Latest Posts

Czaderskie kalendarze na 2018

Długo kazało na siebie czekać, ale w końcu jest!  Oddaję w wasze ręce zestawienie czaderskich kalendarzy na 2018 rok. Propozycje uzupełnienia wpisu o kolejne kalendarze zostawiajcie w komentarzach.

Kalendarz „Hajman 2018” to trzynaście kart z hajmanowymi zdjęciami pochodzącymi z 2016 i 2017 roku, w dużej części wcześniej niepublikowanymi. Karty wydrukowane zostały na papierze niepowlekanym, matowym, w formacie 34×30 cm, całość usztywniono grubą litą tekturą. Jest też gratka dla kolekcjonerów — sześć sztuk zestawu, w którego skład wchodzi ręcznie wykonana teka zawierająca: kalendarz, sygnowane zdjęcia (format 30x20cm, 22×15, 15×10) oraz unikatowy instax. Zamawiać można mejlowo, pisząc na: hajmankalendarz@gmail.com. Cena kalendarza — 89 zł, zestawu — 400 zł.

Z TYPOkalendarzem od Pan Bon Ton spędziłam rok 2017 i powiem, bez kokieterii, że jest fantastyczny. Kalendarz wydrukowano tradycyjnymi czcionkami na manualnych prasach drukarskich. W tym roku macie do wyboru wersję do powieszenia na ścianie oraz do postawienia na biurku. Ta druga z kaligraficznymi napisami, stworzonymi we współpracy z Hellocalligraphy. Biurkową wersję miałam w mijającym roku. Wygląda pięknie, jest idealna dla osób, które co roku kupują sobie kalendarze notesowe z mocnym postanowieniem regularnych wpisów, a kończą na zapisanych kilku stronach. Kalendarz Pan Bon Ton składa się z dwunastu kart w sosnowej podstawce, ja swoje karty zamierzam jeszcze wykorzystać, w akcji pisania listów, chodzi mi po głowie coś w stylu pocztówkowych kart z treścią „rok temu o tej porze”. Do kupienia na stronie sklepu oraz u Papierniczonych. 56 — 79 zł.

Kalendarz ścienny od Pan tu nie stał z ilustracjami Bartka Bojarczuka to również perełka. Każdy miesiąc to ilustracja jednego nietypowego święta. Natomiast dni opływają ilustracje, tworząc bardzo estetyczną ramkę oraz umożliwiając robienie krótkich notatek, przy każdym dniu — bardzo mi się podoba to rozwiązanie, chyba pierwszy raz się z czymś podobnym spotykam. Brawo! Do kupienia oczywiście w Pan tu nie stał. 39 zł.

Pan Kalendarz to już klasyk. Ale jeśli ktoś przegapił poprzednie edycje, słowem wstępu przypomnę tylko, że Pan Kalendarz powstał „z pasji i chęci artystycznego wyżycia się” i tworzy go grupa znajomych: Ola Dębniak-Gocławska, Paulina Rek-Gromulska (Cuda Wianki Studio) oraz Joanna Walczykowska i Mateusz Kowalski (Oku miłe). W tym roku dali nam do wyboru cztery wzory okładki: lawa, nitka, struktura, geometria. Wnętrze każdego jest takie samo, a zakupu dokonacie na stronie sklepu lub stacjonarnie. 60 zł (dostawa gratis).

Kalendarz 2018 Wydawnictwa Wytwórnia to kalendarz ścienny, który obraca się wokół liczby dwanaście: „12 miesięcy, 12 ilustratorów, 12 koncepcji graficznych mierzenia czasu”. W środku znajdziecie prace takich twórców jak: Ada Buchholc, Piotr Młodożeniec, Marta Kopyt, Anna Niemierko, Monika Hanulak, Małgorzata Gurowska, Małgorzata Nowak, Patryk Mogilnicki, Agata Królak, Edgar Bąk, Robert Czajka, Grażka Lange. Do kupienia na stronie wydawnictwa. 35 zł.

Sezonownik i w tym roku nie zawiódł! „Tym razem zapraszamy Was na podróż po makro i mikro kosmosie, dowiecie się co w sezonie dzieje się w ziemskim świecie etno-botaniki, jak i również to, co się dzieje na niebie” — czytamy na ich stronie internetowej i zacieramy ręce z zadowolenia. Kalendarz w formacie A5, którego bohaterem tym razem został kot Maurycy, zilustrowała Teektura. Sezonownik kupicie onlajn lub stacjonarnie. 45 zł.

Jedna z naszych ulubionych ilustratorek, jedna z artystów Koperty Niespodzianki — Olga Szczechowska przygotowała również kalendarz na 2018 rok. Ścienny, w niepowtarzalnym. Jedynym takim, szczechowskim stylu, w formacie A3, wydrukowany na papierze ekologicznym. Do kupienia bezpośrednio u autorki poprzez wiadomość na fejsbukowym fanpejdżu lub mejlowo (olgu.szczech@gmail.com). 50 zł (plus 7 zł wysyłka).

„Są tygodnie układania wszystkiego na nowo, zbierania posagu czy bycia dla siebie wzorem. Są także chłodne tygodnie śniegu po łokcie i zimnej wody. Tydzień może być mglisty albo pusty w środku. Czasem przychodzi tydzień szukania sensu, a innym razem tydzień wiosennych rewolucji. Tydzień zachwytu nad pięknem świata jest w tym samym miesiącu, co tydzień czerwonych goździków. Kiedy czas na tydzień zdawania sobie sprawy już niedługo do tygodnia nowych porządków”. Domyślacie się już, o jaki kalendarz chodzi? Tak jest! Kalendarz Tygodniowy Anny Jarosz i Kajetana Luterackiego (Jar of Apricot i Mariusz miał Psa) to 63 ilustracje przedstawiające każdy tydzień 2018 roku. Do powieszenia na ścianie lub postawienia na biurku. Po zakupy odsyłam do Bardzo RozsądnieRynku Sztuki, do księgarni Bookoff. oraz Kury Bez Piórka 59 zł.

Wybór kalendarzy i plannerów od Papierniczonych jest po prostu bajeczny! Ale szczególnej uwadze polecam kalendarze kieszonkowe firmy Navucko. Do wyboru dwa warianty — kalendarz w miękkiej oprawie i pastelowych kolorach. 42 zł.

A także w twardej oprawie, w dwóch wersjach kolorystycznych: czarny oraz różowy. 83 zł.

