Latest Posts

Koniecznie wybierzcie się na Nacisk, nowy wrocławski festiwal druku

Jestem pełen podziwu, jak dobry program drukarnia Drukomat i stowarzyszenie Regime Brigade przygotowali na pierwszą edycję swojego nowego festiwalu druku, Nacisk. Jeżeli mieszkacie w okolicach Wrocławia, nie może was tam zabraknąć!

Zaplanowano dwie prelekcje — Ryszarda Kai i Patryka Hardzieja. Pierwszy, niezwykle utalentowany plakacista, opowie o tym, jak przelać siebie na papier. „O tym, jak w niezakłamany i nieskomplikowany sposób odbić swoje linie papilarne, jak tworząc pokazać prawdziwe »ja« nawet na małym fragmencie celulozy i utrwalić swój ślad w trybach ciężkich, ogromnych maszyn drukarskich w prosty sposób”. Drugi, ilustrator i propagator dobrego logotypu, „przeanalizuje identyfikację wizualną Centrali Produktów Naftowych, opowie o jej historii, twórcach i okolicznościach powstania”.

Grzegorz Myćka i Bartosz Mamak z grupy BiG Poster przygotowali na tę okoliczność wystawę, na której będzie można zobaczyć selekcję plakatów ich autorstwa, a także prezentację zinu będącego chyba ich największą zajawką (Ola pisała o nim pod koniec lipca) — oprócz dwóch pierwszych numerów, pojawiają się dwa realizowane w ramach festiwali ArtWeek i podczas Kongresu Kobiet w Poznaniu, które dotąd nie były szerzej pokazywane. Dodatkowo, panowie będą mieli stoisko targowe ze swoimi rzeczami i sitodruk, na którym będzie można wspólnie podrukować.

W ramach Nacisku będzie można wziąć udział w aż pięciu różnych warsztatach. Marcin Dąbrowski, pasjonat druku, zdradzi wam różne tajniki tej dziedziny („opowie o głównych cechach popularnych technik oraz jak można wzbogacać swoje końcowe projekty, wykorzystując elementy np. typografii w projekcie offsetowym czy cyfrowym”). Maciej Zarański, pisarz i drukarz, zabierze was do świata rycia w ramach warsztatów „Ryj pod siebie, czyli warsztaty z podstaw linorytu”. Szymon Kurzajczyk, szef działu plików w Drukomacie, opowie o tym, jak poprawnie przygotować plik do druku („Każdy projektant chciałby mieć w druku to, co widzi na ekranie komputera. Projektowanie do druku może być proste pod warunkiem, że zastosujemy się do określonych zasad. Będzie więc o spadach, rozdzielczości, o ustawieniach programów graficznych i o wszystkich innych ważnych aspektach pracy z plikami, również z uwzględnieniem różnych technologii druku”). Dawid Korzekwa, prezes zarządu Stowarzyszenia Twórców Grafiki Użytkowej i profesor w Katedrze Projektowania Graficznego katowickiego ASP, opowie o rodzajach i technikach druku („Kilka słów o technikach druku połączone z tworzeniem wypukło-drukowych czcionek”). Konrad Trzeszczkowski, autor zinów, poprowadzi warsztaty trash-zinowe („Od jakiegoś czasu możemy oglądać na paczkach papierosów dość osobliwą galerię zdjęć mających na celu obrzydzenie palenia. Z obserwacji i zasłyszanych opinii wiemy, że każdy palacz ma swój ulubiony obrazek, który co najmniej mu nie przeszkadza, ale są też takie, których unika. Uczestnik warsztatów ma za zadanie wybrać swój ulubiony albo znienawidzony obrazek i dokonać jego dekonstrukcji na poziomie wizualnym, poprzez dołączenie do niego swojego komentarza lub każdym innym, jaki podsunie wyobraźnia. Gotowe zmienione obrazki z papierosków złożymy w zina, wcześniej się razem z nich pośmiejemy. Uwaga: warsztat nie tylko dla palących! PS Będzie super, jeśli przyniesiecie puste paczki po fajkach”).

Jednak Nacisk to przede wszystkim targi, podczas których będzie okazja obejrzeć i kupić rzeczy od utalentowanych polskich twórców. Pośród wystawców znajdziemy: Patrycję Podkościelny, Jakuba Zasadę (Ola pisała o nim w lutym 2016 roku), Marcina Wolskiego, Patryka Hardzieja, Sebastiana Skrobola, Izę Dudzik, Martę Ludwiszewską, Alka Murawskiego, Karola Banacha, Jacka Rudzkiego, Somearta, Magdalenę Mandrysz, Sarę Janinę Kudybę, Martę Przeciszewską, Pawła Mildnera, Martynę Kostrzycką, Kasię Szybką, Rafała Kucharczuka, Ewelinę Dymek, Macieja Zarańskiego, Natalię Trochowską, Tymka Jezierskiego, Annę Wardę, Michała Bednarskiego, Tomasza Pieńczaka, SC Szymana, Basię Grzybowską, Ewę Rebekę Służyńską, Aleksandrę Morawiak, Maćka Zielińskiego, Joannę Gębal, Radka Bączkowskiego, Vivien Staff i innych.

Na dokładkę w ramach after party będzie również muzyka. Wystąpią Lua Preta („To jeden z najciekawszych duetów tego roku na rodzimej scenie muzyki elektronicznej. W jego skład wchodzą producent Mentalcut oraz pochodząca z Luandy wokalistka Supa Gia G. Nie bez powodu inspiracje dźwiękami z Angoli są głównym tematem ich muzyki, co doskonale słychać na debiutanckim Emoções Coloridas EP”), X-Coast („Pochodzący z Serbii i stacjonujący w Nowym Jorku, producent i DJ X-Coast odwiedzi Wrocław w ramach trasy koncertowej po Europie, promującej najnowszy materiał pt. Transformations EP (premiera 30.09!). Nasz headliner to podopieczny Mall Grab — debiutował winylowym wydawnictwem w wytwórni Steel City Dance Discs. W swoich produkcjach łączy tropikalny groove z nostalgicznym duchem rave’u lat 90.”), Dianka („Zaledwie dziewiętnastoletnia, wrocławska wokalistka z początkiem września tego roku debiutowała z dziewięcioutworowym albumem wydanym przez Zayafka. Dianka sięga po kontrastowe kompozycje elektroniczne, a w śpiewanych tekstach stawia na swoistą wrażliwość. Jedną z jej największych inspiracji jest twórczość Sevdaliza. Podczas wieczornej części festiwalu będziecie mieć okazję po raz pierwszy usłyszeć całość jeszcze ciepłego krążka na żywo!”) i inni.

Festiwal odbędzie się 30 września 2017 w podwórku przy ulicy Ruskiej 46 we Wrocławiu w otoczeniu wrocławskich neonów. Na koniec odsyłam na fanpejdż Nacisku, jego stronę, a także do wydarzenia na Fejsie.

„Gify są fajnym kompromisem między ilustracją a rozbudowaną animacją”. O gifach Oli Jasionowskiej

Przygotowując tekst o plakatach Oli Jasionowskiej, zauważyłam, że wiele z jej projektów ma swoją animowaną wersję zapisaną w formacie gif, zapytałam Oli jak myśli, czy animowane plakaty zastąpią kiedyś plakaty papierowe? „Myślę, że nic nie zastąpi papieru. Papier jest super. Gify są fajnym kompromisem między ilustracją a rozbudowaną animacją. Doskonale odpowiadają na potrzeby dzisiejszego odbiorcy, który chce szybko przyswajać treści w internecie, ale który nie pogardzi też ilustracją do takiej treści. Nie angażuje tak bardzo, jak film, ale proponuje coś więcej, niż statyczny obrazek. Lubię gify Kiszkiloszki i Scorpiona Daggera, ale oni robią znacznie więcej, niż to, o czym powiedziałam przed chwilą. Są przemistrzami” — odpowiedziała.

