prawdziwi i bardziej sobą. Co to znaczy? Już wyjaśniam. Masz przed sobą Instagram młodej modelki, która zaczyna karierę — spodziewasz się mnóstwa selfie i zdjęć z sesji. Spodziewasz się, że jest pewna siebie, może nawet lekko arogancka. Wie, że faceci patrzą na nią z pożądaniem, a kobiety z zazdrością. Z zaskoczeniem odkryjesz, że ilość zdjęć jej kota, przyjaciół i miasta, w którym mieszka jest zdecydowanie większa niż ilość zdjęć z ręki, czy wykonanych w zachwycającym anturażu przez utalentowanych fotografów. Kobieta, na co dzień pani kierownik, surowa, wymagająca i zimna, zawsze elegancka i, jak ci się wydaje, zbyt poważna, żeby do sklepu iść na pieszo, publikuje swoje zdjęcie, gdzie siedzi na śniegu w stroju narciarskim z zamyśloną miną, w tle góry. Powiecie, że to tylko na pokaz, ale ja wierzę, że ta chwila „słabości” — zamyślenia, nie była planowana, a dzielenie się nią, to próba niezatracania siebie w pozie wymagającej szefowej. Nie wierzę, że nie ma ludzi, …

Za czym tęskni Marcin Wicha? Czyli o książce „Jak przestałem kochać design”

W gdańskim Brzeźnie stoi billboard osiedlowego baru mlecznego reklamującego się hasłem: „Zobacz jak bardzo urosły nam piersi”. „Logo też mają całkiem w cipkę” — zauważyła czytelniczka, kiedy Michał podzielił się na naszym fanpejdżu zdjęciem tej wątpliwej jakości reklamy. Patrząc na takie projekty, nie dziwi mnie, dlaczego Marcin Wicha przestał kochać dizajn. Ku chwale podobnych perełek powstają społeczności zrzeszone na Grafik płakał jak projektował, Brief — co znosi psychika grafika, Polska Szkoła Plagiatu, wyrazem tej frustracji jest też książka Wichy — projektanta, którego estetyczny gust kształtował się od najmłodszych lat za sprawą ojca, cenionego architekta, Piotra Wichy. „Zmarnowałem dzieciństwo i młodość. Nie słuchałem Stonesów ani Depeche Mode. Moimi rockmanami byli graficy” — wyznaje z przekorą autor. I dlatego jest jedną z najbardziej odpowiednich osób, które mogą opowiedzieć o tym, co działo się i nadal dzieje, co było, i jest, złego, a co dobrego w dizajnie. Książka to zbiór historii często w postaci krótkich anegdot, które spotkały Marcina Wichę. Najpierw w domu rodzinnym — życie z ojcem estetą i idealistą czasem może być trudne, często pouczające, ale …

Czy kobiety mają do powiedzenia więcej niż mężczyźni? „Kaprysik” Mariusza Szczygła

Są trzy rzeczy, które zawsze poprawiają mi humor: słodko-słony smak, spacer nad morzem i pies liżący mnie po nosie. Do tej listy dopisuję „Kaprysik” Mariusza Szczygła. To króciutka i przyjemna lektura na wieczór — zbiór reportaży, których wspólnym mianownikiem są kobiety. „Jak wiadomo, kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Uważam, że ludzkość nie robi z tego zjawiska wystarczająco dobrego użytku” — pisze we wstępie autor, po czym robi użytek z damskich historii i zbiera je w sześćdziesięciostronicowej książeczce z różową okładką i o wdzięcznym tytule „Kaprysik”. Jeśli myślisz, że infantylnie — pewnie masz rację. Ale kobiety (tak jak mężczyźni) bywają czasem infantylne i o ile nie dzieje się to bez przerwy i nie przybiera rozmiarów rozpuszczonego dziecka, nad którym nie można zapanować, jest to nawet rozczulające. Tak jak historie, które opowiada Szczygieł. Jest reportaż o kobiecie, która przez prawie sześćdziesiąt lat zapisywała szczegółowo i bardzo rzeczowo, co robiła każdego kolejnego dnia życia. Zeszytów zapisała ponad siedemset. Znajdziecie opowieść o Annie, która od 1991 roku, od dnia, gdy potrzebowała zdjęcia dyplomowego, regularnie odwiedza szczeciński zakład …