Dla roślinolubów i ogrodników — aktualnych oraz przyszłych — polecam kalendarz Roślinnych Porad. „Wraz ze mną wyruszycie na przygodę składającą się z dwunastu rozdziałów, a w każdym z nich dowiecie się co akurat zbierać, smakować czy z czego korzystać” — pisze Sebastian o kalendarzu swojego autorstwa. Możecie być pewni, że wiedzy o roślinach mu nie brakuje, więc jeśli szukacie dobrego sposobu, na rozpoczęcie ogrodniczej przygody, zakup tego kalendarza, będzie strzałem w dziesiątkę. Za okładkę i ilustracje odpowiada Maja Tybel, za skład Magdalena Czajka. Szukajcie onlajn i stacjonarnie. Od 45 zł.

Antykalendarz Bianki Szlachty dla wielbicieli ludzkich kotów, dobrych żartów, prostej formy i niskich cen. Do kupienia w Empik. 19,90 zł.

Papiery Wartościowe do swojej oferty pięknych minimalistycznych kalendarzy książkowych wprowadziły dwa dodatkowe kolory. W tym roku obok czarnego, czarnego i grafitowego, możecie pomyśleć nad wyborem różowego i atłasowego. Do kupienia w sklepie internetowym Papierów Wartościowych. 85 — 95 zł.

Nie bez przyczyny kolejny raz polecam plannery Magdaleny Tekieli. Są po prostu piękne. Rok w rok trzymają poziom, więc jak ktoś polubił jej plannery i w tym roku znajdzie coś dla siebie. Do wyboru jest pięć wzorów. Plannery Tekieli znajdziecie na przykład w Notece czy w sklepie Rzeczy Same albo kontaktując się bezpośrednio z artystką: magdalena@tekieli.pl. 79 zł.

Zwykle bywa tak, że kalendarze charytatywne, wspierają szczytne cele, ale wizualnie, delikatnie mówiąc, nie zachwycają. Jednak nie wtedy, kiedy do pracy nad nimi zbiera się grupa najlepszych ilustratorów w Polsce. Patryk Hardziej, Rafał Kucharczuk, Patrycja Podkościelny Karol Banach, Natalia Trochowska, Ryszard Kaja, Michał Bednarski, Someart, Aleksandra Morawiak, Paweł Mildner, Marcin Wolski, Tomasz Pieńczak, Barrakuz z inicjatywy naszej ulubionej drukarni — Drukomat — stworzyli wyjątkowy kalendarz. Wyjątkowy, bo przyświeca mu idea bezinteresowności i niesienia pomocy. Cały dochód ze sprzedaży zostanie przekazany na warsztaty graficzne i pomoce naukowe dla dzieci z domu dziecka we Wrocławiu.

Dziewczyna w różowej kominiarce — o sesji Alicji Nowickiej aka Alice Kate Rose

Uwielbiam takie sesje! Tu nie ma żadnej ściemy, żadnej spiny, żadnego przekombinowania i żadnego wierszyka w dopisku. Jest atrakcyjna kobieta, jest ciekawe miejsce (tereny stoczniowe), jest ładne światło i jest zabawny dodatek w postaci różowej kominiarki z jednorożcem. Jest też dobre oko Alicji Nowickiej aka Alice Kate Rose.

„Inspirowane było to filmem »Spring Breakers«” — napisała Alicja — „W szczególności maska, którą sama zrobiłam. Co jakiś czas podjeżdżał na starym składaku jakiś starszy pracownik stoczni. Za pierwszym razem próbował nas przegonić i to dość stanowczo, a za drugim razem prosił tylko, byśmy uważali na straż, bo się kręci samochodem. To była pierwsza toples sesja z dziewczyną, jaką zrobiłam”.

Sesja uchwycona Canonem 1100D. Zdjęcia Alice Kate Rose znajdziecie na jej stronie, a także Fejsie i na Instagramie.

O latach dziewięćdziesiątych przeżytych w rozkroku między Polską a Stanami. Rozmowa z Alkiem Morawskim aka Lis Kula

Z Alkiem Morawskim (ur. 1988), ilustratorem znanym jako Lis Kula, porozmawiałem o latach dziewięćdziesiątych przeżytych w dwóch różnych światach — w rozkroku między Polską a Stanami, o rzeczach, które go wtedy zajmowały oraz rzeczach, które teraz tworzy. Jutro, 3 grudnia, będziecie mogli spotkać go na Targach Plakatu, gdzie w ramach akcji #CreateAsUs będzie malował obudowę laptopa z lat dziewięćdziesiątych (krótko przybliżył swoje zamiary w moim wcześniejszym wpisie), teraz natomiast zapraszam do lektury!

Można powiedzieć, że wychowałeś się w dwóch różnych światach. W tamtych czasach do Polski wszystko docierało z opóźnieniem. To, co Amerykanie oglądali w latach osiemdziesiątych, nasze telewizory masowo wyświetlały w latach dziewięćdziesiątych. Jak wspominasz polskie i amerykańskie lata dziewięćdziesiąte?

Jest tak, jak mówisz. Miałem trochę taki uprzywilejowany dostęp do tego lepszego świata i zresztą lubiłem się lansować przed polskimi rówieśnikami swoją znajomością filmów i telewizji zza oceanu. Całe lata dziewięćdziesiąte spędziłem w rozjazdach, żyjąc na zmianę w Warszawie i w Oakland, w Kalifornii. Dobrze pamiętam swoje przyjazdy do Ameryki i to, jakie wrażenie robiły na mnie tamtejsze reklamy zabawek. Utkwiła mi mocno w pamięci reklama sklepu Toys’R’Us, w którym dzieci szaleńczo wbiegały do sklepu i spychały całą zawartość półek sklepowych do swoich wielkich koszyków. Mój kalifornijski sąsiad miał więcej zabawek, niż było w całym moim polskim przedszkolu. W Stanach trendy bardzo szybko się zmieniały. Dzieci były tam zasypywane kreskówkami na każdym kroku i jak tylko coś się zrobiło modne, to pojawiała się zaraz kolejna najlepsza rzecz. Pamiętam, że jak w Stanach dostałem na gwiazdkę Power Rangersa, to po miesiącu usłyszałem od innych zerówkowiczów, że Power Rangersy są dla małych dzieci, mimo że sami się nimi dopiero co bawili. To była pierwsza połowa tamtej dekady i w Polsce ten świat konsumpcyjny dopiero kwitł i robił to bardzo powoli. Tu dzieci oglądały dobranocki, nikt nie kumał jeszcze Power Rangersów. Amerykańskie bajki niewinnie wchodziły do polskich umysłów za pomocą karteczek i kapsli. Tu zaczęły się pojawiać Żółwie Ninja, Looney Tunesy czy Transformersy. Z karteczek dowiedziałem się pierwszy raz o „Królu Lwie”. Te kilka lat w Stanach zdążyło ze mnie zrobić lekko skażonego kapitalizmem bachora i byłem bardzo wyczulony na te zmiany. Więc gdy tylko do Polski zaczęły dochodzić nowe batony z Zachodu, bajki i zabawki, stałem tam w pierwszym rzędzie i kibicowałem, wymachując swoją figurką zielonego rangera. Jako dziecko nie pojmowałem tego w kategoriach przemian ustrojowych, ale ten polski boom lat dziewięćdziesiątych był dla mnie bardzo namacalny. Widziałem to zachłyśnięcie się Polski zachodem i cieszyłem się na nie, bo Ameryka kojarzyła mi się po prostu z lepszym światem i chciałem być jej małym ambasadorem. Dopiero po latach trochę się ogarnąłem i zacząłem się otwierać na polski dorobek kulturowy, który mnie trochę ominął. Teraz dziewczyna się ze mnie śmieje, że nazywam siebie Polakiem, a nie znam żadnej piosenki Majki Jeżowskiej.

