Latest Posts

Podróż do lat dziewięćdziesiątych, czyli o tegorocznej odsłonie akcji #CreateAsUs

Czy nas, piszących listy w 2017 roku i rozsyłających do ludzi setki pocztówek każdego miesiąca, mogłoby zabraknąć przy takiej aferze? Nie ma mowy! Chodzi o akcję #CreateAsUs, w ramach której marka Asus zaprasza różnorakich twórców do wymieniania się kreatywnością. Tegoroczna odsłona odbędzie się 3 grudnia 2017 podczas Targów Plakatu i zabierze nas w podróż w czasie do lat dziewięćdziesiątych.

Do współpracy zaproszono sześciu ambasadorów. Dawida Ryskiego (ur. 1982), ilustratora, plakacistę, a także autora okładek, z wykształcenia architekta krajobrazu. Alka Morawskiego aka Lis Kula (ur. 1988), ilustratora i autora okładek, absolwenta California College of the Arts na wydziale ilustracji. Beatę Śliwińską aka Barrakuz (ur. 1988), projektantkę graficzną, ilustratorkę i autorkę kolaży, z wykształcenia projektantkę wizualną i architekt krajobrazu. Rafała Szłapę (ur. 1976), komiksiarza, ilustratora, projektanta okładek, absolwenta wydziału Grafiki w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Mateusza Sudę (ur. 1988), ilustratora i projektanta graficznego. Ilonę Myszkowską (ur. 1987), autorkę komiksów (m.in. „Chaty Wuja Freda”) i scenariuszy — do planszówek i gier komputerowych, a także do mangi, absolwentkę reklamy w WSR, a także, jak sama pisze, żonglowania ryżem w Wyższej Szkole Porażki.

Trzech z nich zaproponuje uczestnikom wymyślone przez siebie warsztaty krążące wokół tegorocznego motywu przewodniego. I tak, Barrakuz poprowadzi warsztaty i wykład o komputerowym tworzeniu projektów wizualnych w oparciu o technikę kolażu, dekonstrukcji i mieszaniu znaczeń. Tak Beata zapowiada swoje warsztaty: „Porozmawiamy o kompozycji w takich projektach, kolorystyce, tematyce i wykorzystaniu materiałów. Jak połączyć kolaż z ilustracją czy packshotem? Rozłożymy na czynniki pierwsze jeden z moich projektów, przedstawię techniki, z jakich korzystam w pracy. Opowiem jak szukać inspiracji do pracy, kim sama się inspiruję i jak to jest z prawami autorskimi do wykorzystywanych zdjęć w kolażu. Otworzymy głowy na dziwne rzeczy, bo kreatywność jest nieskończona”. Warsztaty Mateusza Sudy będą nosiły tytuł „Madness of Pattern”. Jak sam pisze: „Będą opierać się na indywidualnym stylu uczestników. W grupach będą działać jako studio projektowe i postarają się zaprojektować nadruk na dany temat. Na warsztatach nie będziemy tylko i wyłącznie ograniczać się do twórczych działań, ale także do umiejętności konwersacji i prowadzenia biznesu. Warsztaty mają na celu wzbudzić w uczestnikach umiejętności radzenia sobie w biznesie kreatywnym. Dodatkowo każdy z uczestników dowie się jak radzić sobie w kreatywnej branży i pozyska umiejętności podejmowania współprac i kreowania własnego wizerunku i stylu dla rynku modowego”. Z kolei Rafał Szłapa zaprosi ludzi na warsztaty komiksowe, które zapowiada następująco: „Podczas wykładów poznasz specyficzny język, którym posługuje się sztuka komiksowa. Dowiesz się również, jakie cechy powinien posiadać bohater oraz jak za pomocą sekwencji obrazków tworzyć opowieść. W części warsztatowej stworzysz własną kilkukadrową historyjkę”. Na warsztaty przewidziano dwadzieścia miejsc (niedługo ruszy możliwość ich rezerwowania).

Poza tym będą miały miejsce też inne atrakcje. Lis Kula będzie malował obudowę laptopa z lat dziewięćdziesiątych. „Chcę stworzyć projekt charakterystyczny dla estetyki tamtych czasów” — napisał Alek. — „Zrobić taki minihołd dla czasów, które mnie ukształtowały. Tak więc będzie coś ze stylistyki pierwszych warszawskich wrzutów graffiti, jak i okładek gier z tamtych lat. Praca powstanie przy użyciu sprejów i markerów, na bazie akrylu”. Ilona Myszkowska będzie natomiast rysować na żywo pocztówki. „Cały dzień rysowania, sama radość” — mówi Ilona i każe dopisać, że już szykuje opatrunek uciskowy na nadgarstek.

Dodatkowo Asus chciałby was zaprosić do udziału w konkursie na projektowanie pocztówek. Do wyboru są trzy tematy. Pierwszy, „świąteczny” — „Poczuj tę wyjątkową atmosferę i odkrywaj nieodkryte. Stwórz projekt inny niż wszystkie, przedstawiając swoją wizję świątecznych chwil. Nie ograniczaj się i inspiruj! Znajdź święta zapomniane i nieoczywiste”. Drugi, „sentymentalny” — „Co byś zrobił, gdybyś mógł cofnąć czas? Uruchom wyobraźnię i przenieś się do czasów dzieciństwa. Pamiętasz swoje ulubione bajki i książki? Wróć do świata marzeń i stwórz projekt, który pozwoli poczuć innym te chwile”. I trzeci, „powrót do przyszłości” — „Pamiętasz VHS, Gumę Turbo i Tamagotchi? Niezależnie od odpowiedzi – przenieś się do lat 90-tych i pokaż, jak wyobrażaliśmy sobie wtedy przyszłość. Wejdź w buty Marty’iego McFly i stwórz własną perspektywę świata”.

Więcej informacji o akcji, ambasadorach, a także konkursie i nagrodach znajdziecie na stronie #CreateAsUs.

Targi Plakatu 2017 — odkrywamy talenty

Wielkimi krokami zbliżają się Targi Plakatu — impreza, której patronujemy już po raz trzeci i która jak co roku gromadzi w jednym miejscu najciekawszych artystów, grafików, ilustratorów, plakacistów.

Tym razem moja zapowiedź nie będzie przedstawiała artystów, których już dobrze znacie i o których przy różnych okazjach wielokrotnie pisaliśmy. Oczywiście, że na Targach spotkacie: Patrycję Podkościelny, Pawła Jońcę, Patryka Hardzieja, Lisa Kulę, Karla Nessera, Karola Banacha, Jacka Rudzkiego, Martiszu, Bartosza Kosowskiego, Jakuba Zasadę, Barrakuz, Patryka Mogilnickiego, Przemka Dębowskiego, Dawida Ryskiego, Kingę Offert, Dewizkę, Lubka i wielu, wielu innych; ale bardzo możliwe, że tak jak ja poznacie prace artystów, których nie znaliście wcześniej lub o których tylko pobieżnie słyszeliście. Zapraszam zatem do odkrywania.

Na początek, moje największe odkrycie tych Targów — Igor Piwowarczyk. Niesamowity klimat prac budowany za pomocą świateł, cieni, kolorów. Tajemnicze postacie i miasto nocą plus świetny warsztat Igora daje niesamowite efekty.

Kolejnym artystą jest Joanna Gębal, której ilustracje możecie kojarzyć z Newsweeka, Wysokich Obcasów, KukBuka, Zwierciadła i innych. Sama się sobie dziwię, że odkrywam ją dopiero teraz, ale lepiej późno niż później.

Jagoda Stączek oczarowała mnie swoimi kolażami. Gdybym miała je opisać jednym zdaniem — są zgrabnym połączeniem surrealizmu z czarnym humorem.

Helen of Koi vel Helen Li — przenieśmy się na chwilę do Gotham z Suicide Squad, przynajmniej do adaptacji filmowej, bo komiksu niestety nie znam. Gdyby Karol Banach był tam Jokerem, Helen of Koi byłaby jego Harley Quinn. Choć artyści nie lubią doszukiwania się takich podobieństw, to trudno nie zauważyć, że ta dwójka spogląda w tym samym artystycznym kierunku, oczywiście robiąc „robotę” po swojemu.

Prace Anginy znam już od jakiegoś czasu, ale nigdy wam ich jeszcze nie pokazywaliśmy, dlatego ucieszyłam się, że będzie na Targach Plakatu. Idealny pretekst do przedstawienia Wam tej artystki.