Choć jej gify charakteryzuje raczej absurdalny niż wisielczy humor, to ten drugi również bardzo polubiła za sprawą jednego ze swoich pierwszych szefów: „Lubię Kiszkiloszki, Scorpion Daggera, Bolesława Chromrego i biurowe zdjęcia ze stocka — czyli chyba lubię czarny humor. Jeśli dobrze pamiętam, takie rzeczy zaczęły mi się podobać, kiedy pracowałam w zakładzie produkującym pieczątki, a za moimi plecami w biurze wyłożonym boazerią pływała pirania w akwarium, którą szef karmił parówką. Przysięgam, że tak było”.

Gify Oli są świetnym uzupełnieniem plakatów. Ma się wręcz wrażenie, że gdybyśmy przeglądali gazetę w świecie Harry’ego Pottera, która na swoich stronach umieszczałaby plakatowe reklamy wydarzeń, to właśnie tak by wyglądały ich czarodziejskie odpowiedniki. Na podstawie gifów Oli Jasionowskiej chcę wam pokazać nie tylko artystyczne walory animowanych obrazków, ale również ich potencjał  — ciągle jeszcze mało wykorzystywany — na przykład przy promocji wydarzeń.



„Krytyka jest wpisana w zawód grafika i nie wyobrażam sobie forsowania projektu, który tylko mi się podoba”. O plakatach Oli Jasionowskiej

Mało śpi, dużo projektuje. Boi się latać, ale ma nadzieję, że ten strach kiedyś minie, bo chciałaby zobaczyć na żywo swoją rysunkową panoramę miasta w poczekalni odlotów na warszawskim Okęciu. Stworzyła identyfikację wizualną dla Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, plakat z podziękowaniem dla „spacerowiczów” też jest jej i jest z niego bardzo dumna. Ilustrowała książkę dla dzieci „Hej, Szprotka!”, tworzy plakaty, gify, neony, upiększa Warszawę jako grafik miejski. Kto taki? Ola Jasionowska. Przez długi czas kojarzona jedynie z „Hozmówkami z Hanną”, przez co czuła się trochę jak: „dorosła gwiazda serialu, w którym grała jako dziecko”. Dzisiaj o Hozmówkach nie będzie nic, dzisiaj będzie o plakatach.

Pierwsze projekty zrobiła dla Baru Studio i właściwie od tego momentu zaczęła się jej przygoda z plakatami: „W 2012 roku pod koniec działalności Chłodnej 25 i na początku istnienia BaruStudio, Zuzia Mockałło i Grzesiek Lewandowski (właściciele) zaproponowali, żebym coś dla nich narysowała. To było chyba »Pierwsze wiosenne śniadanie«, ten pierwszy plakat. Mimo że jako graficzka pracuję znacznie dłużej, to dzięki tej współpracy przekonałam się, że jest to moja ulubiona dziedzina projektowania. Współpracujemy do dzisiaj i myślę, że większość swoich najlepszych prac zrobiłam właśnie dla nich”.

Czasami pracę nad projektem zaczyna od ręcznych szkiców, najczęściej wtedy, gdy chodzi o serię; jeśli akurat ma do zrobienia jeden projekt, zaczyna od razu w komputerze: „Najpierw wybieram kolory, potem fonty, a na końcu rysuję. Potem zmieniam to, co wybrałam wcześniej, ale początek zawsze wygląda właśnie tak”. Trudność sprawiają jej projekty, które przesadnie rozciągają się w czasie — „[…] bo mam wrażenie, że moje prace sprzed roku są tak różne od tego, co robię dzisiaj, że ciężko mi zachować spójność, a spójność jest fajna. Przy pracy nad książką „Hej, Szprotka!”, która trwała ponad pół roku, zderzyłam się z tym, jak inne są rysunki powstałe kilka miesięcy po moich pierwszych propozycjach”. Tematy okołofotograficzne również bywają uciążliwe: „Pracowałam przy kilku edycjach Wszyscy Jesteśmy Fotografami. Layout każdej edycji opiera się na fotografii konkretnego twórcy i trzeba to wszystko ugryźć tak, żeby nie ingerować w koncepcję fotografa, ale dodać swój własny graficzny charakter do projektu”. Uwielbia plakaty Andrzeja Krajewskiego, ale docenia również prace innych grafików i graficzek — „Gdy patrzę na plakat, który mi się podoba myślę, że chciałabym taki fajny plakat zrobić sama. Myślę sobie, że »zazdrość i nienawiść«” — żartuje. Rzeczami, które jej się nie podobają, nie zawraca sobie głowy: „Za dużo jest złego projektowania, żeby jeszcze się nad tym pochylać, a może to wykształciło się u mnie po tysięcznej prośbie, żeby przesunąć coś w lewo albo zmienić kolor”. Zapytana, czy przejmuje się krytyką, odpowiada — „Przejmuję się krytyką ludzi, którzy mają pojęcie o tym, co krytykują lub klientów. Mniej (ale jednak) przejmuję się krytyką ludzi, którzy krytykują wszystko — szczególnie wyraźnie widzę to, pracując w mieście: »Sadzimy drzewa? A co z ławkami! Stawiamy ławki? A co z drzewami! Bronimy bezdomnych psów? A co z bezdomnymi kotami! Robicie w mieście plakaty? Po co! Jest niebieski? Powinien być żółty!« I tak w nieskończoność. Nie wykształciłam w sobie wspaniałej umiejętności ignorowania malkontentów i specjalistów od wszystkiego, mimo że z doświadczenia wiem, że zazwyczaj są nimi ludzie nieszczególnie obdarzeni jakimiś umiejętnościami, poza umiejętnością klikania enter na klawiaturze komputera. Krytyka jest wpisana w zawód grafika i nie wyobrażam sobie forsowania projektu, który tylko mi się podoba. Robię go przecież na czyjeś zlecenie i odpowiadam nim na czyjeś potrzeby”.

Ola studiowała na Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Czy poleciłaby tę szkołę młodym osobom, które chciałyby pracować w zawodzie grafika? „PJATK to fajna szkoła z dobrym zapleczem technicznym i myślę, że dobrze i praktycznie przygotowuje do pracy. Ale ja swoją pracę zaczęłam zaraz po dostaniu się do szkoły i po licznych przerwach, urlopach mniej lub bardziej dziekańskich stwierdziłam, że nie mam już za bardzo czasu, pieniędzy i cierpliwości, żeby wracać do nauki czegoś, czego zaczęłam uczyć się, pracując. Gdybym nie musiała pracować, z chęcią skończyłabym szkołę w trybie dziennym, bo to zdecydowanie najwartościowsza według mnie forma nauki. Wyobrażam sobie, że liceum plastyczne było po studiach i że wszystko mam pokończone, wtedy nie jest mi tak smutno” — odpowiada.

Aktualnie, poza licznymi projektami dodatkowymi, pracuje jako grafik miejski i dowiedziałam się, że jest to praca trudna, ale jednocześnie rozwijająca: „Nie wyobrażam sobie innego miejsca, w którym mogłabym podejmować jednocześnie tak dużo, tak różnych od siebie zagadnień. Między projektantem a odbiorcą jest zastęp urzędników, który ma swoje uwagi do projektów i to jest trudne. Do tego jest szereg zasad, których musimy przestrzegać. Lista informacji, które musimy zawrzeć. Urzędo-przepisy, których musimy się trzymać. Jednego dnia robię plakat na otwarcie Bulwarów, drugiego projektuję neon nad Wisłę, a innego konsultujemy to, jak będą wyglądały bilety w komunikacji miejskiej”.