Czy masz jakąś swoją ukochaną twórczość z tamtych lat?

Chyba zbyt dużo, by wszystko wymienić. Na pewno klasyki z tamtych lat, które chyba ukształtowały całe to pokolenie, czyli „Król Lew”, „Toy Story”, „Faceci w czerni” itp. Z bardziej, powiedzmy, niszowych rzeczy najbardziej upodobałem sobie kreskówki, które leciały wtedy na amerykańskim Nickelodeon. Tytuły takie jak: „Aaahh!!! Real Monsters”, „Rocko’s Modern Life” czy „Ren & Stimpy”. Łączył je przytłaczający brud i syf w przedstawionym świecie. Uwielbiałem też zapomnianą już grę „Nightmare Ned”, która miała klimat podobny do tych kreskówek. Pamiętam planszę, gdzie główny bohater musiał się przedzierać przez wielką, ohydną szczękę zrujnowaną do resztek próchnicą. Na każdym zębie jakieś zgniło-zielone plamy, robaki pełzające przez ubytki. Uwielbiałem taką siloną na obrzydliwość estetykę i zostało mi to do dzisiaj. Po latach wracam do tych rzeczy, szukam wszelkich informacji o ich twórcach, animatorach i „screenuję” sobie ulubione momenty do folderu z inspiracjami.

Teraz przeszłość mocno wraca — widać to w serialach, filmach, widać też w bajkach i grach. Uważasz, że to jest chwilowa moda i nostalgia, czy coś więcej?

Flagowy przykład tego powrotu do przeszłości widać w jednym znanym serialu o dziwnej dziewczynce z krwawiącym nosem. Mnie ten serial się bardzo podoba, choć słowo na ulicy jest takie, że jego sukces opiera się wyłącznie na jeździe po nostalgii i czerpaniu z dorobku kultowych filmów z lat osiemdziesiątych. Mnie to kompletnie nie przeszkadza. Jest coś magicznego w takich sentymentalnych jazdach. W przypadku „Stranger Things” ta przeszłość jest mocno przerysowana. Zarzuca się światu z serialu, że przypomina bardziej „ejtisową” kliszę z dyskotek w stylu retro, niż faktyczne lata osiemdziesiąte. Ale może to właśnie jest jego siła i świeżość. Patrząc na pewne rzeczy z perspektywy lat, najłatwiej dostrzec i wyeksponować to, co w nich najlepiej działało i wzbudzało najsilniejsze emocje. Innym fajnym przykładem jest „Cuphead”, gra na Xboksa, mocno stylizowana na kreskówki z lat trzydziestych. Od wyglądu postaci, po ich charakterystyczny sposób poruszania się, jazzową muzyczkę i typografię wziętą z niemych filmów, wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Powstało dzieło bardzo wiernie oddające konkretny klimat, ale na które w tamtych latach w żaden sposób nie pozwalałaby technologia. Trochę taka kultura remiksu, gdzie daną estetykę da się przedstawić w nowym świetle. Wydaje mi się, że moda na retro nie jest niczym nowym, ale z pewnością coraz szybciej się zapętla i zjada własny ogon w dobie internetu. Masę jest już marek, memów, filmików nawiązujących do estetyki lat dwutysięcznych. Lekko ironicznego hołdowania erze Paris Hilton, nu metalu, baggy jeansów i tribalowych tatuaży. Nie chcę się bawić w socjologa, ale tłumaczę to sobie w ten sposób, że ludzie, którzy w tamtych latach śmigali po przedszkolach, dorastają i inspirują się kulturą, która wchodziła im do świadomości za sprawą starszego rodzeństwa i była dla nich zakazanym owocem. Wspominają celebrytów, teledyski i reklamy z większym dystansem, bo gdy oni sami wchodzili w dojrzałość, ta kultura już robiła się passé. Pozornie ją wyśmiewają, ale chyba czują też jakąś dumę, czy wyższość nad kolejnym pokoleniem dzieciaków. Robiłem w tym roku ilustrację do pewnego projektu dedykowanego młodzieży, który miał być silnie osadzony w nostalgicznym dla niej klimacie. Do projektu przeprowadzono masę badań, wywiadów w grupach focusowych, gdzie pytali obecnych licealistów o ich wspomnienia z dzieciństwa. Byłem w szoku, że pokolenie młodsze ode mnie o ponad dziesięć lat, ma dokładnie te same wspomnienia, co ja. Granie w wężyka na starej Nokii, oglądanie VHS-ów i klasyczne siedzenie na trzepaku oraz mocne odcięcie się od nowego pokolenia dorastającego z tabletem w ręku. Chyba po prostu przeszłość zawsze będzie bardziej kolorowa i inspirująca od teraźniejszości, skoro nawet nowe filmy science fiction są retro jak cholera.

Czy zgodzisz się ze mną, że w stylu twoich prac widać właśnie zderzenie tych dwóch światów — szaleństwa amerykańskich kreskówek i takiego bardziej wschodnioeuropejskiego sznytu polskich i może trochę rosyjskich ilustracji ze starych książek?