Marta Przeciszewska przede wszystkim kojarzyła mi się ze świetnym liternictwem, podziwiałam jej serię typograficznych pocztówek, ale nie znałam jej plakatów. Okazuje się, że również są świetne, warto zobaczyć, warto zawiesić na ścianie.

Radek Bączkowski i trochę erotyki, i trochę przygód jego Jonze. Dla wielbicieli gatunku, że się tak wyrażę.

To jeszcze Hanna Cieślak, bo Hanny Cieślak nigdy za wiele. I dlatego, że pomimo świetnych plakatów jeszcze nie było o niej zbyt głośno.

Na koniec artysta, którego chcę szczególnie docenić za trzymanie się tej pierwszej definicji plakatu. Dzisiaj grafiki, które wieszamy na ścianach w mieszkaniach i domach, nazywamy plakatami, jednak dla mnie plakatem zawsze będzie najpierw grafika o charakterze reklamowym/informacyjnym/propagandowym, której przeznaczeniem było przyciąganie wzroku przechodniów na ulicach i w miejscach publicznych. Plakaty Aleksandra Walijewskiego to w dużej mierze alternatywne plakaty filmowe, które chętnie zobaczyłabym na słupach reklamowych i citylightach, plakaty festiwalowe albo plakaty do wydarzeń.

To jeszcze nie wszyscy twórcy, których warto odkryć. Na pewno znaliście część wymienionych wyżej artystów i pewnie nie znacie innych, o których nie wspomniałam. Zaglądajcie na stronę Targów Plakatu, klikajcie w zakładkę „Wystawcy” i odkrywajcie. Albo dajcie się zaskoczyć 3 grudnia w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich (tutaj wydarzenie na Fejsie, tutaj fanpejdż). Wstęp: 2 zł.

Kosmos w Gdańsku, Gdańsk w kosmosie — kogo usłyszymy na SpaceFest 2017

„Wyczekiwane niczym pierwsza gwiazdka grudniowe święto gitarowych przesterów, noisowych dronów i wszelkich tajemniczych dźwięków kreowanych pod wpływem kosmicznej energii”. Te słowa możemy przeczytać w materiałach prasowych SpaceFesta 2017. Pewnie odbieracie je z przymrużeniem oka, jako trochę marketing, a trochę żarcik, ale wśród moich znajomych to zdanie jest najzupełniej prawdziwe. My czasami już w październiku rozmawiamy o „nachodzącym Spejsie”. Zresztą ja, tu czy ówdzie, zapowiadałem każdą dotychczasową edycję tego festiwalu. Tym bardziej się cieszę, że po raz pierwszy logo Róbmy Dobrze znajdziecie na plakacie (autorstwa Patryka Hardzieja, ale to wiecie od pierwszego wejrzenia) tegorocznej, siódmej już, odsłony. Zapraszam do pławienia się w kosmosie przy okazji próbek tegorocznych muzycznych kosmonautów!

Brytyjski Mugstar, czyli transowa powtarzalność gitar, duch space-rocka i krautrocka, inspiracja takimi projektami, jak Hawkwind, Sonic Youth czy wczesne Pink Floyd. Jestem szalenie ciekawy, na ile uda się ten klimat oddać na żywo!

Jak określają sami muzycy, João Pimenta (bębny, wokal), Pedro Pestana (gitara) i André Couto (bas), 10 000 Russos powstało z mrocznego, dekadenckiego miasta w peryferyjnym państwie i peryferyjnym kontynencie — Porto w Portugalii. W ich muzyce aż gęsto od industrialnej atmosfery, przesterów i powtórzeń, które w połączeniu z płynącym gdzieś w tle wokalem, dają efekt iście szamański.

Proszę, bądźmy wszyscy bardzo nietrzeźwi, kiedy szwajcarski duet Blind Butcher będzie grał. No i tańczmy jak pojebani! Oni lubują się w kolorkach, rytmicznych czadowych zagrywkach, uśmiechach i… w obcisłych, błyszczących ciuszkach. Muzycznie słychać u nich dużo inspiracji — rock’n’roll, disco, blues, country, punk (ja tam słyszę też dużo Devo). Wszystko to połączyli po swojemu i nazwali nowym gatunkiem: disco trash sound.

Pozostając w sferach szaleństwa, berlińska dziwna para, czyli Odd Couple. Jascha Kreft (gitara, wokal) i Tammo Dehn (perkusja) serwują słuchającemu szalone, pełne rock’n’rollowej energii dźwięki.

Wilcze Jagody, czyli żeńskie trio zafascynowane synthpopem, shoegazem i brzmieniem lat osiemdziesiątych na wschodzie. Nela Gzowska (bas, laptop), Zosia Hołubowska (wokal, syntezatory) i Ania Włodarczyk (wokal, gitara) określają swój projekt „feminizmem w rytmie vintage”.

30 Kilo Słońca, czyli trio z Kołobrzegu łączące muzykę improwizowaną, yass i post-rocka. Na ich Bandcampie możemy przeczytać: „Spotkanie pierwotnej materii i zgiełku współczesnej cywilizacji. Grind free jazzowe trzęsienie ziemi, postrockowa melancholia i ambientowe przestrzenie”.

Meksykański Tajak, czyli intrygujący mariaż noise-punku i transowych, niemalże szamańskich wokali. Perkusja, bas i gitara. Ściana hałasu, w której można wychwycić wpływy psychodelicznego rocka, dronów czy shoegaze’u.

Fernando Nuti (wokal, gitara, sitar), Diego Menegaldo (gitara, wokal), Stefano Bidoggia (bas) i Dario Lucchesi (bębny, perkusja) — dla tych panów, muzyków weneckiego New Candys, będzie to pierwszy koncert w Polsce.

Dead Rabbits, czyli brytyjska załoga — Thomas Hayes (gitara, wokal), Neil Atkinson Jr (gitara) Suzanne Sims (perkusja), Paul Seymour (klawisze) i Colin Fox (bas). W notce o zespole możemy przeczytać, że biorą psychodeliczny styl Brian Jonestown Massacre i przełamują minimalizmem gitar Lou Reeda.

Za muzykę do tańca odpowiadać będzie tradycyjnie pochodzący z Kaliningradu Danil Akimov aka Dr. Switchoff. „Swoje dźwiękowe struktury tworzy, korzystając z różnych technologii i metod interakcji, takich jak zepsuty sprzęt hi-fi, radzieckie syntezatory analogowe, nagrania terenowe czy niezidentyfikowane obiekty dźwiękowe”.

Nie zapominam również o spacefestowej tradycji, czyli projekcie Pure Phase Ensamble — zespołu, którego skład zmienia się co roku. Za każdym razem pojawiając się tylko na okres warsztatów, podczas których muszą stworzyć materiał na cały album, później zagrany podczas SpaceFesta i wydany na płycie. W tym roku na czele PPE stanie Maciej Cieślak (Ścianka, Cieślak i Księżniczki, PTKCSS, Niewolników Saturnu, PTKCSS), który zapowiada: „Spróbujemy wymyślić muzykę od nowa i oczywiście nam się nie uda, ale może przy tej okazji powstanie coś ciekawego”. Poza nim, w składzie pojawią się również: Michał Gos (Oczi Cziorne, Lonker See, Band_A), Karol Schwarz (7faz, KSAS), Adam Neubauer (Pedal Distorsionador), Łukasz Sasko (Ze Velocipedes), Łukasz Żurawski, Juliusz Kapka (No toca co), Michał Pollok-Andrys oraz Emilia Pollok-Andrys.

Tegoroczny SpaceFest odbędzie się (co jest szalenie dobrą wiadomością!) w klubie B90, położonym w mega klimatycznych postoczniowych okolicach i wyposażonym w zajebistej jakości nagłośnienie. Bilety jednodniowe (na dzień pierwszy lub drugi) dla studentów (pula ograniczona) kosztują 25 zł, dla pozostałych osób — 35 zł w przedsprzedaży i 45 zł w dzień koncertu. Karnety dwudniowe dostępne są tylko w przedsprzedaży — 60 zł, w pierwszej puli 75 zł, w drugiej.