Co się wydarzyło w martwej dolinie? O „Martwej dolinie” Franka Westermana

Jakie są twoje wieczorne rytuały? Czytasz książkę, robisz sobie herbatę, przesuwasz palcem po kolejnych aplikacjach w telefonie, oglądasz telewizję, zasypiasz? Poranki również mają swój stały rytm. Po przebudzeniu bierzesz prysznic, parzysz kawę, gapisz się w okno, przeglądasz gazetę, włączasz radio, szykujesz się do wyjścia. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że gdzieś między twoim myciem zębów przed snem i parzeniem kawy przed wyjściem z domu, być może w momencie, kiedy gasisz nocną lampkę lub kiedy śnisz o przepisie na emememsy otrzymanym od czteroletniego syna sąsiada, na innym kontynencie umiera prawie dwa tysiące ludzi, kilka tysięcy zwierząt, wszelkie życie poza roślinnością i nikt nie wie dlaczego? Ta tragedia wydarzyła się naprawdę w nocy z 21 na 22 sierpnia 1986 roku w dolinie Nyos w Kamerunie. Większość ofiar wyglądała jakby zmarła we śnie, domostwa nie były zniszczone, dolinę okryły martwe ciała ludzi, zwierząt, a nawet owadów. Pierwsze doniesienia dotyczące tragedii mówiły o uwolnieniu się z jeziora chmury trujących gazów i uduszeniu wszystkich istot żywych, które znalazły się w jej zasięgu. Ustalaniem przyczyn tragedii zajęli się naukowcy z …

Na jakiej wyspie mieszka więcej niedźwiedzi niż ludzi? O „Białym” Ilony Wiśniewskiej

Książka, którą chcę polecić i przed którą chcę ostrzec to „Białe” Ilony Wiśniewskiej. Jeśli ta książka znajdzie się w twoich rękach, czeka cię ponad dwieście stron podróży, o jakiej ci się nie śniło, podróży przez mroźny Spitsbergen — krainę, którą zamieszkuje „dwa i pół tysiąca ludzi, a niedźwiedzi polarnych pół tysiąca więcej”, gdzie arktyczne lato jest „chłodniejsze od tego europejskiego o jakieś trzydzieści stopni” i gdzie „przez cztery miesiące nie ma słońca, a przez kolejne pięć nie zachodzi”. Ale uważaj, bo gdy dotrzesz do końca książki, będziesz chciał wyruszyć w tę podróż jeszcze raz, tym razem odległości mierząc kilometrami, nie stronami. „Białe” to nie przewodnik turystyczny po Spitspergenie, to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy zdecydowali się w tych trudnych dla człowieka warunkach, spędzić kawałek swojego życia. Na samym początku poznajemy Galinę młodą kobietę pracującą na statku wycieczkowym, która pewnego dnia wyskoczyła za burtę, od tak. Był rok 1985. „W morzu Arktycznym umiera się po kilku minutach” — pisze Wiśniewska, a Galina jakimś cudem przeżyła, zachęcano ją później, by jak najszybciej ubiegała się o azyl, …

Czy mieszkanie na kredyt to prawdziwy dom? „13 Pięter” Filipa Springera

W szkole mówili ci wiele niepotrzebnych rzeczy i jednocześnie nie powiedzieli jednej bardzo ważnej — człowiek nie jest ważny. Ważne jest to ile ma pieniędzy. Paradoksalnie, im mniej zarabia, tym łatwiej zarobić na nim. Będzie potrzebował kredytów, ale zaoszczędzi na prawniku, który powinien sprawdzić umowę przed podpisaniem. Będzie miał kredyt i straci pracę? Weźmie każdą inną, więc można mu dać płacę minimalną. Przestaje spłacać raty kredytu? Dajmy mu jeszcze opłaty za telefony i listy od windykacji, dodajmy mu koszty rozprawy sądowej, i niech się dorzuci do pensji komornika. Co będzie dalej? Komornik zajmie jego wynagrodzenie, przynajmniej tę część, którą może. On nie zarabia dużo, więc odsetki będą rosły. Jeśli to był kredyt hipoteczny, zajmą jego mieszkanie, sprzedadzą za jakiś procent wartości, część długu nadal zostanie. Zacznie pracować na czarno, żeby szybciej spłacić resztę, może dostanie zasiłek z Urzędu Pracy. A na koniec dowie się, że jest darmozjadem, obibokiem i nie chce mu się pracować, a przez to wszyscy obywatele muszą na niego łożyć. Ciekawa jestem kto z tych święcie oburzonych, tak ochoczo komentujących kwestię bezrobocia …