Zgodzę się! Na studiach w Stanach zawsze mi powtarzano, że moje rzeczy są bardzo słowiańskie. Teraz w Polsce mówią mi, że są amerykańskie. Moja kreska jest pewnie mniej lub bardziej świadomą wypadkową obu światów. Inspiracje amerykańskie są bardziej oczywiste. Roboty, dinozaury, wszelkiej maści potwory to po prostu efekt oglądania hollywoodzkich blockbusterów. Za to w bajkach z dawnego bloku wschodniego zawsze podobały mi się folkowe przedstawienie otoczenia. Lasy bogate w rośliny, grzybki, jakieś szlaczki inspirowane sztuką ludową. Widzę dużo podobieństw w tłach z takiego np. „Krecika” czy „Misia Uszatka” do tego, co rysowaliśmy na zajęciach w polskim przedszkolu. Wszystkie te bajki łączył też charakterystyczny, ponurawy klimat. Dużo brązów, szarości i zgniłych zieleni. W czasie kiedy studiowałem w Stanach, dostałem zlecenie na okładkę dla Małpy, rapera z Torunia. Byłem z tego bardzo dumny i, mimo że nikt z moich amerykańskich znajomych nie mógł go kojarzyć, pokazywałem tę okładkę wszystkim. W środku opakowania znajdowała się ilustracja ze starym polskim tramwajem, przedzierającym się przez jakieś szarobure „elo-osiedle”. Straszna sztampa i zapomniałbym już o tym konkretnym rysunku, ale po latach paru znajomych ze Stanów odwiedziło mnie w Warszawie i przyznało, że dopiero teraz zrozumieli, że ta ilustracja nie była jakimś moim wydumanym światkiem. Powiedzieli, że Polska faktycznie tak wygląda. Na studiach pokazywałem tym samym znajomym polskie animacje z łódzkiej filmówki i też kompletnie do nich nie trafiały. Dla nich były po prostu zbyt smutne i depresyjne. Nie mieli do nich żadnego kulturowego odniesienia. U nas taki sposób przedstawiania świata jest bardzo naturalny. Nie jestem jakimś wielkim fanem Beksińskiego czy Dudy-Gracza, ale jak patrzę na ich obrazy, mam przed sobą tę wizję czekania na autobus, stojąc w brudnym, wczorajszym śniegu w zaawansowanej szarej polskiej zimie. Co ciekawe, po latach dowiedziałem się, że wielu z twórców wspomnianych wcześniej, amerykańskich kreskówek było tworzonych przez imigrantów ze wschodu. Reżyser od „Aaahh!!! Real Monsters” tworzył niskobudżetowe animacje artystyczne w Kijowie, zanim został „zheadhuntowany” przez Amerykanów. Genndy Tartakovsky od „Laboratorium Dextera” czy „Samuraja Jacka” wychował się w Rosji. Może dlatego bajki tego drugiego tak dobrze przyjęły się w Polsce.

Jak powstają twoje prace? U ciebie chyba dużo powstaje analogowo?

Większość moich prac powstaje techniką mieszaną. Robię w miarę staranny rysunek ołówkiem, który skanuję i koloruję na kompie. Staram się dzięki temu uzyskać efekt, który będzie się różnił od klasycznego digital paintingu. Zdarza się mi rysować ilustracje w całości analogowo, ale z racji wykonywanego zawodu, łatwiej mieć wszystko na warstwach. Zawsze można coś przesunąć, zmienić kolor, cofnąć itp. Polubiłem tę technikę i lubię możliwości, jakie mi daje, ale maluję też murale i obiekty fizyczne. Wtedy korzystam z markerów akrylowych, które są idealnym wynalazkiem dla tak nieogarniętych ludzi, jak ja. Nienawidzę mieszania farb, czyszczenia pędzli, korzystania ze wszelkich terpentyn i rozpuszczalników. Podczas malowania lubię działać w miarę intuicyjnie i jeśli stwierdzę, że nagle muszę wypełnić coś na fioletowo, to nie mam cierpliwości do wyciskania farby z tuby. Biorę marker albo wybieram kolor z próbnika w Photoshopie i mam święty spokój. Mimo wszystko mam swoje nieodłączne rytuały. Ciężko pracuje mi się w ciszy, przy muzyce szybko się rozkojarzam i wchodzę na Facebooka, zamiast pracować. Idealną receptą jest gadanina radiowa i podcasty, bez których nie potrafię już przysiąść do pracy.

Masz jakieś swoje projekty, z których jesteś szczególnie zadowolony?

Ostatnim takim naprawdę wyjątkowym dla mnie projektem było malowanie ciężarówki Mercedesa. Miałem lekko ponad tydzień na pomalowanie całego ogromnego ciągnika truckowego. Przez ten czas ledwo spałem i pracowałem na rezerwach swoich sił, ale projekt sprawił mi kupę radochy i jestem z niego bardzo zadowolony. Miła odskocznia od dłubania malutkich rysuneczków na biurku. Mam wiele wymarzonych projektów. Chciałbym wreszcie wydać jakiś komiks albo stworzyć własne zabawki. Patrząc czysto pod kątem ilustracyjnym, marzę, żeby moje rysunki pojawiły się na jakimś kultowym produkcie spożywczym w rodzaju płatek śniadaniowych, mleka albo czipsów. Lubię się przyglądać takim rysunkom w sklepach i mam swoich faworytów, jak wieczko Masła Roślinnego czy opakowanie draży Korsarzy. Dostawałem propozycję opakowań soczków albo ciastek, ale dziwnym trafem zawsze w momentach, gdy nie mogłem ich przyjąć. Wierzę, że to przeznaczenie i wciąż czekam na swoją wielką propozycję. Jeśli jesteś wpływowym przedsiębiorcą i monopolistą rynku spożywczego, który właśnie to czyta, wiesz gdzie pukać.

Czym zajmuje się Alek Morawski, kiedy nie rysuje?

Zmywaniem naczyń, wyrzucaniem śmieci, sprzątaniem w dużym pokoju i sprawdzaniem lajków na Instagramie.

Prace Lisa Kuli znajdziecie na jego stronie, na Fejsie, na Instagramie i na Behance.

#CreateAsUs to akcja, w ramach której marka Asus zaprasza różnorakich twórców do wymieniania się kreatywnością. Tegoroczna odsłona odbędzie się 3 grudnia 2017 podczas Targów Plakatu i zabierze nas w podróż w czasie do lat dziewięćdziesiątych. Wciąż można zapisywać się na darmowe warsztaty! Więcej informacji o akcji, jej ambasadorach, a także konkursie i nagrodach znajdziecie na stronie #CreateAsUs.

Aktualizacja 4.1.0 w Nintendo Switch — jakie nowości?

Funkcje dostępne w systemie Nintendo Switcha z wersji 4.0.0 dostępnej w momencie gdy kupiłem tę konsolę przeczytacie w moim wpisie z 16 października. Tutaj będę natomiast zbierał krótkie info o tym, co dodały aktualizacje wypuszczone już po publikacji mojego tekstu.

4.1.0

Poprawiono błąd , który powodował złe działanie kontrolerów ruchowych. Poprawiono stabilność systemu.

4.0.1

Poprawiono błąd związany z HDMI, przez który pojawiały się problemy z obrazem i dźwiękiem na niektórych modelach telewizorów. Poprawiono stabilność systemu.

Lata dziewięćdziesiąte, czyli „Król Lew”, resoraki, dinozaury i słoneczniki Van Gogha. Rozmowa z Beatą Śliwińską aka Barrakuz

Z Beatą Śliwińską (ur. 1988), projektantką graficzną, ilustratorką i autorką kolaży, znaną jako Barrakuz, porozmawiałem o dzieciństwie w latach dziewięćdziesiątych, o nostalgii za tamtymi latami, a także o rzeczach, które tworzy. Już niedługo będziecie mogli ją spotkać na Targach Plakatu, na darmowych warsztatach, które będzie prowadziła w ramach akcji #CreateAsUs (zainteresowanych odsyłam do zapisów, a także tekstu, w którym daję znać o tym więcej), a teraz zapraszam do lektury!