Lubię przed każdą edycją SpaceFesta przesłuchać w sieci muzykę wszystkich projektów, a potem porównać odczucia sprzed laptopa do tych spod sceny. W tym roku najbardziej jestem ciekawy, czy 10 000 Russos będzie tak industrialne, Mugstar tak transowe, Blind Butcher i Odd Couple tak pozytywnie czadowe, a Wilcze Jagody tak wintydżowe, jak na nagraniach studyjnych. W poprzednich latach wiele razy zdarzało się, że coś, co w sieci w ogóle mnie nie nakręciło (w tym roku są to przykładowo New Candys i Dead Rabbits), na żywo bardzo (i odwrotnie).

Nie zapomnijcie puścić w obieg wydarzenia na Fejsie, zajrzeć na stronę festiwalu, a także do nich na Fejsa. Odsyłam też do plejlisty, którą zmajstrowałem na Spotify. Do zobaczenia w kosmosie!

Koniecznie wybierzcie się na Nacisk, nowy wrocławski festiwal druku

Jestem pełen podziwu, jak dobry program drukarnia Drukomat i stowarzyszenie Regime Brigade przygotowali na pierwszą edycję swojego nowego festiwalu druku, Nacisk. Jeżeli mieszkacie w okolicach Wrocławia, nie może was tam zabraknąć!

Zaplanowano dwie prelekcje — Ryszarda Kai i Patryka Hardzieja. Pierwszy, niezwykle utalentowany plakacista, opowie o tym, jak przelać siebie na papier. „O tym, jak w niezakłamany i nieskomplikowany sposób odbić swoje linie papilarne, jak tworząc pokazać prawdziwe »ja« nawet na małym fragmencie celulozy i utrwalić swój ślad w trybach ciężkich, ogromnych maszyn drukarskich w prosty sposób”. Drugi, ilustrator i propagator dobrego logotypu, „przeanalizuje identyfikację wizualną Centrali Produktów Naftowych, opowie o jej historii, twórcach i okolicznościach powstania”.

Grzegorz Myćka i Bartosz Mamak z grupy BiG Poster przygotowali na tę okoliczność wystawę, na której będzie można zobaczyć selekcję plakatów ich autorstwa, a także prezentację zinu będącego chyba ich największą zajawką (Ola pisała o nim pod koniec lipca) — oprócz dwóch pierwszych numerów, pojawiają się dwa realizowane w ramach festiwali ArtWeek i podczas Kongresu Kobiet w Poznaniu, które dotąd nie były szerzej pokazywane. Dodatkowo, panowie będą mieli stoisko targowe ze swoimi rzeczami i sitodruk, na którym będzie można wspólnie podrukować.

W ramach Nacisku będzie można wziąć udział w aż pięciu różnych warsztatach. Marcin Dąbrowski, pasjonat druku, zdradzi wam różne tajniki tej dziedziny („opowie o głównych cechach popularnych technik oraz jak można wzbogacać swoje końcowe projekty, wykorzystując elementy np. typografii w projekcie offsetowym czy cyfrowym”). Maciej Zarański, pisarz i drukarz, zabierze was do świata rycia w ramach warsztatów „Ryj pod siebie, czyli warsztaty z podstaw linorytu”. Szymon Kurzajczyk, szef działu plików w Drukomacie, opowie o tym, jak poprawnie przygotować plik do druku („Każdy projektant chciałby mieć w druku to, co widzi na ekranie komputera. Projektowanie do druku może być proste pod warunkiem, że zastosujemy się do określonych zasad. Będzie więc o spadach, rozdzielczości, o ustawieniach programów graficznych i o wszystkich innych ważnych aspektach pracy z plikami, również z uwzględnieniem różnych technologii druku”). Dawid Korzekwa, prezes zarządu Stowarzyszenia Twórców Grafiki Użytkowej i profesor w Katedrze Projektowania Graficznego katowickiego ASP, opowie o rodzajach i technikach druku („Kilka słów o technikach druku połączone z tworzeniem wypukło-drukowych czcionek”). Konrad Trzeszczkowski, autor zinów, poprowadzi warsztaty trash-zinowe („Od jakiegoś czasu możemy oglądać na paczkach papierosów dość osobliwą galerię zdjęć mających na celu obrzydzenie palenia. Z obserwacji i zasłyszanych opinii wiemy, że każdy palacz ma swój ulubiony obrazek, który co najmniej mu nie przeszkadza, ale są też takie, których unika. Uczestnik warsztatów ma za zadanie wybrać swój ulubiony albo znienawidzony obrazek i dokonać jego dekonstrukcji na poziomie wizualnym, poprzez dołączenie do niego swojego komentarza lub każdym innym, jaki podsunie wyobraźnia. Gotowe zmienione obrazki z papierosków złożymy w zina, wcześniej się razem z nich pośmiejemy. Uwaga: warsztat nie tylko dla palących! PS Będzie super, jeśli przyniesiecie puste paczki po fajkach”).

Jednak Nacisk to przede wszystkim targi, podczas których będzie okazja obejrzeć i kupić rzeczy od utalentowanych polskich twórców. Pośród wystawców znajdziemy: Patrycję Podkościelny, Jakuba Zasadę (Ola pisała o nim w lutym 2016 roku), Marcina Wolskiego, Patryka Hardzieja, Sebastiana Skrobola, Izę Dudzik, Martę Ludwiszewską, Alka Morawskiego, Karola Banacha, Jacka Rudzkiego, Somearta, Magdalenę Mandrysz, Sarę Janinę Kudybę, Martę Przeciszewską, Pawła Mildnera, Martynę Kostrzycką, Kasię Szybką, Rafała Kucharczuka, Ewelinę Dymek, Macieja Zarańskiego, Natalię Trochowską, Tymka Jezierskiego, Annę Wardę, Michała Bednarskiego, Tomasza Pieńczaka, SC Szymana, Basię Grzybowską, Ewę Rebekę Służyńską, Aleksandrę Morawiak, Maćka Zielińskiego, Joannę Gębal, Radka Bączkowskiego, Vivien Staff i innych.

Na dokładkę w ramach after party będzie również muzyka. Wystąpią Lua Preta („To jeden z najciekawszych duetów tego roku na rodzimej scenie muzyki elektronicznej. W jego skład wchodzą producent Mentalcut oraz pochodząca z Luandy wokalistka Supa Gia G. Nie bez powodu inspiracje dźwiękami z Angoli są głównym tematem ich muzyki, co doskonale słychać na debiutanckim Emoções Coloridas EP”), X-Coast („Pochodzący z Serbii i stacjonujący w Nowym Jorku, producent i DJ X-Coast odwiedzi Wrocław w ramach trasy koncertowej po Europie, promującej najnowszy materiał pt. Transformations EP (premiera 30.09!). Nasz headliner to podopieczny Mall Grab — debiutował winylowym wydawnictwem w wytwórni Steel City Dance Discs. W swoich produkcjach łączy tropikalny groove z nostalgicznym duchem rave’u lat 90.”), Dianka („Zaledwie dziewiętnastoletnia, wrocławska wokalistka z początkiem września tego roku debiutowała z dziewięcioutworowym albumem wydanym przez Zayafka. Dianka sięga po kontrastowe kompozycje elektroniczne, a w śpiewanych tekstach stawia na swoistą wrażliwość. Jedną z jej największych inspiracji jest twórczość Sevdaliza. Podczas wieczornej części festiwalu będziecie mieć okazję po raz pierwszy usłyszeć całość jeszcze ciepłego krążka na żywo!”) i inni.

Oto pełny program imprezy:

Festiwal odbędzie się 30 września 2017 w podwórku przy ulicy Ruskiej 46 we Wrocławiu w otoczeniu wrocławskich neonów. Na koniec odsyłam na fanpejdż Nacisku, jego stronę, a także do wydarzenia na Fejsie.

„Gify są fajnym kompromisem między ilustracją a rozbudowaną animacją”. O gifach Oli Jasionowskiej

Przygotowując tekst o plakatach Oli Jasionowskiej, zauważyłam, że wiele z jej projektów ma swoją animowaną wersję zapisaną w formacie gif, zapytałam Oli jak myśli, czy animowane plakaty zastąpią kiedyś plakaty papierowe? „Myślę, że nic nie zastąpi papieru. Papier jest super. Gify są fajnym kompromisem między ilustracją a rozbudowaną animacją. Doskonale odpowiadają na potrzeby dzisiejszego odbiorcy, który chce szybko przyswajać treści w internecie, ale który nie pogardzi też ilustracją do takiej treści. Nie angażuje tak bardzo, jak film, ale proponuje coś więcej, niż statyczny obrazek. Lubię gify Kiszkiloszki i Scorpiona Daggera, ale oni robią znacznie więcej, niż to, o czym powiedziałam przed chwilą. Są przemistrzami” — odpowiedziała.