Lubi przebywać w otoczeniu dobrze wydanych książek i albumów. Są dla niej inspiracją do pracy nad projektami. W jednej z pierwszych wiadomości do mnie napisała: „Dzisiaj na moim biurku leżą: »Nie gęsi« Karakteru, »Moje okładki« Ha!artu i »Latem w mieście« Bęc Zmiany”. Lubi rysować warszawską architekturę: „Nie wiem, czy to wychodzi mi najlepiej, możliwe, że wcale nie, ale to jest dla mnie najciekawsze”. I lubi ilustrować książki „[…] bo wtedy trzeba przeczytać tekst milion razy: na początku może to być uciążliwe, potem jest śmieszne, a potem po prostu inne, niż na początku. Jak ilustrowałam książkę »Hej, Szprotka!« moją i Agnieszki Kowalskiej, milion razy patrzyłam na te same króciutkie strony z tekstem, a mimo to zawsze, kiedy czytałam ostatnią z nich, byłam wzruszona, bo jest tam opis starszej suni (tytułowej Szprotki), która z trudem wchodzi po schodach. To niesamowite, że wciąż mnie to wzrusza. Dlatego ilustrowanie książek jest takie dziwne i fajne zarazem”.

Zapytana, czy w ogóle (a jeśli tak, to w jaki sposób) odpoczywa, odpisała — „Odpoczywam w miejscach, w których ciężko o wygodne biurko do pracy, bo chyba zawsze mam ze sobą komputer. Przez cały rok marzę o wakacjach w lesie i nad wodą, działkach znajomych, tureckich domkach holenderskich do wynajęcia (są takie) i małych tarasach obrośniętych krzakami. Takie krzaki dobrze zakłócają WiFi”.

Ostatnio pracowała nad neonem, który prawdopodobnie już niedługo będzie można podziwiać nad Wisłą oraz nad ilustracjami do książki Pauliny Młynarskiej o tytule „Rebel” — premiera odbyła się dokładnie tydzień temu (12.09.2017 r.). Dotychczasowe realizacje Oli znajdziecie na Fejsie (tutaj można również kupić niektóre plakaty, pisząc wiadomość prywatną) i Behance. Można ją również znaleźć na Instagramie — tutaj trochę zakulisowo, a jeśli jesteście lub będziecie w Warszawie, rozglądajcie się, może zobaczycie jakiś plakat, neon czy baner na żywo.

Dostaliśmy bezlusterkowca Fujifilm X-A10. Oto pierwsze wrażenia i garść zdjęć, które zrobiłem

Przysłona, migawka, ISO, ekspozycja, ogniskowa — jeszcze do niedawna te terminy rozumiałem tylko teoretycznie. Nigdy wcześniej nie miałem sprzętu, dzięki któremu mógłbym pobawić się nimi w praktyce. To się jednak zmieniło za sprawą pewnego kociarza Mieszka, który, z ramienia agencji, zaproponował nam fajną współpracę. Otóż niedawno kurier przywiózł nam uroczy kuferek, wewnątrz którego był aparat cyfrowy z wymienną optyką, czyli tak zwany bezlusterkowiec. Mowa o modelu X-A10 debiutującym w grudniu 2016 roku jako „najtańszy bezlusterkowiec od Fujifilm”, z wyglądu piękniutkim, ze specyficznym dla tej marki powrotem do retro dizajnu. Teraz zdradzę swoje pierwsze wrażenia i pokażę zdjęcia, które z jego pomocą zrobiłem.

Zanim wziąłem ten sprzęt do rąk, zdążyłem poczytać teksty i pooglądać filmiki o trójkącie ekspozycji, jeśli chodzi o teorię, ale nic więcej — reszta była dla mnie absolutną czarną magią. Później wreszcie chwyciłem aparat, zamontowałem kitowy obiektyw, Fujinon XC 16-50mm f/3.5-5.6 OIS II, i zacząłem się bawić. Przekręciłem na tryb manualny i spojrzałem na ekranik (X-A10 nie ma wizjera, więc fotografujesz dzięki trzycalowemu LCD z podglądem na żywo). Na wyświetlaczu zobaczyłem zupełną ciemność. Co prawda byliśmy w mikro-dżungli Oli (czytać: w jej pokoju, bo rośliny, jakie ona tam ma, przekroczyły już ilość dla mnie niepoliczalną), w ponury dzień, ale bez przesady, nie było aż tak ciemno, jakby to sugerował wyświetlacz. Większość osób, dziś wymiatających w fotografii, z pewnością nie zapomniało, jak cudowne to jest uczucie, kiedy widzisz na ekraniku ciemność (wszystko jedno, czy w trybie podglądu, czy już w galerii po zrobieniu) i rozumiesz, że czeka cię niezwykła przygoda przy nauce tego wszystkiego.

W ostatnim czasie oglądam ogromne ilości filmików o fotografii, zarówno te teoretyczne, o ekspozycji, kompozycji, obróbce zdjęć czy długiej ekspozycji, jak i te bardziej inspirujące, o pasji konkretnych fotografów. Każdego dnia jestem o jedno ziarenko mniej amatorski. Jednym z pierwszych zdjęć, jakie zrobiłem w pełni manualnie, zarówno, jeśli chodzi o ekspozycję, jak i kręcąc pokrętłem od focusu w obiektywie, było zdjęcie takiego maciupkiego grudnika. Ola jest szczególnie dumna z tej rośliny, bo wyhodowała ją z pojedynczego ułamanego segmentu. A ja, mimo wszelkich skaz, które wasze wprawne oczy z pewnością wychwycą, będę miał do tego zdjęcia sentyment ze względu na to, że pierwszy raz jako tako wyszło mi coś, gdy pokrętło wskazywało „M”.

Chociaż zabawa manualnym focusem sprawia mi ogromną wręcz frajdę, w fotografii, która interesuje mnie najbardziej, czyli ulicznej, stosuję tryb półautomatyczny i autofocus. Strzelając „z partyzanta” nie ma czasu na ręczne kręcenie pierścieniem — ważniejszy jest moment niż kontrola nad parametrami. A ja, co tu dużo pisać, urodziłem się z naturą odkrywcy; muszę szwendać się, poznawać ludzi, a później o tym opowiadać, nic na to nie poradzę, nawet gdybym chciał. Fotografia uliczna pozwala mi uwiecznić kogoś bez przekłamań (obiektyw nie ma swojej opinii), a słowami dodatkowo naprowadzić na odpowiedni tor myśli. To otwiera przede mną zupełnie nowe możliwości.

Ostatnio przykładowo spotkałem mężczyznę stojącego niedaleko Zielonego Rynku na Przymorzu z gołębiem siedzącym na jego dłoni. Zbliżyłem się, a ponieważ mnie zobaczył, spytałem, czy mogę zrobić mu zdjęcie. Odpowiedział, że nie ma problemu. Niestety, gdy zrobiłem dosłownie pół metra do przodu, ptaszysko uciekło. „Tyle w kwestii mojego zdjęcia” — rzuciłem i już chciałem się oddalić, kiedy mężczyzna dodał: „Pan chwilę poczeka, on zaraz wróci”. I rzeczywiście, gołąb po chwili z powrotem wleciał mu na dłoń. Okazało się, że pan kiedyś go uratował, zajmując się jego ranami. Od tamtej pory ptaszysko za każdym razem, gdy go widzi, okazuje mu swoją wdzięczność. Pierzasty koleżka dostał na imię Terrorysta. Zresztą, mężczyzna podobno uratował więcej ptaków, z czego dwa kolejne noszą imiona Obama i Trump. W nazewnictwie można wyłapać pewien klucz.