Jesteś o jeden rok młodsza ode mnie, więc dla ciebie lata dziewięćdziesiąte również oznaczają dzieciństwo. Jak wspominasz tamte lata?

Lata dziewięćdziesiąte to dla mnie beztroskie dzieciństwo. Wychowywaliśmy się z bratem na wsi, w domu otoczonym polami i drzewami, więc mam dużo skojarzeń z okolicą, w jakiej się żyło. Dla mnie lata dziewięćdziesiąte to gra w zbijaka, rysowanie kredą po ulicach, wychodzenie po ulewie w kaloszach i odwiedzanie wszystkich kałuż. Nie byliśmy chowani pod kloszem i to była wielka nagroda dla nas dzieciaków od rodziców. Dzięki temu wiedziałam, że hamowanie przednim hamulcem, jadąc rowerem, skończy się na masakrze obu kolan i obu łokci. Albo domki na drzewach czy w drzewach — to chyba klasyk dzieciństwa lat dziewięćdziesiątych! Jeden mieliśmy obok domu. Drzewo miało specyficzną budowę, dało się do niego wejść, bo miało kilka pni rozchodzących się na różne strony. Prowadziliśmy w nim „sklep”. Drugi domek był już na drzewie, jakieś pięćset metrów od domu, w szczerym polu. Pamiętam do dziś, że było to „dziewiąte drzewo po lewej licząc od mojego domu”. Fajny czas, bo to takie lata, kiedy pojawiają się pierwsze wspomnienia. Pierwszy dekoder telewizji stacjonarnej — rodzice mieli taki i nadawał tylko niemieckie kanały. Od nazwy dekodera wzięliśmy imię naszego psa. Dziwnie co? Poza tym jest wiele fajnych myśli o tamtym czasie: dla mnie to resoraki (tak, zbierałam takie), które lądowały w przydomowej studzience, guma Turbo, pieniądze (jeszcze przed denominacją) w paczkach chrupek czy Coca-Cola w szkle, którą piłam codziennie, wracając ze szkoły. Zachodziłam do sklepiku moich rodziców, którzy prowadzili w tym czasie sklep, zdejmowałam plecak, prosiłam ekspedientkę o Coca-Colę na miejscu, wypijałam i wracałam dopiero do domu. Pamiętam też, że jako mała dziewczynka zbierałam puszki po różnych piwach i stawiałam je w swoim pokoju na meblościance. Nie wiem, jak moja mama mi na to pozwalała, ale tak było. W roku 1997 dostaliśmy pierwszy komputer. Stał w naszym wspólnym pokoju, który potem był tak zwanym pokojem „komputerowym”, nad biurkiem wisiał ogromny plakat Michaela Jacksona. Naszym zainteresowaniem były wówczas gry na CD, Saper, czasem jakieś dosowe gierki, ja ukochałam Painta od pierwszego włączenia.

W latach dziewięćdziesiątych zaczęła się też fascynacja muzyką, jak byłam mała to mój wujek, który zamieszkał w tej „wielkiej Warszawie” zabierał mnie i mojego brata na Stadion Dziesięciolecia, gdzie kupowaliśmy podrobione płyty. To samo robiliśmy u siebie. Mieliśmy w okolicznym mieście ryneczek, gdzie było stoisko z płytami i kasetami. Robiliśmy zamówienie i mama w miarę dostępności kupowała. Jak byłam starsza, to pamiętam, że już sama tam jeździłam. Końcówka lat dziewięćdziesiątych dla mnie to pierwsze subkultury, nagrywanie Metalliki z radia na kasetę, czy pierwsze glany. Oryginalna płyta ze sklepu to było coś! Pamiętam ekscytację na widok hologramów ZAIKS-u i wizytę w prawdziwym muzycznym sklepie. Do tej pory posiadam działający walkman! Bo od kaset się zaczęło. A jeśli mowa o kasetach, to trudno nie wspomnieć o VHS-ie, chyba najbardziej wielbionym sprzęcie każdego domu! Mieliśmy sporo bajek na VHS, moim faworytem do tej pory jest „Wilk i Zając” (żeby nie było — kaseta jest i ma się dobrze, czeka na kolejne pokolenie). Jedną z ciekawszych anegdot tego czasu był fakt, że w dziewięćdziesiątym trzecim i czwartym (miałam wtedy pięć-sześć lat) byłam ogromną fanką filmu „Tokkei Winspector”. Moja mama nagrywała mi wszystkie odcinki na kasetę. Pamiętam, miała pięknie, odręcznie zrobiony napis. Chyba ta stylistyka jest wciąż gdzieś blisko mnie albo w moim sercu i pamięci bardzo mocno. W podobny sposób, i w wyniku pewnego sentymentu, zostały ze mną dinozaury, które do tej pory uwielbiam — jest to chyba najbardziej trafiony prezent, jaki można mi zrobić! Jako dzieciaki, a chyba jeszcze bardziej mój brat (jest o rok starszy), niż ja, zbieraliśmy gazetę „Dinozaury”, do której załączano świecące w nocy kości T-Reksa, do złożenia w kompletny model. No kosmos! Pamiętam, że te dinozaury to była prawdziwa i mocna zajawka.

Dzieciństwo było mi bardzo łaskawe i dobre, nigdy nie chorowałam, byłam aktywnym dzieckiem. W całości spędziliśmy je na wsi, więc jak tylko pojawiało się coś nowego, to byłam zafascynowana. Dzięki rodzicom próbowaliśmy różnych zajawek, czy to basen, czy nauka gry na gitarze. Jeździliśmy co rok na wakacje, nad morze, czy w góry. Myślę, że gdyby nie ich poświęcenie wówczas, nie byłoby we mnie takiej ciekawości świata i pewnej wrażliwości. Wychowywanie się z o rok starszym bratem też jest fajne. Oczywiście — laliśmy się ile wlezie i zawsze kończyło się płaczem, ale zdecydowanie super jest mieć brata. Dziewczynki są silniejsze i bardziej zaradne. Tak mi się wydaje. Ale trzeba uważać na ilość czasu zabawy z płcią męską, ja za malucha miałam epizod, kiedy mówiłam o wszystkim w męskiej osobie: „zrobiłem”, „byłem”, „dałem”. Trochę zabawne, jak się to teraz wspomina. Myślę, że lata dziewięćdziesiąte były bardzo fajnym podkładem do milenium i dorastania. W pierwszej klasie podstawówki namalowałam pierwszą w życiu reprodukcję — były to słoneczniki Van Gogha. Byłam, pamiętam, bardzo zadowolona z dzieła, było to nie do końca idealne odzwierciedlenie, ale kunszt za to najwyższych lotów! Postarzyłam kartkę papieru poprzez jej pogniecenie, a całość utrwaliłam bezbarwnym lakierem do paznokci. To jeszcze wisi gdzieś w moim domu.