Choć jej gify charakteryzuje raczej absurdalny niż wisielczy humor, to ten drugi również bardzo polubiła za sprawą jednego ze swoich pierwszych szefów: „Lubię Kiszkiloszki, Scorpion Daggera, Bolesława Chromrego i biurowe zdjęcia ze stocka — czyli chyba lubię czarny humor. Jeśli dobrze pamiętam, takie rzeczy zaczęły mi się podobać, kiedy pracowałam w zakładzie produkującym pieczątki, a za moimi plecami w biurze wyłożonym boazerią pływała pirania w akwarium, którą szef karmił parówką. Przysięgam, że tak było”.

Gify Oli są świetnym uzupełnieniem plakatów. Ma się wręcz wrażenie, że gdybyśmy przeglądali gazetę w świecie Harry’ego Pottera, która na swoich stronach umieszczałaby plakatowe reklamy wydarzeń, to właśnie tak by wyglądały ich czarodziejskie odpowiedniki. Na podstawie gifów Oli Jasionowskiej chcę wam pokazać nie tylko artystyczne walory animowanych obrazków, ale również ich potencjał  — ciągle jeszcze mało wykorzystywany — na przykład przy promocji wydarzeń.



„Krytyka jest wpisana w zawód grafika i nie wyobrażam sobie forsowania projektu, który tylko mi się podoba”. O plakatach Oli Jasionowskiej

Mało śpi, dużo projektuje. Boi się latać, ale ma nadzieję, że ten strach kiedyś minie, bo chciałaby zobaczyć na żywo swoją rysunkową panoramę miasta w poczekalni odlotów na warszawskim Okęciu. Stworzyła identyfikację wizualną dla Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, plakat z podziękowaniem dla „spacerowiczów” też jest jej i jest z niego bardzo dumna. Ilustrowała książkę dla dzieci „Hej, Szprotka!”, tworzy plakaty, gify, neony, upiększa Warszawę jako grafik miejski. Kto taki? Ola Jasionowska. Przez długi czas kojarzona jedynie z „Hozmówkami z Hanną”, przez co czuła się trochę jak: „dorosła gwiazda serialu, w którym grała jako dziecko”. Dzisiaj o Hozmówkach nie będzie nic, dzisiaj będzie o plakatach.

Pierwsze projekty zrobiła dla Baru Studio i właściwie od tego momentu zaczęła się jej przygoda z plakatami: „W 2012 roku pod koniec działalności Chłodnej 25 i na początku istnienia BaruStudio, Zuzia Mockałło i Grzesiek Lewandowski (właściciele) zaproponowali, żebym coś dla nich narysowała. To było chyba »Pierwsze wiosenne śniadanie«, ten pierwszy plakat. Mimo że jako graficzka pracuję znacznie dłużej, to dzięki tej współpracy przekonałam się, że jest to moja ulubiona dziedzina projektowania. Współpracujemy do dzisiaj i myślę, że większość swoich najlepszych prac zrobiłam właśnie dla nich”.

Czasami pracę nad projektem zaczyna od ręcznych szkiców, najczęściej wtedy, gdy chodzi o serię; jeśli akurat ma do zrobienia jeden projekt, zaczyna od razu w komputerze: „Najpierw wybieram kolory, potem fonty, a na końcu rysuję. Potem zmieniam to, co wybrałam wcześniej, ale początek zawsze wygląda właśnie tak”. Trudność sprawiają jej projekty, które przesadnie rozciągają się w czasie — „[…] bo mam wrażenie, że moje prace sprzed roku są tak różne od tego, co robię dzisiaj, że ciężko mi zachować spójność, a spójność jest fajna. Przy pracy nad książką „Hej, Szprotka!”, która trwała ponad pół roku, zderzyłam się z tym, jak inne są rysunki powstałe kilka miesięcy po moich pierwszych propozycjach”. Tematy okołofotograficzne również bywają uciążliwe: „Pracowałam przy kilku edycjach Wszyscy Jesteśmy Fotografami. Layout każdej edycji opiera się na fotografii konkretnego twórcy i trzeba to wszystko ugryźć tak, żeby nie ingerować w koncepcję fotografa, ale dodać swój własny graficzny charakter do projektu”. Uwielbia plakaty Andrzeja Krajewskiego, ale docenia również prace innych grafików i graficzek — „Gdy patrzę na plakat, który mi się podoba myślę, że chciałabym taki fajny plakat zrobić sama. Myślę sobie, że »zazdrość i nienawiść«” — żartuje. Rzeczami, które jej się nie podobają, nie zawraca sobie głowy: „Za dużo jest złego projektowania, żeby jeszcze się nad tym pochylać, a może to wykształciło się u mnie po tysięcznej prośbie, żeby przesunąć coś w lewo albo zmienić kolor”. Zapytana, czy przejmuje się krytyką, odpowiada — „Przejmuję się krytyką ludzi, którzy mają pojęcie o tym, co krytykują lub klientów. Mniej (ale jednak) przejmuję się krytyką ludzi, którzy krytykują wszystko — szczególnie wyraźnie widzę to, pracując w mieście: »Sadzimy drzewa? A co z ławkami! Stawiamy ławki? A co z drzewami! Bronimy bezdomnych psów? A co z bezdomnymi kotami! Robicie w mieście plakaty? Po co! Jest niebieski? Powinien być żółty!« I tak w nieskończoność. Nie wykształciłam w sobie wspaniałej umiejętności ignorowania malkontentów i specjalistów od wszystkiego, mimo że z doświadczenia wiem, że zazwyczaj są nimi ludzie nieszczególnie obdarzeni jakimiś umiejętnościami, poza umiejętnością klikania enter na klawiaturze komputera. Krytyka jest wpisana w zawód grafika i nie wyobrażam sobie forsowania projektu, który tylko mi się podoba. Robię go przecież na czyjeś zlecenie i odpowiadam nim na czyjeś potrzeby”.

Ola studiowała na Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Czy poleciłaby tę szkołę młodym osobom, które chciałyby pracować w zawodzie grafika? „PJATK to fajna szkoła z dobrym zapleczem technicznym i myślę, że dobrze i praktycznie przygotowuje do pracy. Ale ja swoją pracę zaczęłam zaraz po dostaniu się do szkoły i po licznych przerwach, urlopach mniej lub bardziej dziekańskich stwierdziłam, że nie mam już za bardzo czasu, pieniędzy i cierpliwości, żeby wracać do nauki czegoś, czego zaczęłam uczyć się, pracując. Gdybym nie musiała pracować, z chęcią skończyłabym szkołę w trybie dziennym, bo to zdecydowanie najwartościowsza według mnie forma nauki. Wyobrażam sobie, że liceum plastyczne było po studiach i że wszystko mam pokończone, wtedy nie jest mi tak smutno” — odpowiada.

Aktualnie, poza licznymi projektami dodatkowymi, pracuje jako grafik miejski i dowiedziałam się, że jest to praca trudna, ale jednocześnie rozwijająca: „Nie wyobrażam sobie innego miejsca, w którym mogłabym podejmować jednocześnie tak dużo, tak różnych od siebie zagadnień. Między projektantem a odbiorcą jest zastęp urzędników, który ma swoje uwagi do projektów i to jest trudne. Do tego jest szereg zasad, których musimy przestrzegać. Lista informacji, które musimy zawrzeć. Urzędo-przepisy, których musimy się trzymać. Jednego dnia robię plakat na otwarcie Bulwarów, drugiego projektuję neon nad Wisłę, a innego konsultujemy to, jak będą wyglądały bilety w komunikacji miejskiej”.