Jedną z rzeczy, które mnie inspirują, są falowce i ich okolice, również architektonicznie, ale przede wszystkim mieszkańcy. W środku tych molochów, z których najdłuższy, ten przy ulicy Obrońców Wybrzeża, mierzący osiemset sześćdziesiąt metrów (nawet doczekał się własnego Demotywatora), mieszka naprawdę zróżnicowany przekrój ludzi. Stare małżeństwa. Samotni starcy. Młodzi, pracujący ludzie. Ludzie w średnim wieku. Studenci wynajmujący pokoje. Podobno w tym najdłuższym falowcu, przede wszystkim ze względu na ostatnią wymienioną grupę, dziś mieszka więcej osób, niż zakładano. Planowo, w ramach narzuconych przez ówczesną władzę niekorzystnych normatywów, miało być sześć tysięcy sześćset ludzi, a dziś ma mieszkać tam koło dziesięciu tysięcy. Wyobraźcie sobie, ile cudownych historii zamyka się w bryle tego budynku i w jego okolicach. Chciałbym móc kiedyś, chociaż część z nich opowiedzieć.

Bo falowce się kocha albo nienawidzi. Jedni mówią o nich jak o nieudanym eksperymencie społecznym, niemalże slumsach. Drudzy są zakochani w ich klimacie. Kiedyś spotkałem panią, która przez wiele lat mieszkała w falowcu, ale później córka i zięć poprosili ją, żeby „pilnowała” niemalże luksusowego apartamentu, jednego z dwóch, które małżeństwo kupiło z myślą o przyszłości swoich dzieci. Z miłości do córki pani się zgodziła, ale w tym nowym budownictwie męczy się niemiłosiernie. Nie może zrozumieć, dlaczego ludzie na klatce schodowej ze sobą nie rozmawiają. Dlaczego sąsiedzi się wzajemnie nie znają. Dlaczego każdy interesuje się tylko sobą. Pani teraz żyje w niemalże luksusowym apartamencie, ale cały czas myśli o tym swoim ciasnym mieszkanku w falowcu. „Wie pan, jak ja sobie tam pięknie urządziłam?” — mówiła. „A jaki ja piękny parkiet tam mam, wie pan, z takich cudownie staroświeckich. Jak ja tęsknię za tym parkietem”.

Albo jak któregoś dnia, pięć czy sześć lat temu, pod falowcem złapał mnie deszcz. Schowałem się wtedy w jednym z tych przejść, które co ileś klatek przechodzą na wylot przez budynek. Oprócz mnie była tam też grupa mężczyzn, niektórzy w średnim wieku, inni początkujący staruszkowie. Mieli takie porozumienie, że jak im duszno było w domu albo jak żony dawały w kość, albo coś innego gniotło duszę, to schodzili się i właśnie w tym przejściu zbierali się, na rozmowy i piwko. Dało się wyczuć, że początkowo to byli zupełnie obcy ludzie, sąsiedzi z różnych klatek, ale z czasem wytworzył się między nimi energia i wspólny rytuał. Żałuję, że wtedy nie miałem ze sobą aparatu, bo zwyczajna radość, jaka wtedy od nich biła, stworzyłaby fajne zdjęcie.

Tego konkretnego pana zobaczyłem, wracając do domu znad morza. Ćmił fajkę na galerii. Kiedy wymierzyłem w niego obiektyw, z początku się wycofał. Wtedy uśmiechnąłem się najmilej, jak potrafię, co spowodowało, że został, ale schował papierosa. Wyglądał na strachliwego człowieka, ale na moment się nieco otworzył.

Może to przypadek, ale zauważyłem u mieszkańców falowców i innych budynków Przymorza Wielkiego, jak choćby czteropiętrowych budynków nazywanych przez starych mieszkańców „morkami” (od nazwiska architekta, Janusza Morka), fascynację motywem wilków, z czym sympatyzuję ze względu na mój związek z Olą Wilk i ze względu na szacunek do niezwykłych dzikich zwierząt.

Oczywiście posiadanie fajniejszego sprzętu skończyło się również fotografowaniem tak zwanej codzienności. Kadrów z naszych spacerów po pewnej miejscowości, w której biegną dwie białe drogi, nazywane przez nas B1 i B2, usypane z jasnych kamieni, od biedy sprawdzających się jako otwieracze do piwa. Z wypadów do Łodzi. Z mojego szwendania się po Trójmieście. Lubię uwieczniać tak zwane zwykłe życie. Moment, w którym Ola przeskakuje nad dużą kałużą. Albo te piękne żółte kwiaty rosnące wzdłuż B1. Ślimaka, któremu Ola pozwala wejść na swoją dłoń. Albo tego psa, który zawsze wskakuje na budę, żeby szczekać na nas ponad płotem. Fragment tej świetnej rzeźby, która pojawiła się przy dworcu Łódź Fabryczna. „Tęsknię za tobą, Żydzie” napisane na murze OFF Piotrkowskiej. Sylwetkę jakiejś dziewczyny siedzącej przy oknie w naszej ulubionej łódzkiej knajpie, w Niebostanie.

Mam świadomość, że jestem zupełnym nowicjuszem, ale nie ukrywam, że totalnie mnie fotografowanie wciągnęło. Podpaliło moją wyobraźnię i odsunęło depresyjne myśli na bok. Gdyby ktoś chciał mi pomóc uniknąć wielu błędów, które z pewnością popełniam, zapraszam do mejlowania (michal@robmydobrze.pl) i komentowania — przyjmę każdą konstruktywną krytykę, a także wiedzę, która pomoże mi lepiej fotografować i obrabiając zdjęcia w Lightroomie.

Na koniec jeszcze tylko jedna myśl. Otóż mam taki nowy zwyczaj, że kiedy widzę świetny kadr, ale nie mam przy sobie aparatu, mrugam oczami, żeby kosmos wiedział, że to doceniłem. Ostatnio jak jechałem do pracy, w autobusie siedział tam taki chłopak — młody, czarne, krótkie włosy, styl bardziej dresowy, ale nie dresiarz. Trwał w bezruchu, z miną tak smutną i tak głęboką, jakby przemierzał w wyobraźni inne galaktyki. Piękne, niskie słońce spływało na jego twarz, a on tak po prostu trwał, wyglądając jakby właśnie jego myślowy wysiłek, trzymał tę planetę w całości. Bardzo żałowałem, że nie miałem przy sobie X-A10, a kiedy już wysiadałem, uważałem, żeby go nie szturchnąć i nie zaburzyć struktury wszechświata.

Gdyby ktoś chciał śledzić moje postępy, zapraszam na Tumblra i Instagrama. Zobacz, gdzie można kupić iks a dziesiątkę.

Zarąbista akcja dla Huncwotów

Do Huncwotów, czyli uczestników akcji pisania listów i osób, które chciałyby w takiej akcji wziąć udział! Mam do was ogromną prośbę. Będę organizował akcję związaną z pisaniem listów. Chciałbym zrobić imprezę Róbmy Dobrze w jednej z trójmiejskich knajp (zależy, która by mnie przygarnęła), na którym byłoby oczywiście piwo, fajni ludzie i rozmowy, ale też jakieś atrakcje, między innymi przyszedłbym z workiem, w którym miałbym dużo listów od Huncwotów, specjalnie napisanych na tę okazję. Osoby, które stawiłyby się na żywo, mogłyby z tego worka wylosować list dla siebie — otworzyć go, przeczytać, zachować, a w razie chęci również odpisać. Samych listów nie czytalibyśmy na głos (!), ale wszelkie fajne załączniki — rysunki, naklejki pocztówki, czy cokolwiek innego — moglibyśmy sobie wzajemnie śmiało pokazywać, żeby było ciekawiej.