Świat wraca do przeszłości — widać to w ciuchach, widać to w grach, widać to w serialach, widać w filmach. Coraz częściej słychać głosy, że to jest tylko „nostalgia”, chociaż moim zdaniem to jest coś większego — powrót do czasów, kiedy wszystko było bardziej wyraziste, mniej rozmyte. Zgadzasz się ze mną?

Nostalgia to bardzo trafne określenie, ale może ona dotyczyć jedynie tych, którzy te czasy pamiętają. Dlatego po części tak jest, ale zdecydowanie bardziej bym skłoniła się do stwierdzenia, iż powroty do konkretnych dziesięcioleci, to nic innego, jak chęć zagięcia czasu i retrospekcji. To tak jak ja na przykład lubię stylistykę lat siedemdziesiątych, nie mogę ich pamiętać, bo nie żyłam w tych czasach, ale zdjęcia, filmy czy grafiki pozwoliły mi poczuć ten styl. To samo mamy teraz z latami dziewięćdziesiątymi. Nie jest to modowo mój najulubieńszy czas, raczej patrzę na to z lekkim uśmiechem, bo za chwilę znów sięgniemy po jeansy z rozszerzonymi nogawkami. Moda i styl zakręca, nieco zniekształcona obecnymi czasami, współczesnością i możliwościami techniki. Ale wciąż te lata dziewięćdziesiąte, jak wspomniałeś, są bardzo wyraziste, kojarzą się większości z podobnymi przedmiotami i tym, że przeżywaliśmy podobne chwile jako dzieci. W moim wypadku to bardziej jednak nostalgia, niż na siłę próba znalezienia się w tamtym okresie.

Po jakie treści wtedy sięgałaś?

Królowała kultura obrazkowa. Tysiące bodźców z kolorowych albumów, bajek, ilustracji w książkach, telewizji, okładek magazynów czy kaset. Wychowałam się na klasycznych bajkach, nigdy nie byłam komiksowa. Grało się najpierw na Atari, które kocham do dziś, potem na Pegasusie i komputerze z grami na CD. Uwielbiałam grać w „Donkey Kong”. Plus, chyba nie ma dziecka, które nie zestrzeliwałoby kaczek na telewizorze. Filmy, które pamiętam z lat dziewięćdziesiątych to „Król Lew” i „Titanic” — obydwa zobaczone w miejskim kinie z rodzicami. W naszym kinie grano tylko jeden film przez miesiąc, z dużym opóźnieniem w stosunku do premiery. Przechodziłam klasyczną fascynację dziewczyńskimi gazetkami — „Bravo”, „Bravo Girl”, kupowałam też „Popcorn”, wieszałam plakaty na ścianach. Namalowałam wielką gitarę elektryczną na ścianie i pamiętam, że trzy warstwy farby nie były w stanie tego pokryć podczas remontu. Potem pojawił się „Świat Wiedzy”, który namiętnie kupowaliśmy z bratem. Układałam też fraktale.

Chociaż dziś większość autorów kolaży „skleja” elementy w Photoshopie, nie da się odciąć od historii tego zajęcia – od zbieractwa najrozmaitszych przedmiotów, w przeszłości szalenie popularnego (karteczki, naklejki, zdjęcia, tysiące innych rzeczy). Ludzie z pokoleń „złotych myśli” radzą sobie znakomicie z kolażem, świetnie widać to w internecie.

Proces doboru elementów, lub sam fakt czy jest to materiał analogowy, czy komputerowy, zależy często od projektu. Faktycznie coraz częściej wycinamy komputerowo, ale ja kocham papier, faktury, tworzywo fizyczne, które tniesz i przyklejasz do podłoża. Poza tym kolaż analogowy jest wyzwaniem — raz pociętego materiału nie wrócimy do pierwotnej postaci. Z komputerową obróbką jest łatwiej pod tym względem, ale nie chciałabym klasyfikować tego na lepsze czy gorsze, raczej na zupełnie różne techniki.

Czyli niektóre twoje kolaże powstają analogowo?

Tak, mam kolaże analogowe, prowadzę tekę z takimi. Część z nich jest przeze mnie skanowana i przekształcana w plakaty. Będzie można je zobaczyć na żywo podczas Targów Plakatu.

Jak w tych czasach przebiega u ciebie pierwszy etap tworzenia kolażu — zbieractwo?

Zbieractwo jako takie nie przyczyniło się bezpośrednio do tego, że akurat tworzę w tym stylu, raczej pomogło w rozszerzeniu horyzontu. Ja nie jestem osobą, która wybitnie czerpie z nostalgii przy kolażach. Zostawiam tę działkę innym twórcom. Sama raczej szukam nowocześniejszego podejścia. Zaczynałam od kolażu „tradycyjnego” — szukałam połączeń znaczeń, jakiejś przewrotności, mam jeszcze kilka prac z tego okresu, ale styl ewoluuje i sama widzę, że to zmierza w zupełnie nowym, czasem zaskakującym kierunku. Jeśli chodzi o materiały do moich kolaży, to głównie jest to materiał współczesny. Sterty magazynów modowych, edytoriali, folderów ze sztuką. Elementy natury, kolory — to jest to, czego poszukuję. Element, który często spina moje projekty to oczy. Ktoś, kto gdzieś zetknął się z moimi plakatami, zauważy, że oczy to motyw, który wędruje między pracami. Niemniej, warto dodać, że ta dziedzina nie jest sztuką. Wciąż kolaż jest poboczną dziedziną. Techniką towarzyszącą. Element towarzyszący mojemu projektowaniu. Jest ogromną wartością dodaną, przy projektowaniu opakowań, okładek płyt, ilustracji, czy materiałów do sieci. Skłania do poszukiwań inspiracji, ale nie funkcjonuje w moim życiu jako jedyna forma wizualna.

Trudno się projektuje pod zamówienie?

Jest to cholernie trudne, a jak się jest upartą kozą, jeszcze trudniejsze. Ale dzięki temu nabywasz umiejętność bycia konsekwentnym. Niemniej, praca z klientem uczy pokory. Balans jest wtedy, kiedy nie tracisz swojego stylu, a klient jest wciąż zadowolony.

A z jakich swoich projektów, prywatnych lub komercyjnych, jesteś zadowolona ty?