Lubi przebywać w otoczeniu dobrze wydanych książek i albumów. Są dla niej inspiracją do pracy nad projektami. W jednej z pierwszych wiadomości do mnie napisała: „Dzisiaj na moim biurku leżą: »Nie gęsi« Karakteru, »Moje okładki« Ha!artu i »Latem w mieście« Bęc Zmiany”. Lubi rysować warszawską architekturę: „Nie wiem, czy to wychodzi mi najlepiej, możliwe, że wcale nie, ale to jest dla mnie najciekawsze”. I lubi ilustrować książki „[…] bo wtedy trzeba przeczytać tekst milion razy: na początku może to być uciążliwe, potem jest śmieszne, a potem po prostu inne, niż na początku. Jak ilustrowałam książkę »Hej, Szprotka!« moją i Agnieszki Kowalskiej, milion razy patrzyłam na te same króciutkie strony z tekstem, a mimo to zawsze, kiedy czytałam ostatnią z nich, byłam wzruszona, bo jest tam opis starszej suni (tytułowej Szprotki), która z trudem wchodzi po schodach. To niesamowite, że wciąż mnie to wzrusza. Dlatego ilustrowanie książek jest takie dziwne i fajne zarazem”.

Zapytana, czy w ogóle (a jeśli tak, to w jaki sposób) odpoczywa, odpisała — „Odpoczywam w miejscach, w których ciężko o wygodne biurko do pracy, bo chyba zawsze mam ze sobą komputer. Przez cały rok marzę o wakacjach w lesie i nad wodą, działkach znajomych, tureckich domkach holenderskich do wynajęcia (są takie) i małych tarasach obrośniętych krzakami. Takie krzaki dobrze zakłócają WiFi”.

Ostatnio pracowała nad neonem, który prawdopodobnie już niedługo będzie można podziwiać nad Wisłą oraz nad ilustracjami do książki Pauliny Młynarskiej o tytule „Rebel” — premiera odbyła się dokładnie tydzień temu (12.09.2017 r.). Dotychczasowe realizacje Oli znajdziecie na Fejsie (tutaj można również kupić niektóre plakaty, pisząc wiadomość prywatną) i Behance. Można ją również znaleźć na Instagramie — tutaj trochę zakulisowo, a jeśli jesteście lub będziecie w Warszawie, rozglądajcie się, może zobaczycie jakiś plakat, neon czy baner na żywo.

Dostaliśmy bezlusterkowca Fujifilm X-A10. Oto pierwsze wrażenia i garść zdjęć, które zrobiłem

Przysłona, migawka, ISO, ekspozycja, ogniskowa — jeszcze do niedawna te terminy rozumiałem tylko teoretycznie. Nigdy wcześniej nie miałem sprzętu, dzięki któremu mógłbym pobawić się nimi w praktyce. To się jednak zmieniło za sprawą pewnego kociarza Mieszka, który, z ramienia agencji, zaproponował nam fajną współpracę. Otóż niedawno kurier przywiózł nam uroczy kuferek, wewnątrz którego był aparat cyfrowy z wymienną optyką, czyli tak zwany bezlusterkowiec. Mowa o modelu X-A10 debiutującym w grudniu 2016 roku jako „najtańszy bezlusterkowiec od Fujifilm”, z wyglądu piękniutkim, ze specyficznym dla tej marki powrotem do retro dizajnu. Teraz zdradzę swoje pierwsze wrażenia i pokażę zdjęcia, które z jego pomocą zrobiłem.

Zanim wziąłem ten sprzęt do rąk, zdążyłem poczytać teksty i pooglądać filmiki o trójkącie ekspozycji, jeśli chodzi o teorię, ale nic więcej — reszta była dla mnie absolutną czarną magią. Później wreszcie chwyciłem aparat, zamontowałem kitowy obiektyw, Fujinon XC 16-50mm f/3.5-5.6 OIS II, i zacząłem się bawić. Przekręciłem na tryb manualny i spojrzałem na ekranik (X-A10 nie ma wizjera, więc fotografujesz dzięki trzycalowemu LCD z podglądem na żywo). Na wyświetlaczu zobaczyłem zupełną ciemność. Co prawda byliśmy w mikro-dżungli Oli (czytać: w jej pokoju, bo rośliny, jakie ona tam ma, przekroczyły już ilość dla mnie niepoliczalną), w ponury dzień, ale bez przesady, nie było aż tak ciemno, jakby to sugerował wyświetlacz. Większość osób, dziś wymiatających w fotografii, z pewnością nie zapomniało, jak cudowne to jest uczucie, kiedy widzisz na ekraniku ciemność (wszystko jedno, czy w trybie podglądu, czy już w galerii po zrobieniu) i rozumiesz, że czeka cię niezwykła przygoda przy nauce tego wszystkiego.

W ostatnim czasie oglądam ogromne ilości filmików o fotografii, zarówno te teoretyczne, o ekspozycji, kompozycji, obróbce zdjęć czy długiej ekspozycji, jak i te bardziej inspirujące, o pasji konkretnych fotografów. Każdego dnia jestem o jedno ziarenko mniej amatorski. Jednym z pierwszych zdjęć, jakie zrobiłem w pełni manualnie, zarówno, jeśli chodzi o ekspozycję, jak i kręcąc pokrętłem od focusu w obiektywie, było zdjęcie takiego maciupkiego grudnika. Ola jest szczególnie dumna z tej rośliny, bo wyhodowała ją z pojedynczego ułamanego segmentu. A ja, mimo wszelkich skaz, które wasze wprawne oczy z pewnością wychwycą, będę miał do tego zdjęcia sentyment ze względu na to, że pierwszy raz jako tako wyszło mi coś, gdy pokrętło wskazywało „M”.

Chociaż zabawa manualnym focusem sprawia mi ogromną wręcz frajdę, w fotografii, która interesuje mnie najbardziej, czyli ulicznej, stosuję tryb półautomatyczny i autofocus. Strzelając „z partyzanta” nie ma czasu na ręczne kręcenie pierścieniem — ważniejszy jest moment niż kontrola nad parametrami. A ja, co tu dużo pisać, urodziłem się z naturą odkrywcy; muszę szwendać się, poznawać ludzi, a później o tym opowiadać, nic na to nie poradzę, nawet gdybym chciał. Fotografia uliczna pozwala mi uwiecznić kogoś bez przekłamań (obiektyw nie ma swojej opinii), a słowami dodatkowo naprowadzić na odpowiedni tor myśli. To otwiera przede mną zupełnie nowe możliwości.

Ostatnio przykładowo spotkałem mężczyznę stojącego niedaleko Zielonego Rynku na Przymorzu z gołębiem siedzącym na jego dłoni. Zbliżyłem się, a ponieważ mnie zobaczył, spytałem, czy mogę zrobić mu zdjęcie. Odpowiedział, że nie ma problemu. Niestety, gdy zrobiłem dosłownie pół metra do przodu, ptaszysko uciekło. „Tyle w kwestii mojego zdjęcia” — rzuciłem i już chciałem się oddalić, kiedy mężczyzna dodał: „Pan chwilę poczeka, on zaraz wróci”. I rzeczywiście, gołąb po chwili z powrotem wleciał mu na dłoń. Okazało się, że pan kiedyś go uratował, zajmując się jego ranami. Od tamtej pory ptaszysko za każdym razem, gdy go widzi, okazuje mu swoją wdzięczność. Pierzasty koleżka dostał na imię Terrorysta. Zresztą, mężczyzna podobno uratował więcej ptaków, z czego dwa kolejne noszą imiona Obama i Trump. W nazewnictwie można wyłapać pewien klucz.

Jedną z rzeczy, które mnie inspirują, są falowce i ich okolice, również architektonicznie, ale przede wszystkim mieszkańcy. W środku tych molochów, z których najdłuższy, ten przy ulicy Obrońców Wybrzeża, mierzący osiemset sześćdziesiąt metrów (nawet doczekał się własnego Demotywatora), mieszka naprawdę zróżnicowany przekrój ludzi. Stare małżeństwa. Samotni starcy. Młodzi, pracujący ludzie. Ludzie w średnim wieku. Studenci wynajmujący pokoje. Podobno w tym najdłuższym falowcu, przede wszystkim ze względu na ostatnią wymienioną grupę, dziś mieszka więcej osób, niż zakładano. Planowo, w ramach narzuconych przez ówczesną władzę niekorzystnych normatywów, miało być sześć tysięcy sześćset ludzi, a dziś ma mieszkać tam koło dziesięciu tysięcy. Wyobraźcie sobie, ile cudownych historii zamyka się w bryle tego budynku i w jego okolicach. Chciałbym móc kiedyś, chociaż część z nich opowiedzieć.