Huncwoty, sprawilibyście mi ogromną przyjemność, gdybyście napisali taki list, albo listy (limitów nie ma, ja sam zamierzam napisać koło dziesięciu, może nawet więcej). Zasady są proste. Najpierw piszecie list — na jego końcu możecie, ale nie musicie napisać swój adres, zależy czy chcecie, żeby osoba, która to wylosuje, mogła odpisać. Wtedy dorzucacie ewentualne załączniki (nie są konieczne, ale jeśli coś tworzycie, warto to wykorzystać, tak samo, jeśli macie jakieś fajne drobnostki). Wsadzacie to do koperty, bez swojego adresu (!), tylko z dopiskiem „Nie wiadomo do kogo”. To właśnie te koperty ludzie będą losować z worka, więc jeśli chcecie, możecie tam coś dopisać, narysować czy dokleić. I dopiero wtedy tę kopertę wsadzacie w drugą kopertę, wszystko jedno jaką, bo ja i tak ją rozerwę i wyrzucę, kiedy już list dotrze do mnie. Na tej kopercie napiszcie normalnie mój adres i naklejcie znaczki.

Jeśli chodzi o treść listów, pozostawiam wam zupełną dowolność, warto jednak mieć kilka rzeczy na uwadze. Po pierwsze, listy będą czytane jakiś czas po napisaniu — obstawiam, że między jednym a trzema miesiącami po (wszystko zależy od tego, ile czasu będzie się zbierać jakaś sensowna liczba, no i jak przebiegnie organizacja wydarzenia). Można ten aspekt w ogóle pominąć i po prostu pisać, co się ma do napisania. Można też wykorzystać to jako efekt „wehikułu czasu”, na krótki czas, opisując jakieś wydarzenia, podkreślając, że w trakcie czytania one mogą już nie istnieć lub być nieaktualne, tym samym zachęcić czytającego do wyobrażenia sobie, jak to potoczyło się dalej. Po drugie, listy będą czytane w konkretnych okolicznościach — w knajpie, wśród ludzi, w jakiejś części również czytających. Można ten aspekt w ogóle pominąć i po prostu pisać, co się ma do napisania. Można też wykorzystać to w liście, w jakiś sposób odnieść się do tego, dać czytającemu jakieś zadanie — zachęcić, żeby coś konkretnego zrobił w stosunku do innych, na przykład sprezentował im jeden z załączników, pokazał określony fragment twojego listu, albo dał innym cały do przeczytania, opowiedział im coś konkretnego, albo coś dowolnego o sobie, napisał do nich krótki liścik i wręczył go (osoby zostaną poproszone, żeby na spotkanie zabrać jakieś kartki/zeszyty i coś do pisania). Albo wręcz przeciwnie, można poprosić czytającego, żeby na chwilę zapomniał, gdzie się znajduje i żeby sobie wyobraził inne miejsce — pokój, w którym piszecie list, miejsce, do którego zamierzacie go zabrać na listowy spacer. Po trzecie, czytający nie będzie was znał. Można bazować właśnie na tym, być w liście neutralnym narratorem, który chce opowiedzieć jakąś sytuację albo zbudować czytającemu jakieś wyobrażenie, samemu pozostając jednak tajemnicą. Można też opisać siebie, pozwalając na coś niesamowitego — na zbudowanie waszego obrazu w wyobraźni, zaistnienie w niej jako człowiek o określonych marzeniach, sympatiach i lękach. Ogranicza was tylko wyobraźnia i fakt, że każdy, kto wylosował list, musi mieć go na pamiątkę, do domu, także nie robimy zadań w stylu „oddaj komuś cały list”. Listy nie muszą być arcydziełami, ale powinny być napisane od serca. Także nie peniać się, tylko brać udział w tej fajnej akcji!

Featured Video Play Icon

Ramona Rey — Jak Ty

Kiedy poznałam Michała miał on kilka swoich muzycznych platonicznych miłości. Jedną z nich była Ramona Rey. Próbował mnie nawet tą miłością do niej zarazić. Gdy obklejaliśmy północną ścianę mojego pokoju plakatami, wyciął z jakiegoś magazynu zdjęcie Ramony i wcisnął między Mileną Lisiecką wróżąca ze szklanej kuli na plakacie „Według Agafii” a słoikiem ogórków marynowanych Agaty Królak reklamującym „Z działki, z lasu i takie tam”. Ten pierwszy podarował mi teatr Jaracza, ten drugi pochodzi z toalety dawnej gdańskiej Fikcji. Na zdjęciu się nie skończyło. Innym razem puścił mi film, w którego soundtracku jest utwór Ramony. Prób było więcej, polegały głównie na kilkugodzinnych sesjach muzycznych z wszystkimi trzema albumami RR po trochu. Szczerze mówiąc, podobały mi się piosenki Ramony, to jej balansowanie na granicy szaleństwa i histerii było wciągające, ale prawdziwą miłość i uzależnienie poczułam dopiero do piosenki „Jak Ty”. Do piosenki i klipu, bo pierwszy raz usłyszałam ją, oglądając jednocześnie teledysk i myślę, że właśnie dlatego zrobiła na mnie takie wrażenie.

Mamy więc dwie Ramony, które przy pierwszym obejrzeniu klipu zinterpretowałam jako podwójną osobowość bohaterki teledysku. Ta pierwsza nie do końca zdaje sobie sprawę, do czego jest zdolna, kiedy kontrolę przejmuje ta druga. Ale potem zaczęłam szukać głębiej i natknęłam się na dybuki. Za Wikipedią: „W mistycyzmie i folklorze żydowskim zjawisko zawładnięcia ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Dybukiem nazywa się też samego ducha, duszę zmarłego, która nie może zaznać spoczynku […] z powodu popełnionych grzechów, i szuka osoby żyjącej, aby wtargnąć w jej ciało”. Zapytałam twórców teledysku, czy to dobry trop. Nie potwierdzili, za to opowiedzieli mi trochę więcej o pracy nad scenariuszem, pracy na planie i swoich inspiracjach.

Reżyser i pierwszy z dwóch scenarzystów — Bartek Brzeziński: „Pomysł na klip zrodził się z fascynacji Śląskiem. Najpierw trafiliśmy na górę węgla, a potem powstała historia. Intryguje i pociąga mnie tamtejszy klimat, dlatego od dłuższego czasu chciałem osadzić jakąś historię w tej przestrzeni. Nie chcieliśmy zrobić kolejnego polskiego klipu o niczym, dlatego pomimo minimalnego budżetu, postawiliśmy sobie poprzeczkę wysoko. Praca na planie była ciężka — zdjęcia odbyły się na przełomie grudnia i stycznia. Kilkuosobowa ekipa (niezawodna), ogrom pracy i wielkich chęci, pozwoliły zrealizować wszytko według naszej wizji. Ramona jest ambitną artystką i bardzo chciała sama zagrać w tym klipie. Pomimo ciężkich warunków, poradziła sobie znakomicie. Wspólny, pierwszy szkic scenariusza napisaliśmy w kilka godzin. Potem wymienialiśmy się licznymi materiałami i inspiracjami — przepuściliśmy przez własną wrażliwość niemieckie malarstwo romantyczne oraz twórczość Andrzeja Żuławskiego”.