Mam sentyment do analogów, bo są nostalgiczne i intrygujące. Komercyjnie jestem zadowolona z niedawnego projektu dla Adidasa, pewnie dlatego, że był bardzo rzetelnym projektem, gdzie kolaż był wypadkową wszystkich działań (sesje zdjęciowe butów, skany archiwów, materiały z biblii Adidasa, tworzenie poklatek do animacji), plus projekty do druku czy projekt pudełka. Projekt zajął mi ponad miesiąc pracy, ale jako „one woman army” myślę, że wyszło fajnie.

Barrakuz znajdziecie na jej stronie, a także na Fejsie, na Instagramie i na Behance. Zdjęcie użyte jako okładka autorstwa Łukasza Troca.

#CreateAsUs to akcja, w ramach której marka Asus zaprasza różnorakich twórców do wymieniania się kreatywnością. Tegoroczna odsłona odbędzie się 3 grudnia 2017 podczas Targów Plakatu i zabierze nas w podróż w czasie do lat dziewięćdziesiątych. Wciąż można się zapisywać na darmowe warsztaty, które poprowadzi Barrakuz! Trwa również konkurs na projekt pocztówki! Więcej informacji o akcji, jej ambasadorach, a także konkursie i nagrodach znajdziecie na stronie #CreateAsUs.

Dzięki Nintendo Switch wróciła mi frajda z grania! Poznajcie moje wrażenia

Od kilku tygodni posiadam Nintendo Switch, czyli najnowszą hybrydową konsolę gier japońskiego giganta. We wpisie wyjaśnię, dlaczego zdecydowałem się akurat na Switcha, a także podzielę się wszelakimi wrażeniami.

DLACZEGO AKURAT SWITCH?

Bo szalenie dobrze wspominam czasy zadręczenia padów Pegasusa. Oczywiście wtedy nie miałem pojęcia, że jest to jeden z tak zwanych „famiclonów”, czyli podróbek NES-a. Polska była biedna, a ja byłem dzieckiem — to, co się wtedy liczyło, to trudna do opisania frajda, jaką dawały tamte gry. Każdy pocisk wystrzelony w „Contrze” (1988), każdy goomba podeptany w „Super Mario Bros.” (1985), każdy czołg zniszczony w „Tank 1990” (podróbie „Battle City” wydanej w 1990 roku), każda drabinka pokonana w „Donkey Kongu” (1986), każda puszka szpinaku zjedzona w „Popeye’u” (1983). Jak dla mnie, druga połowa lat osiemdziesiątych i pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych to były złote lata gier. Tak, to prawda — pojemność kartridżów i wydajność ówczesnego sprzętu narzucały bardzo rygorystyczne limity, przez co postacie sterowane przez konsolę musiały być głupiutkie, mapy zwarte, a pomysły na treści mocno selekcjonowane, jednak to motywowało twórców do tworzenia tytułów wyrazistych i konkretnych, skupiających się na najważniejszym: zapewnieniu zajebistej zabawy. Obecnie Nintendo zdaje się jako jedyne nie unikać nowoczesności, z jednej strony, ale też nie zapominać o swojej przeszłości, z drugiej. Dlatego właśnie zdecydowałem się dać szansę Switchowi.

HYBRYDOWOŚĆ SWITCHA, CZYLI GRAJ GDZIE CHCESZ

Switch urzeka przede wszystkim swoją „hybrydowością”. Tym, że w zależności od potrzeby może być przenośną konsolą trzymaną w dłoni (handhold mode), konsolą stawianą gdziekolwiek dzięki odginanej podpórce (tabletop mode), albo pełnoprawną konsolą podłączaną do telewizora (TV mode). Sercem Switcha jest tablet z ekranem dotykowym o przekątnej 6,2 cala bazujący na nvidiowskiej Tegrze. Podstawowymi padami Switcha są tak zwane Joy-Cony. Dzięki specjalnym szynom z mechanizmem blokującym, Joy-Cony można połączyć z trzema różnymi elementami — bezpośrednio z tabletem (wtedy powstaje przenośna konsola), z gripem (powstaje pełnoprawny bezprzewodowy pad) lub ze specjalnymi wsuwkami z doczepionymi smyczami, czyli tak zwanymi strapami (wtedy powstają mniejsze pady do grania „na dwóch”).

Ta modułowość powoduje, że konsola jest bardziej wszechstronna. Możemy grać w domu lub na zewnątrz, samemu lub we dwójkę (niektóre tytuły, jak przykładowo „Mario Kart 8 Deluxe” (kardridż/cyfrowa), pozwalają na lokalną grę czterech osób na raz), wyświetlając obraz na tablecie (720p) lub na telewizorze (do 1080p, w zależności od gry). Tryb telewizyjny osiągamy dzięki specjalnej przystawce. To jest taki kawał plastiku, do którego możemy wsunąć konsolę, z podłączonymi Joy-Conami lub bez. Z tyłu stacji dokującej jest klapka, pod którą ukrywają się trzy gniazda — USB typu C do podłączenia zasilacza, USB typu A w standardzie 3.0 i wyjście HDMI do przesłania obrazu i dźwięku z konsoli do telewizora. Oprócz tego, na lewym boku stacji, od zewnątrz, mamy dodatkowe dwa gniazda USB typu A w standardzie 2.0. Wejścia USB pozwalają podłączyć inne rodzaje kontrolerów kompatybilnych ze Switchem, między innymi Pro Controller, a także słuchawki bluetooth.

Gry na Switcha są dostępne zarówno w formie cyfrowej, do kupienia i pobrania z Nintendo eShop (ceny, w zależności od wielkości produkcji, wahają się od 12 zł za mniejsze gierki, szczególnie indyki, do nawet 650 zł, za zestawy z rozmaitymi DLC), jak i w wersji pudełkowej, w środku której znajdziemy małe kartridże o różnych pojemnościach (1gb, 2gb, 4gb, 8gb, 16gb i 32gb). Jako ciekawostkę dodam, że kartridże te — ze względu na ryzyko połknięcia przez dzieciaki — są pokrywane benzoesanem denatonium, nietoksycznym, ale szalenie gorzkim związkiem organicznym (został nawet wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa jako najbardziej gorzka znana substancja). Niesmak czuję do dzisiaj! Niektóre gry kartridżowe mogą wymagać dodatkowego miejsca w pamięci urządzenia (dostępne jest 32gb) lub na zewnętrznej karcie SD (Switch obsługuje karty do 2tb), ale większość treści zawsze znajduje się na kartridżu, który wsuwamy do gniazda umieszczonego w górnej części urządzenia, po prawej stronie.