Bo falowce się kocha albo nienawidzi. Jedni mówią o nich jak o nieudanym eksperymencie społecznym, niemalże slumsach. Drudzy są zakochani w ich klimacie. Kiedyś spotkałem panią, która przez wiele lat mieszkała w falowcu, ale później córka i zięć poprosili ją, żeby „pilnowała” niemalże luksusowego apartamentu, jednego z dwóch, które małżeństwo kupiło z myślą o przyszłości swoich dzieci. Z miłości do córki pani się zgodziła, ale w tym nowym budownictwie męczy się niemiłosiernie. Nie może zrozumieć, dlaczego ludzie na klatce schodowej ze sobą nie rozmawiają. Dlaczego sąsiedzi się wzajemnie nie znają. Dlaczego każdy interesuje się tylko sobą. Pani teraz żyje w niemalże luksusowym apartamencie, ale cały czas myśli o tym swoim ciasnym mieszkanku w falowcu. „Wie pan, jak ja sobie tam pięknie urządziłam?” — mówiła. „A jaki ja piękny parkiet tam mam, wie pan, z takich cudownie staroświeckich. Jak ja tęsknię za tym parkietem”.

Albo jak któregoś dnia, pięć czy sześć lat temu, pod falowcem złapał mnie deszcz. Schowałem się wtedy w jednym z tych przejść, które co ileś klatek przechodzą na wylot przez budynek. Oprócz mnie była tam też grupa mężczyzn, niektórzy w średnim wieku, inni początkujący staruszkowie. Mieli takie porozumienie, że jak im duszno było w domu albo jak żony dawały w kość, albo coś innego gniotło duszę, to schodzili się i właśnie w tym przejściu zbierali się, na rozmowy i piwko. Dało się wyczuć, że początkowo to byli zupełnie obcy ludzie, sąsiedzi z różnych klatek, ale z czasem wytworzył się między nimi energia i wspólny rytuał. Żałuję, że wtedy nie miałem ze sobą aparatu, bo zwyczajna radość, jaka wtedy od nich biła, stworzyłaby fajne zdjęcie.

Tego konkretnego pana zobaczyłem, wracając do domu znad morza. Ćmił fajkę na galerii. Kiedy wymierzyłem w niego obiektyw, z początku się wycofał. Wtedy uśmiechnąłem się najmilej, jak potrafię, co spowodowało, że został, ale schował papierosa. Wyglądał na strachliwego człowieka, ale na moment się nieco otworzył.

Może to przypadek, ale zauważyłem u mieszkańców falowców i innych budynków Przymorza Wielkiego, jak choćby czteropiętrowych budynków nazywanych przez starych mieszkańców „morkami” (od nazwiska architekta, Janusza Morka), fascynację motywem wilków, z czym sympatyzuję ze względu na mój związek z Olą Wilk i ze względu na szacunek do niezwykłych dzikich zwierząt.

Oczywiście posiadanie fajniejszego sprzętu skończyło się również fotografowaniem tak zwanej codzienności. Kadrów z naszych spacerów po pewnej miejscowości, w której biegną dwie białe drogi, nazywane przez nas B1 i B2, usypane z jasnych kamieni, od biedy sprawdzających się jako otwieracze do piwa. Z wypadów do Łodzi. Z mojego szwendania się po Trójmieście. Lubię uwieczniać tak zwane zwykłe życie. Moment, w którym Ola przeskakuje nad dużą kałużą. Albo te piękne żółte kwiaty rosnące wzdłuż B1. Ślimaka, któremu Ola pozwala wejść na swoją dłoń. Albo tego psa, który zawsze wskakuje na budę, żeby szczekać na nas ponad płotem. Fragment tej świetnej rzeźby, która pojawiła się przy dworcu Łódź Fabryczna. „Tęsknię za tobą, Żydzie” napisane na murze OFF Piotrkowskiej. Sylwetkę jakiejś dziewczyny siedzącej przy oknie w naszej ulubionej łódzkiej knajpie, w Niebostanie.

Mam świadomość, że jestem zupełnym nowicjuszem, ale nie ukrywam, że totalnie mnie fotografowanie wciągnęło. Podpaliło moją wyobraźnię i odsunęło depresyjne myśli na bok. Gdyby ktoś chciał mi pomóc uniknąć wielu błędów, które z pewnością popełniam, zapraszam do mejlowania (michal@robmydobrze.pl) i komentowania — przyjmę każdą konstruktywną krytykę, a także wiedzę, która pomoże mi lepiej fotografować i obrabiając zdjęcia w Lightroomie.

Na koniec jeszcze tylko jedna myśl. Otóż mam taki nowy zwyczaj, że kiedy widzę świetny kadr, ale nie mam przy sobie aparatu, mrugam oczami, żeby kosmos wiedział, że to doceniłem. Ostatnio jak jechałem do pracy, w autobusie siedział tam taki chłopak — młody, czarne, krótkie włosy, styl bardziej dresowy, ale nie dresiarz. Trwał w bezruchu, z miną tak smutną i tak głęboką, jakby przemierzał w wyobraźni inne galaktyki. Piękne, niskie słońce spływało na jego twarz, a on tak po prostu trwał, wyglądając jakby właśnie jego myślowy wysiłek, trzymał tę planetę w całości. Bardzo żałowałem, że nie miałem przy sobie X-A10, a kiedy już wysiadałem, uważałem, żeby go nie szturchnąć i nie zaburzyć struktury wszechświata.

Gdyby ktoś chciał śledzić moje postępy, zapraszam na Tumblra i Instagrama. Zobacz, gdzie można kupić iks a dziesiątkę.

Zarąbista akcja dla Huncwotów

Do Huncwotów, czyli uczestników akcji pisania listów i osób, które chciałyby w takiej akcji wziąć udział! Mam do was ogromną prośbę. Będę organizował akcję związaną z pisaniem listów. Chciałbym zrobić imprezę Róbmy Dobrze w jednej z trójmiejskich knajp (zależy, która by mnie przygarnęła), na którym byłoby oczywiście piwo, fajni ludzie i rozmowy, ale też jakieś atrakcje, między innymi przyszedłbym z workiem, w którym miałbym dużo listów od Huncwotów, specjalnie napisanych na tę okazję. Osoby, które stawiłyby się na żywo, mogłyby z tego worka wylosować list dla siebie — otworzyć go, przeczytać, zachować, a w razie chęci również odpisać. Samych listów nie czytalibyśmy na głos (!), ale wszelkie fajne załączniki — rysunki, naklejki pocztówki, czy cokolwiek innego — moglibyśmy sobie wzajemnie śmiało pokazywać, żeby było ciekawiej.

Huncwoty, sprawilibyście mi ogromną przyjemność, gdybyście napisali taki list, albo listy (limitów nie ma, ja sam zamierzam napisać koło dziesięciu, może nawet więcej). Zasady są proste. Najpierw piszecie list — na jego końcu możecie, ale nie musicie napisać swój adres, zależy czy chcecie, żeby osoba, która to wylosuje, mogła odpisać. Wtedy dorzucacie ewentualne załączniki (nie są konieczne, ale jeśli coś tworzycie, warto to wykorzystać, tak samo, jeśli macie jakieś fajne drobnostki). Wsadzacie to do koperty, bez swojego adresu (!), tylko z dopiskiem „Nie wiadomo do kogo”. To właśnie te koperty ludzie będą losować z worka, więc jeśli chcecie, możecie tam coś dopisać, narysować czy dokleić. I dopiero wtedy tę kopertę wsadzacie w drugą kopertę, wszystko jedno jaką, bo ja i tak ją rozerwę i wyrzucę, kiedy już list dotrze do mnie. Na tej kopercie napiszcie normalnie mój adres i naklejcie znaczki.