Natomiast Tomek Ślesicki — drugi scenarzysta i autor zdjęć napisał mi: „Historia tego klipu jest o tyle ciekawa, że początkowo to była kompletnie inna opowieść, chyba jeszcze bardziej abstrakcyjna, chociaż też nawiązująca do filmów z dawnych lat. Przedstawiliśmy ją Ramonie i Igorowi, który pisze dla niej muzykę i jednocześnie jest kimś w rodzaju managera, pomysł spodobał im się tak sobie i poprosili nas, żebyśmy zastanowili się nad czymś innym. No i potem jakoś w efekcie burzy mózgów powstała nam historia, którą widziałaś na ekranie. Staraliśmy się zrobić coś, co z jednej strony bardzo mocno trzymałoby się tradycyjnej filmowej narracji i struktury dramaturgicznej, ale jednocześnie było w jakiś sposób »zepsute«. Każda scena jest skonstruowana w taki sposób, żeby coś było nie tak. Cały czas pada, niebo całkowicie zasłaniają burzowe chmury. Scena randki rozgrywa się nie w wesołym miasteczku czy na klifie z widokiem na morze i zachód słońca, tylko na pustym placu w starym samochodzie. Kiedy bohaterka ma wreszcie okazję, żeby zbliżyć się do mężczyzny, na którym jej zależy, okazuje się, że ktoś ją ubiegł. Podobne założenie przyjęliśmy przy doborze obiektywów. Cały klip jest nakręcony na starych, radzieckich szkłach, które kupiłem do innego projektu głównie dlatego, że były zwyczajnie bardzo złe optycznie. Mają wszelkie rodzaje niedoskonałości, które (przynajmniej dla mnie!) czynią je interesującymi. Jeden z obiektywów ostrzy tylko na połowę kadru. Inny tworzy poświatę wokół jasnych obiektów. Wszystkie są miękkie, mają niski kontrast i dziwnie przedstawiają nieostrość. Plastycznie inspirowaliśmy się filmami Tarkowskiego i malarstwem Caspara Davida Friedricha. Jest więc burzowo i dosyć klasycznie, ale przez dobór lokacji i charakter piosenki jest w tym jakaś szajba, która popycha to w dosyć abstrakcyjną stronę. Same lokacje były dobrane kluczem »szukamy końca cywilizacji i miejsc najbardziej od czapy«. Powstał z tego świat, w którym renesansowy kościół sąsiaduje z ogromną górą węgla, pustym placem i resztkami po zapomnianym przez ludzi i Boga bazarze. To miejsce, w którym młodzi nie mają co ze sobą zrobić, więc urządzają imprezę na resztkach traktora albo palą jointa na kanapie wyrzuconej pod lasem. Może trochę w tym inspiracji świetnym cyklem Tomasza Tomaszewskiego »Rzut beretem«, ale raczej podświadomej, niż takiej, że wrzucamy to w referencje i bezpośrednio do niej nawiązujemy. Ale ten kontekst był dla nas dosyć ważny, bo wiedząc, w jakim świecie poruszają się nasi bohaterowie, mogliśmy spróbować przenieść to na sposób pracy kamery. Czy się udało, czy nie — ocenisz sama!”.

Oprócz oczywiście całej historii ocierającej się trochę o mistycyzm, trochę o parapsychologię, bardzo mi się w tym klipie podoba gra aktorska Ramony. Doskonale uchwyciła kontrast charakterów — zatroskanie malujące się na twarzy pierwszej Ramony i szaleństwo w oczach drugiej. Fantastyczna choreografia też na pewno zrobiła swoje — taniec drugiej Ramony gdzieś już na granicy obłąkania, jest niepokojący i wciągający jednocześnie. Kostiumy — nie dość, że po prostu świetnie wyglądają, to również pokazują różnicę między ich osobowościami. Podobają mi się kolory w tym teledysku: stary Fiat 125p, sukienka pierwszej Ramony, kolor nieba — wszystko w odcieniach błękitów wchodzących w morskie tony przełamuje wyrazisty burgund sukienki drugiej Ramony i czarne góry węgla. Podoba mi się wybór miejsc: (i znowu) czarne góry węgla, wznoszące się nad nimi nadziemne fragmenty szybów, kominy i świecące latarnie; renesansowy kościółek i ceglany dom, który w rzeczywistości jest opuszczonym budynkiem leżącym gdzieś na Śląsku, a klimatyczne wnętrza widoczne na klipie to tak naprawdę mieszkanie w Warszawie, które, jak powiedział mi Tomek, zwykle stoi całkowicie puste, a dostęp do niego zdobyli dzięki znajomym. Podoba mi się gra światłem. I na koniec — podobają mi się nawiązania do stylu retro, będące jednym z wielu elementów budowania nastroju. Już dawno nie widziałam teledysku, który wciągnął mnie aż tak i zmusił do szukania informacji o nim.

Ramonę Rey znajdziecie na jej stronie internetowej, Fejsie, Instagramie i Bandcampie. A tutaj zebrane są wszystkie serwisy, na których można dostać jej nowy album. Polecam też obserwować Bartka Brzezińskiego i Tomka Ślesickiego, bo jestem pewna, że niejeden piękny obraz jeszcze zmalują.

VHS Hell w Kinie Żeglarz. Przeżyj fajną przygodę i wesprzyj znikające kino

Byliście kiedyś na Półwyspie Helskim? Jeśli nie, to gorąco polecam, bo jest to miejsce niezwykłego klimatu. Jedziesz pociągiem, wyglądasz z okna, a tam z lewej strony morze, z prawej morze, do tego czający się na każdym kroku zalążek przygody. Zresztą, już niedługo będziecie mieli fajny pretekst, żeby się tam wybrać — w Kinie Żeglarz w Jastarni, studyjnym kinie mieszczącym się w centrum półwyspu, odbędą się pokazy świetnej imprezy VHS Hell.

Ale po kolei. Dla tych, którzy nie wiedzą, VHS Hell to cykliczne imprezy, podczas których wyświetlane są filmy klasy B. Inicjatywę najlepiej przedstawiają sami twórcy: „Chcemy, abyście przypomnieli sobie czasy, kiedy po upadku komunizmu na osiedlach zaczęły rządzić wypożyczalnie wideo, a wszyscy bezkrytycznie zachłystywali się Zachodem. Na naszych pokazach zobaczycie filmy zapomniane, absurdalnie nakręcone, tandetne i niesmaczne, a jednocześnie perwersyjnie fascynujące. Gumowym potworom, opętanym seksem kosmitom i punkom ery nuklearnego Holokaustu zawsze towarzyszy głos znudzonego lektora i trzaski porysowanej taśmy video. Zupełnie jak dwadzieścia lat temu”.

Najważniejsze, co chciałbym, żeby wybrzmiało o samym kinie, to fakt, że to nie jest kolejne kino, które zaserwuje wam „obowiązkowy” zestaw chłamu z boxoffice’owych list. Kino Żeglarz to kino studyjne prowadzone przez trzy kobiety, przedstawicielki kolejnych pokoleń rodziny Blindow, poświęcające uwagę przede wszystkim wartościowemu lub oryginalnemu filmowi. Jest to zresztą jedyne kino na całym półwyspie (najbliższe kino w głąb lądu znajduje się w Rumii, a wzdłuż linii brzegowej, w Łebie), z historią sięgającą czasów wojny i maszynami obsługującymi taśmę trzydziestopięciomilimetrową stojącymi w projektorni. Jak czytamy na stronie kina: „W budynku kina przed wojną mieścił się pensjonat »Janina«. W czasie wojny, gdy Niemcy stacjonowali na Półwyspie Helskim, obiekt przerobiono na kino. W dobie PRL-u kino było w rękach aparatu państwowego. Od roku 1991 dzierżawcą kina był Bogdan Blindow – szalenie barwna postać, legenda świata kiniarzy. Po jego śmierci właścicielką została jego córka – Dagmara, która prowadzi kino do dziś, ze wsparciem mamy – Urszuli i córki – Patrycji. Z tego właśnie względu w Żeglarzu panuje iście rodzinna atmosfera”. Jak się pewnie domyślacie, prowadzenie studyjnego kina szukającego wartościowych filmów, nie jest zadaniem łatwym. Niestety, Kino Żeglarz jest o krok od zamknięcia. Te trzy dzielne kobiety dokładają do interesu, bo nie chcą się rozstać z tym rodzinnym skarbem.