Jeśli chodzi o treść listów, pozostawiam wam zupełną dowolność, warto jednak mieć kilka rzeczy na uwadze. Po pierwsze, listy będą czytane jakiś czas po napisaniu — obstawiam, że między jednym a trzema miesiącami po (wszystko zależy od tego, ile czasu będzie się zbierać jakaś sensowna liczba, no i jak przebiegnie organizacja wydarzenia). Można ten aspekt w ogóle pominąć i po prostu pisać, co się ma do napisania. Można też wykorzystać to jako efekt „wehikułu czasu”, na krótki czas, opisując jakieś wydarzenia, podkreślając, że w trakcie czytania one mogą już nie istnieć lub być nieaktualne, tym samym zachęcić czytającego do wyobrażenia sobie, jak to potoczyło się dalej. Po drugie, listy będą czytane w konkretnych okolicznościach — w knajpie, wśród ludzi, w jakiejś części również czytających. Można ten aspekt w ogóle pominąć i po prostu pisać, co się ma do napisania. Można też wykorzystać to w liście, w jakiś sposób odnieść się do tego, dać czytającemu jakieś zadanie — zachęcić, żeby coś konkretnego zrobił w stosunku do innych, na przykład sprezentował im jeden z załączników, pokazał określony fragment twojego listu, albo dał innym cały do przeczytania, opowiedział im coś konkretnego, albo coś dowolnego o sobie, napisał do nich krótki liścik i wręczył go (osoby zostaną poproszone, żeby na spotkanie zabrać jakieś kartki/zeszyty i coś do pisania). Albo wręcz przeciwnie, można poprosić czytającego, żeby na chwilę zapomniał, gdzie się znajduje i żeby sobie wyobraził inne miejsce — pokój, w którym piszecie list, miejsce, do którego zamierzacie go zabrać na listowy spacer. Po trzecie, czytający nie będzie was znał. Można bazować właśnie na tym, być w liście neutralnym narratorem, który chce opowiedzieć jakąś sytuację albo zbudować czytającemu jakieś wyobrażenie, samemu pozostając jednak tajemnicą. Można też opisać siebie, pozwalając na coś niesamowitego — na zbudowanie waszego obrazu w wyobraźni, zaistnienie w niej jako człowiek o określonych marzeniach, sympatiach i lękach. Ogranicza was tylko wyobraźnia i fakt, że każdy, kto wylosował list, musi mieć go na pamiątkę, do domu, także nie robimy zadań w stylu „oddaj komuś cały list”. Listy nie muszą być arcydziełami, ale powinny być napisane od serca. Także nie peniać się, tylko brać udział w tej fajnej akcji!

Featured Video Play Icon

Ramona Rey — Jak Ty

Kiedy poznałam Michała miał on kilka swoich muzycznych platonicznych miłości. Jedną z nich była Ramona Rey. Próbował mnie nawet tą miłością do niej zarazić. Gdy obklejaliśmy północną ścianę mojego pokoju plakatami, wyciął z jakiegoś magazynu zdjęcie Ramony i wcisnął między Mileną Lisiecką wróżąca ze szklanej kuli na plakacie „Według Agafii” a słoikiem ogórków marynowanych Agaty Królak reklamującym „Z działki, z lasu i takie tam”. Ten pierwszy podarował mi teatr Jaracza, ten drugi pochodzi z toalety dawnej gdańskiej Fikcji. Na zdjęciu się nie skończyło. Innym razem puścił mi film, w którego soundtracku jest utwór Ramony. Prób było więcej, polegały głównie na kilkugodzinnych sesjach muzycznych z wszystkimi trzema albumami RR po trochu. Szczerze mówiąc, podobały mi się piosenki Ramony, to jej balansowanie na granicy szaleństwa i histerii było wciągające, ale prawdziwą miłość i uzależnienie poczułam dopiero do piosenki „Jak Ty”. Do piosenki i klipu, bo pierwszy raz usłyszałam ją, oglądając jednocześnie teledysk i myślę, że właśnie dlatego zrobiła na mnie takie wrażenie.

Mamy więc dwie Ramony, które przy pierwszym obejrzeniu klipu zinterpretowałam jako podwójną osobowość bohaterki teledysku. Ta pierwsza nie do końca zdaje sobie sprawę, do czego jest zdolna, kiedy kontrolę przejmuje ta druga. Ale potem zaczęłam szukać głębiej i natknęłam się na dybuki. Za Wikipedią: „W mistycyzmie i folklorze żydowskim zjawisko zawładnięcia ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Dybukiem nazywa się też samego ducha, duszę zmarłego, która nie może zaznać spoczynku […] z powodu popełnionych grzechów, i szuka osoby żyjącej, aby wtargnąć w jej ciało”. Zapytałam twórców teledysku, czy to dobry trop. Nie potwierdzili, za to opowiedzieli mi trochę więcej o pracy nad scenariuszem, pracy na planie i swoich inspiracjach.

Reżyser i pierwszy z dwóch scenarzystów — Bartek Brzeziński: „Pomysł na klip zrodził się z fascynacji Śląskiem. Najpierw trafiliśmy na górę węgla, a potem powstała historia. Intryguje i pociąga mnie tamtejszy klimat, dlatego od dłuższego czasu chciałem osadzić jakąś historię w tej przestrzeni. Nie chcieliśmy zrobić kolejnego polskiego klipu o niczym, dlatego pomimo minimalnego budżetu, postawiliśmy sobie poprzeczkę wysoko. Praca na planie była ciężka — zdjęcia odbyły się na przełomie grudnia i stycznia. Kilkuosobowa ekipa (niezawodna), ogrom pracy i wielkich chęci, pozwoliły zrealizować wszytko według naszej wizji. Ramona jest ambitną artystką i bardzo chciała sama zagrać w tym klipie. Pomimo ciężkich warunków, poradziła sobie znakomicie. Wspólny, pierwszy szkic scenariusza napisaliśmy w kilka godzin. Potem wymienialiśmy się licznymi materiałami i inspiracjami — przepuściliśmy przez własną wrażliwość niemieckie malarstwo romantyczne oraz twórczość Andrzeja Żuławskiego”.

Natomiast Tomek Ślesicki — drugi scenarzysta i autor zdjęć napisał mi: „Historia tego klipu jest o tyle ciekawa, że początkowo to była kompletnie inna opowieść, chyba jeszcze bardziej abstrakcyjna, chociaż też nawiązująca do filmów z dawnych lat. Przedstawiliśmy ją Ramonie i Igorowi, który pisze dla niej muzykę i jednocześnie jest kimś w rodzaju managera, pomysł spodobał im się tak sobie i poprosili nas, żebyśmy zastanowili się nad czymś innym. No i potem jakoś w efekcie burzy mózgów powstała nam historia, którą widziałaś na ekranie. Staraliśmy się zrobić coś, co z jednej strony bardzo mocno trzymałoby się tradycyjnej filmowej narracji i struktury dramaturgicznej, ale jednocześnie było w jakiś sposób »zepsute«. Każda scena jest skonstruowana w taki sposób, żeby coś było nie tak. Cały czas pada, niebo całkowicie zasłaniają burzowe chmury. Scena randki rozgrywa się nie w wesołym miasteczku czy na klifie z widokiem na morze i zachód słońca, tylko na pustym placu w starym samochodzie. Kiedy bohaterka ma wreszcie okazję, żeby zbliżyć się do mężczyzny, na którym jej zależy, okazuje się, że ktoś ją ubiegł. Podobne założenie przyjęliśmy przy doborze obiektywów. Cały klip jest nakręcony na starych, radzieckich szkłach, które kupiłem do innego projektu głównie dlatego, że były zwyczajnie bardzo złe optycznie. Mają wszelkie rodzaje niedoskonałości, które (przynajmniej dla mnie!) czynią je interesującymi. Jeden z obiektywów ostrzy tylko na połowę kadru. Inny tworzy poświatę wokół jasnych obiektów. Wszystkie są miękkie, mają niski kontrast i dziwnie przedstawiają nieostrość. Plastycznie inspirowaliśmy się filmami Tarkowskiego i malarstwem Caspara Davida Friedricha. Jest więc burzowo i dosyć klasycznie, ale przez dobór lokacji i charakter piosenki jest w tym jakaś szajba, która popycha to w dosyć abstrakcyjną stronę. Same lokacje były dobrane kluczem »szukamy końca cywilizacji i miejsc najbardziej od czapy«. Powstał z tego świat, w którym renesansowy kościół sąsiaduje z ogromną górą węgla, pustym placem i resztkami po zapomnianym przez ludzi i Boga bazarze. To miejsce, w którym młodzi nie mają co ze sobą zrobić, więc urządzają imprezę na resztkach traktora albo palą jointa na kanapie wyrzuconej pod lasem. Może trochę w tym inspiracji świetnym cyklem Tomasza Tomaszewskiego »Rzut beretem«, ale raczej podświadomej, niż takiej, że wrzucamy to w referencje i bezpośrednio do niej nawiązujemy. Ale ten kontekst był dla nas dosyć ważny, bo wiedząc, w jakim świecie poruszają się nasi bohaterowie, mogliśmy spróbować przenieść to na sposób pracy kamery. Czy się udało, czy nie — ocenisz sama!”.