Tu właśnie wkracza VHS Hell z próbą podratowania tego miejsca, przez zwrócenie na nie uwagi i zorganizowanie w nim pokazów. Tu wkracza też Róbmy Dobrze, publikując ten tekst. I tu możecie wkroczyć też wy, ze swoją obecnością podczas pokazów i portfelem. Podczas pierwszego pokazu, który odbędzie się 12 sierpnia 2017, wyświetlone zostaną dwa horrory z epoki magnetowidów — amerykański „Critters” (1986) w reżyserii Stephena Hereka puszczony z kasety VHS i włoski „Nightmare City” (1980) w reżyserii Umberto Lenzi, z dialogami czytanymi na żywo przez lektora, Piotra Czeszewskiego. Wstęp na seans będzie kosztował 16 zł. Bilety będzie można kupić bezpośrednio przed seansem. Zajawki filmów znajdziecie w wydarzeniu na Fejsie, a oto plakat zmajstrowany przez Izę Dudzik.

Oczywiście same seansy są bardzo ważne, w końcu to gwóźdź programu, ale spójrzmy prawdzie w oczy — te pokazy mogą zmienić się w mikroprzygodę. Jest okres wakacyjny, wielu z was szuka okazji, żeby trochę odpocząć i odciąć się od problemów. Więc wyobraźcie sobie taki ciąg wydarzeń. Nastrojowa podróż pociągiem lub samochodem przez Mierzeję Helską otoczoną morzem. Spacer po szalenie klimatycznym półwyspie. Wizyta w kinie, na holu którego wiszą plakaty z ostatniego sezonu pokazów VHS Hell (a nie jest tajemnicą, że u nich co plakat, to lepszy). Seanse szalonych horrorów na sali z czerwonymi siedzeniami pamiętającymi czasy PRL-u. Rozmowy ze świetnymi ludźmi (imprezy typu VHS Hell to magnes na takowych). A na końcu, jeśli będziecie chcieli, wspólny nocleg. Tak, dobrze przeczytaliście. Istnieje możliwość, żeby zostać w kinie na noc (!) — wystarczy podać swoje imię i nazwisko w mejlu do Patrycji Blindow (patrycja.blindow@gmail.com), przedstawicielki najmłodszego pokolenia rodziny, a potem przyjechać na pokaz, uzbrojony w śpiwór i karimatę.

Na koniec moja osobista prośba. Gdybyście wybrali się na pokaz, rozejrzyjcie się, czy nie ma jakiegoś słoja na datki wspierające działanie kina i wrzućcie coś, choćby symbolicznego. Jeżeli my, entuzjaści ciekawej sztuki, nie będziemy wspierać miejsc i projektów zapraszających ją w swoje progi, nikt inny tego nie zrobi. Tym bardziej, że kino ustaliło bardzo przystępną opłatę za wejście.

Z tego, co napisał mi Krystian Kujda, ma odbyć się również drugi pokaz, w innym terminie, ale jeszcze nie wyklarowały się szczegóły. Zaktualizuję tekst, kiedy będzie wiadomo coś więcej. Zdjęcia użyte we wpisie wykonał Michał Szymończyk.

O sesji „Indian Ghosts” Wiktora Franko

„Seria »Indian Ghosts« powstała w jednym z ważniejszych dla mnie miejsc” — napisał mi Wiktor Franko. — „W Michałowicach, miejscowości położonej w górach, z której roztacza się piękny widok na pasmo Karkonoszy. Ilekroć planuję wyjazd w to magiczne miejsce, w głowie układam pomysł na kolejną serię fotograficzną. W maju zeszłego roku przechodziłem silną fascynację naturą, jej rdzennym charakterem, pierwotnością instynktów, mistycyzmem i duchowością — te wszystkie elementy idealnie złożyły mi się na indiańską opowieść, w której mógłbym dotknąć każdego z tych tematów. Uwielbiam fotografować przy naturalnym świetle, szczególnie gdy słońce znajdzie się już za horyzontem, wtedy nastaje niepowtarzalna atmosfera spokoju, tajemnicy, dlatego też te zdjęcia powstały właśnie o tej porze dnia. Dodatkowym, a raczej głównym źródłem światła było jednak rozpalone ognisko, wokół którego tańczyła i odprawiała indiańskie modły Malwina. Wyzwaniem technicznym było dla mnie zbalansowanie szybko zachodzącego światła słonecznego ze światłem z ogniska — na główny trzon zdjęć miałem dosłownie piętnaście minut”.

Ale jak sami widzicie, ten kwadrans wystarczył, żeby zrobić świetne zdjęcia — klimatyczne i wciągające. Niektóre z nich niosą ducha wolności, twórczej energii, jedności ze światem, gotowości do twórczego działania. Inne są bardziej transowe — mroczne, niemalże niepokojące. Wszystkie natomiast tworzą sesję, na którą chce się patrzeć i którą się zapamiętuje.

Tak Franko komentuje udział modelki w tej sesji: „Malwinę znalazłem intuicyjnie; wyczułem, że to osoba, która w swojej duchowości idealnie wpasuje się w atmosferę nieskrępowanej wolności i mistycyzmu. Mimo że nie znałem jej wcześniej, wiedziałem, że musi wystąpić w tej serii”. Mowa o tej samej Malwinie, którą mogliście już widzieć na pocztówkach Koperty Niespodzianki, a także wielokrotnie na naszym fanpejdżu. „Z Franko i ze stylistką, Gosią Florków, umówiliśmy się jakoś przed plenerami, że będę ich Pocahontas” — napisała. — „Pamiętam, że było strasznie zimno. Sesja była podzielona na dwa dni, bo czekaliśmy na »złotą godzinę«. Pierwszego dnia było spoko, bo byłam ubrana, drugiego wieczoru już byłam rozebrana. I wtedy było też ognisko. Piłam czerwone wino, można zobaczyć na niektórych fotach, że moje usta mają czerwony kolor. To nie pomadka. Wino piłam na rozgrzanie, na własną odpowiedzialność, żeby nie było, że Franko rozpija modelki”.

Fotografię Wiktora Franko znajdziecie na jego stronie, na Flickrze i na Behance. Obserwujcie go też na Fejsie i na Instagramie.

„Najważniejszy w plakacie jest przekaz”. Maks Bereski o plakacie i Plakiacie

Nazywa się Maks Bereski, choć pewnie część z was mijając go na ulicy, krzyknie: „Cześć, Plakiat!”, bowiem z tego internetowego projektu, w którym pokazuje własne, alternatywne wersje plakatów filmowych, jest najbardziej znany. Wikipedia wymienia go wśród kontynuatorów Polskie Szkoły Plakatu. Jest to dla niego powód do dumy, ale on sam chciałby zostać zapamiętany: „[…] jako ktoś, kto starał się zmienić pewien zły nawyk pójścia na łatwiznę w plakacie”.

Jego przygoda z plakatem zaczęła się na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika — „[…] od momentu, gdy jako młody student poszukiwałem własnego wizualnego języka, by móc przelać odczucia i kłębiące się pomysły na papier. Zaczytywałem się wówczas w brytyjskim filmowym magazynie »Empire«, gdzie swe prace przez niedługi czas prezentował Olly Moss. Zainteresowałem się również Polską Szkołą Plakatu, do której dziś jestem przyrównywany, co jest bardzo miłe i nobilitujące. Był to fantastyczny okres w historii projektowania, intelektualnie stymulujący dla odbiorcy, jak i plakatowej konkurencji. Ponieważ z natury jestem buntownikiem i nie przepadam za »masówką« i komercją, ponieważ lubię poszukiwania, wpadłem na pomysł, by rozpocząć coś, co będę mógł kontynuować w kolejnych latach — projekt plastyczny, miejsce, gdzie będę pokazywał język tandecie, która patrzy na nas zbyt często. A wszystko w duchu Polskiej Szkoły Plakatu, lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, które mnie inspirują. Chciałem, by Plakiat był alternatywą, lubię to słowo”.