Oprócz oczywiście całej historii ocierającej się trochę o mistycyzm, trochę o parapsychologię, bardzo mi się w tym klipie podoba gra aktorska Ramony. Doskonale uchwyciła kontrast charakterów — zatroskanie malujące się na twarzy pierwszej Ramony i szaleństwo w oczach drugiej. Fantastyczna choreografia też na pewno zrobiła swoje — taniec drugiej Ramony gdzieś już na granicy obłąkania, jest niepokojący i wciągający jednocześnie. Kostiumy — nie dość, że po prostu świetnie wyglądają, to również pokazują różnicę między ich osobowościami. Podobają mi się kolory w tym teledysku: stary Fiat 125p, sukienka pierwszej Ramony, kolor nieba — wszystko w odcieniach błękitów wchodzących w morskie tony przełamuje wyrazisty burgund sukienki drugiej Ramony i czarne góry węgla. Podoba mi się wybór miejsc: (i znowu) czarne góry węgla, wznoszące się nad nimi nadziemne fragmenty szybów, kominy i świecące latarnie; renesansowy kościółek i ceglany dom, który w rzeczywistości jest opuszczonym budynkiem leżącym gdzieś na Śląsku, a klimatyczne wnętrza widoczne na klipie to tak naprawdę mieszkanie w Warszawie, które, jak powiedział mi Tomek, zwykle stoi całkowicie puste, a dostęp do niego zdobyli dzięki znajomym. Podoba mi się gra światłem. I na koniec — podobają mi się nawiązania do stylu retro, będące jednym z wielu elementów budowania nastroju. Już dawno nie widziałam teledysku, który wciągnął mnie aż tak i zmusił do szukania informacji o nim.

Ramonę Rey znajdziecie na jej stronie internetowej, Fejsie, Instagramie i Bandcampie. A tutaj zebrane są wszystkie serwisy, na których można dostać jej nowy album. Polecam też obserwować Bartka Brzezińskiego i Tomka Ślesickiego, bo jestem pewna, że niejeden piękny obraz jeszcze zmalują.

VHS Hell w Kinie Żeglarz. Przeżyj fajną przygodę i wesprzyj znikające kino

Byliście kiedyś na Półwyspie Helskim? Jeśli nie, to gorąco polecam, bo jest to miejsce niezwykłego klimatu. Jedziesz pociągiem, wyglądasz z okna, a tam z lewej strony morze, z prawej morze, do tego czający się na każdym kroku zalążek przygody. Zresztą, już niedługo będziecie mieli fajny pretekst, żeby się tam wybrać — w Kinie Żeglarz w Jastarni, studyjnym kinie mieszczącym się w centrum półwyspu, odbędą się pokazy świetnej imprezy VHS Hell.

Ale po kolei. Dla tych, którzy nie wiedzą, VHS Hell to cykliczne imprezy, podczas których wyświetlane są filmy klasy B. Inicjatywę najlepiej przedstawiają sami twórcy: „Chcemy, abyście przypomnieli sobie czasy, kiedy po upadku komunizmu na osiedlach zaczęły rządzić wypożyczalnie wideo, a wszyscy bezkrytycznie zachłystywali się Zachodem. Na naszych pokazach zobaczycie filmy zapomniane, absurdalnie nakręcone, tandetne i niesmaczne, a jednocześnie perwersyjnie fascynujące. Gumowym potworom, opętanym seksem kosmitom i punkom ery nuklearnego Holokaustu zawsze towarzyszy głos znudzonego lektora i trzaski porysowanej taśmy video. Zupełnie jak dwadzieścia lat temu”.

Najważniejsze, co chciałbym, żeby wybrzmiało o samym kinie, to fakt, że to nie jest kolejne kino, które zaserwuje wam „obowiązkowy” zestaw chłamu z boxoffice’owych list. Kino Żeglarz to kino studyjne prowadzone przez trzy kobiety, przedstawicielki kolejnych pokoleń rodziny Blindow, poświęcające uwagę przede wszystkim wartościowemu lub oryginalnemu filmowi. Jest to zresztą jedyne kino na całym półwyspie (najbliższe kino w głąb lądu znajduje się w Rumii, a wzdłuż linii brzegowej, w Łebie), z historią sięgającą czasów wojny i maszynami obsługującymi taśmę trzydziestopięciomilimetrową stojącymi w projektorni. Jak czytamy na stronie kina: „W budynku kina przed wojną mieścił się pensjonat »Janina«. W czasie wojny, gdy Niemcy stacjonowali na Półwyspie Helskim, obiekt przerobiono na kino. W dobie PRL-u kino było w rękach aparatu państwowego. Od roku 1991 dzierżawcą kina był Bogdan Blindow – szalenie barwna postać, legenda świata kiniarzy. Po jego śmierci właścicielką została jego córka – Dagmara, która prowadzi kino do dziś, ze wsparciem mamy – Urszuli i córki – Patrycji. Z tego właśnie względu w Żeglarzu panuje iście rodzinna atmosfera”. Jak się pewnie domyślacie, prowadzenie studyjnego kina szukającego wartościowych filmów, nie jest zadaniem łatwym. Niestety, Kino Żeglarz jest o krok od zamknięcia. Te trzy dzielne kobiety dokładają do interesu, bo nie chcą się rozstać z tym rodzinnym skarbem.

Tu właśnie wkracza VHS Hell z próbą podratowania tego miejsca, przez zwrócenie na nie uwagi i zorganizowanie w nim pokazów. Tu wkracza też Róbmy Dobrze, publikując ten tekst. I tu możecie wkroczyć też wy, ze swoją obecnością podczas pokazów i portfelem. Podczas pierwszego pokazu, który odbędzie się 12 sierpnia 2017, wyświetlone zostaną dwa horrory z epoki magnetowidów — amerykański „Critters” (1986) w reżyserii Stephena Hereka puszczony z kasety VHS i włoski „Nightmare City” (1980) w reżyserii Umberto Lenzi, z dialogami czytanymi na żywo przez lektora, Piotra Czeszewskiego. Wstęp na seans będzie kosztował 16 zł. Bilety będzie można kupić bezpośrednio przed seansem. Zajawki filmów znajdziecie w wydarzeniu na Fejsie, a oto plakat zmajstrowany przez Izę Dudzik.

Oczywiście same seansy są bardzo ważne, w końcu to gwóźdź programu, ale spójrzmy prawdzie w oczy — te pokazy mogą zmienić się w mikroprzygodę. Jest okres wakacyjny, wielu z was szuka okazji, żeby trochę odpocząć i odciąć się od problemów. Więc wyobraźcie sobie taki ciąg wydarzeń. Nastrojowa podróż pociągiem lub samochodem przez Mierzeję Helską otoczoną morzem. Spacer po szalenie klimatycznym półwyspie. Wizyta w kinie, na holu którego wiszą plakaty z ostatniego sezonu pokazów VHS Hell (a nie jest tajemnicą, że u nich co plakat, to lepszy). Seanse szalonych horrorów na sali z czerwonymi siedzeniami pamiętającymi czasy PRL-u. Rozmowy ze świetnymi ludźmi (imprezy typu VHS Hell to magnes na takowych). A na końcu, jeśli będziecie chcieli, wspólny nocleg. Tak, dobrze przeczytaliście. Istnieje możliwość, żeby zostać w kinie na noc (!) — wystarczy podać swoje imię i nazwisko w mejlu do Patrycji Blindow (patrycja.blindow@gmail.com), przedstawicielki najmłodszego pokolenia rodziny, a potem przyjechać na pokaz, uzbrojony w śpiwór i karimatę.

Na koniec moja osobista prośba. Gdybyście wybrali się na pokaz, rozejrzyjcie się, czy nie ma jakiegoś słoja na datki wspierające działanie kina i wrzućcie coś, choćby symbolicznego. Jeżeli my, entuzjaści ciekawej sztuki, nie będziemy wspierać miejsc i projektów zapraszających ją w swoje progi, nikt inny tego nie zrobi. Tym bardziej, że kino ustaliło bardzo przystępną opłatę za wejście.

Z tego, co napisał mi Krystian Kujda, ma odbyć się również drugi pokaz, w innym terminie, ale jeszcze nie wyklarowały się szczegóły. Zaktualizuję tekst, kiedy będzie wiadomo coś więcej. Zdjęcia użyte we wpisie wykonał Michał Szymończyk.