Kocha kino, a jego pasja do kinematografii rozpoczęła się, gdy pierwszy raz w życiu obejrzał „Królewnę Śnieżkę”, miał wtedy trzy lata. Dwa lata później — „Gwiezdne Wojny: część IV”, film był wyświetlany z napisami, nie potrafił ich wtedy odczytać, ale w ogóle mu to nie przeszkadzało. „Toy Story” oglądał w kinie pięć razy w ciągu jednego roku. Kino pokochał do tego stopnia, że zaczął myśleć o nauce w szkole filmowej, następnie o robieniu animacji, bo to również jego wielka miłość i o pisaniu recenzji, bo jak wyznaje — „Poczuwam się w duchu na recenzenta, oglądam więc mnóstwo. I nowości i klasykę. I niszę i blockbustery. Chcę być na bieżąco, czytam i obserwuję nowinki, chodzę do kina, kupuję filmy”. Z fascynacji kinematografią, zrodziła się fascynacja plakatem — „Plakat jest mi formą niezwykle bliską, zarówno w sferze tematyki, o której opowiada, jak i formy, w której powstaje. Jako symbolista i minimalista łączę pasję do szeroko rozumianego designu z pasją do kina, a efektem jest Plakiat — projekt trwający ósmy rok, w którym prezentuję alternatywne plakaty filmowe w autorskim spojrzeniu. Jako kinoman i absolwent Sztuk Pięknych znalazłem więc swój własny język plastyczny — medium, by móc komentować sytuację w kinie i rozwijać się zawodowo, bo jestem projektantem graficznym”.

Pracę nad projektem zaczyna od zebrania informacji — „Najważniejszy w plakacie jest przekaz, muszę wiedzieć co i jak chcę powiedzieć. Każdy plakat to research, to zrozumienie treści, tematyki, palety kolorystycznej i morału”. Następnie przechodzi do prac manualnych, by na podstawie ręcznych materiałów uzyskać wersję końcową w programie graficznym. O technikach, które w tym procesie stosuje, napisał — „Używanych technik jest mnóstwo, lecz najczęściej to pędzel i farba, stalówka, wycinanka, grafika wektorowa, aerograf. Lub techniki niekonwencjonalne. Łączę starą szkołę tworzenia z nowymi technologiami”. A jeśli nowe technologie, to może również ruchome plakaty? Zapytałam, czy nie miał ochoty zamienić swoich prac w gify, odpowiedział z uśmiechem: „Zapewne narzekałbym na kompresję, czyli stratę jakości formatu gif”. Po czym dodał — „Tworzę plakaty, a nie animacje. I wolę by plakat był na tyle silny, by nie potrzebował dodatkowych fajerwerków jak np. ruch. Nie, nie miałem ochoty. Jeśli to kiedyś zrobię, to nazwę to eksperymentem, a ruch będzie kluczowym zabiegiem pomagającym w odbiorze symbolu plakatu, a nie tylko »modą«”.

Zapytany o to, co decyduje, że dany film trafi na warsztat i otrzyma swoją alternatywną wersję plakatu, odpowiada — „Jest kilka pretekstów mojego zainteresowania danym tytułem. Może to być np. chęć skomentowania nowości filmowej, o której wiem, że będzie (lub jest) głośno, by być »na czasie«. Może to być również buntownicze ukazanie swojego punktu widzenia, gdy bardzo nie podoba mi się ten zastany. Jeśli zainteresuje mnie coś w tematyce lub aspekcie wizualnym, coś, do czego chcę się odnieść, do czego pojawi się pomysł lub wypracuję ów pomysł — wówczas tworzę. Najczęściej wiem dokładnie to, co chcę pokazać, »widzę« gotowy plakat przed oczami, pozostaje mi tylko go zrealizować. Czasami pomysł pojawi się znienacka, czasem na długo przed filmem. Niedawno stworzyłem poster »Marii Magdaleny«, która swoją premierę będzie miała w sezonie oskarowym, w listopadzie tego roku. Plakat »Interstellar« powstał ponad dwa lata przed filmem, kiedy jedynym znanym faktem, oprócz oczywiście nazwiska Nolana, był podany fakt tematyki tuneli czasoprzestrzennych. Więc dochodzi również pewnego rodzaju przewidywanie, które lubię. Bywa i tak, że improwizuję i w pewnym sensie odkrywam plakat »tu i teraz«. A, jako że Plakiat to projekt bardzo osobisty, można z niego wyczytać także więcej o mnie samym. Ukrywam w nim wiele symboli, to taka plakatowa »Incepcja«, plakat w plakacie”. Nie chciał zdradzić, nad czym aktualnie pracuje, ale uchylił rąbka tajemnicy, pisząc — „Mam przed sobą bardzo duży plakatowy projekt, o którym nie mogę na razie nic powiedzieć. Dla bardzo znanej marki i znanych w Hollywood osób, projekt komercyjny, choć autorski”.

Jest perfekcjonistą, zawsze dąży do tego, by poziom jego projektów był jak najwyższy, a każdy plakat przemawiał do odbiorców charakterystycznym dla siebie językiem i stylem. Nie lubi pracować jednocześnie nad kilkoma projektami, więc stara się by nie nachodziły na siebie czasowo, a kiedy nie czuje weny albo nie jest do pewnych rozwiązań przekonany, to tego nie robi. Inspiruje go twórczość od lat dwudziestych na osiemdziesiątych kończąc. Jego plakaty często nawiązują do stylu retro, ale nie chce się tylko do tej stylistyki ograniczać — „Nigdy nie chciałem wpaść w pułapkę jednej techniki. Chciałem różnorodności, braku nudy i powtórzeń, poczucia humoru, niespodzianek, zaskoczeń, rebusów, gier słownych i wielu sposobów, by je ukazać”. Wśród plakacistów, którzy mieli wpływ na jego twórczość wymienia: Janusza Stannego, Henryka Tomaszewskiego, Waldemara Świerzego oraz Saula Bassa.

Jako artysta ciągle się rozwija, co widać, bo w moim odczuciu jego plakaty są coraz lepsze. „Staram się wciąż być stymulowany przez to, co oglądam. Wciąż czytam o plakacie, oglądam filmy, okładki książek, magazyny, obserwuję nowe media, reklamę, obserwuję wielu twórców, dociekam i bardzo często staram się przekraczać własne bariery i obawy. Jestem grafikiem, nie jedynie plakacistą, więc mam kontakt z różnymi formami promocji wizualnej. Jest tak wiele wątków, których jeszcze nie podjąłem, a chciałbym, że kolejne postery wychodzące spod mojej ręki są odzwierciedleniem motywów tematycznych, na które miałem i mam ochotę. To tak, jakbym robił listę z zakupami, co chciałbym jeszcze kupić, czego się podjąć” — opowiada.

Maks nie prowadzi komercyjnego sklepu ze swoimi plakatami, ale jeśli chcecie mieć którąś z jego prac u siebie na ścianie, napiszcie do niego prywatną wiadomość. Natomiast okazja do zobaczenia jego prac na żywo, nadarzy się już w najbliższy piątek (4 sierpnia 2017 r.). W trakcie festiwalu Nowe Horyzonty ozdobią one wnętrza kawiarni Cocofli. Tutaj wydarzenie na Facebooku.

Plakiat znajdziecie na Blogspocie, Fejsie, Instagramie i Behance.