JOY-CONY, CZYLI SWITCH MA FAJNE PADY

Lewy Joy-Con posiada przycisk „-” (minus), gałkę analogową, cztery klawisze kierunkowe, przycisk „capture” (wciśnięty krótko robi zrzut ekranu, wciśnięty długo — trzydziestosekundowy filmik, ale to drugie tylko jeśli deweloper danego tytułu dał wsparcie dla tej funkcji), dwa przyciski po lewej stronie i dwa tak zwane „spusty” — lewy i prawy. Prawy Joy-Con posiada przycisk „+” (plus), drugą gałkę analogową, przyciski „A”, „B”, „Y”, „Z” ułożone tak samo jak klawisze kierunkowe, przycisk „home”, dwa przyciski po prawej stronie i dwa tak zwane „spusty” — lewy i prawy. Oznacza to, że pełnię możliwości uzyskujemy, korzystając z połączenia plusa i minusa. Dlatego gry z trybem lokalnego multiplayera (na jednym ekranie) muszą być zaprojektowane tak, żeby wystarczyły przyciski z pojedynczego Joy-Cona (albo wymagać dodatkowych kontrolerów).

Oczywiście z konsolą można sparować więcej padów, więc w niektórych grach każdy z graczy może trzymać po dwa pojedyncze. Poza tym każdy z Joy-Conów wyposażony jest w żyroskop i akcelometr, dzięki czemu mogą posłużyć do gier ze sterowaniem ruchowym. Przykładem takiego tytułu jest „ARMS” (kartridż/cyfrowa), bijatyka z bohaterami o przesadnie długich ramionach, która ma do wyboru, sterowanie przyciskami lub ruchowe. Przy tym drugim trzeba właśnie robić ruchy, jakbyśmy naprawdę uderzali pięściami.

Prawy Joy-Con posiada też NFC do czytania figurek Amiibo, których przyłożenie do Switcha może odblokować dodatkowe rzeczy w grach, a także podczerwień do rozpoznawania kształtów. Nie byłbym też sobą, gdybym nie podkreślił jednego z elementów, które moim zdaniem powodują wyższość konsol nad pecetami — wibracji. Swojego czasu siedziałem w środku nocy, sam w ciemnym pokoju i grałem na PS3 w pierwszego „BioShocka” (2008). Każdy, kto grał w jakąś zarąbistą, nastrojową grę po ciemku wie, jak magiczne potrafi to być doświadczenie. Na początku „BioShocka” jest taka scena, w której bohater musi wstrzyknąć sobie w ciało zawartość znalezionej strzykawki. Jak tylko to robi, dostaje drgawek, a przez jego ciało przechodzi elektryczność. Kontroler peestrójki, DualShock 3, zaczął w tym momencie wibrować — mocno i konsekwentnie, przez długi czas. I zabawne jest właśnie to, że skalę tego, co się akurat działo najbardziej uzmysłowiłem sobie, nie poprzez grafikę czy dźwięki, ale właśnie te wibracje, które rozchodziły mi się przez zaciśnięte ze stresu dłonie, aż po ramiona, zupełnie jakbym sam wstrzyknął sobie jakieś elektryzujące obrzydlistwo. Nie umiem sobie nawet wyobrazić o ile płytsza emocjonalnie byłaby ta scena, gdybym przechodził ją na kompie.

Joy-Cony zostały wyposażone w tak zwane HD Rumble, czyli wibracje dalece posunięte, jeśli chodzi o możliwości i realizm. Silniczki wbudowane w te pady, można wprawić w różną moc i częstotliwość, osiągając bardzo zróżnicowane wrażenia. Na japoński rynek ma przykładowo wyjść gra, która będzie symulować… tarmoszenie kobiecych cycków, ale oczywiście można to wykorzystać do znacznie poważniejszych rzeczy, jak naśladowanie rodzaju podłoża w wyścigach czy choćby symulacja otwierania drzwi wytrychem. W jednym z filmików Nintendo prezentowało potencjał HD Rumble ukazując faceta, który trzyma w pionie Joy-Cona i na podstawie wibracji jest w stanie określić, ile kostek lodu grzechocze w wyobrażonej szklance, a nawet czuje jak nalewana do szklanki woda podnosi swój poziom.

SYSTEM W SWITCHU JEST PRZEJRZYSTY I LEKKI

Jeśli chodzi o system operacyjny w Switchu, jest tak, jak powinno być w konsoli do gier — prosto i przejrzyście, bez bzdurnych funkcji odciągających uwagę od grania. Aktualna wersja systemu to 4.0.0 4.1.0, poniżej widzicie, jak wygląda w niej ekran główny. Zaczynając od górnej krawędzi ekranu. W lewym rogu znajduje się awatar gracza, natomiast w prawym — kolejno: zegarek, ikona Wi-Fi, ikona baterii (z opcjonalną możliwością wyświetlania stanu naładowania w procentach, tak jak w moim wypadku). W centrum mamy listę zainstalowanych gier wyświetloną w postaci belkę z dużymi kwadratami. Pod belką mamy sześć ikon: „News”, „Nintendo eShop”, „Album”, „Controllers”, „System Settings” i „Sleep Mode”. Przy dolnej krawędzi, po lewej mamy ikonę trybu konsoli (handhold, tabletop lub TV), a po prawej podpowiedzi, co do przycisków.

Klikając awatar gracza, czyli tak zwane Mii, wchodzimy do zakładki „profile” zawierającej najważniejsze informacje o graczu — login, jaki sobie wpisał, informację o tym, kiedy ostatnio był online (konkretniej: kiedy ostatnio odpalił grę w trybie multiplayer), „Friend code”, czyli specjalny kod, dzięki któremu inni mogą go dodać do znajomych (śmiało, zapraszajcie mnie!), a także rubrykę „Activity”, w której możemy podejrzeć aż do dwudziestu ostatnio odpalanych tytułów wraz z informacją ile godzin spędziliśmy grając w nie (pierwszy raz informacja pojawia się po tygodniu od pierwszego odpalania i nalicza się co pięć pełnych godzin).

Jeśli chodzi o Mii, możemy je sobie dowolnie stworzyć w edytorku, na podobę tych z „The Sims” czy wirtualnych światów typu „Second Life”.

Kolejne zakładki w dziale gracza to: „Friend List” (pokazuje już dodanych znajomych, pozwala nam sprawdzić, czy są onlajn, a także wejść w ich profile, żeby podejrzeć, w co ostatnio grali), „Friend Suggestions” (pozwala odszukać znajomych z innych konsol Nintendo — 3DS, Wii U, a także z nintendowskich apek na smartfony), „Add Friend” (pozwala dodać ludzi do znajomych na kilka sposobów: dzięki Friend code, po lokalnej sieci, spośród osób spotkanych w multiplayerze, a także odpowiadając na otrzymane zaproszenie) i „User Settings” (w jednym miejscu zebrano różne opcje: dodatkowe ustawienia prywatności, zarządzanie zablokowanymi graczami, konfigurowanie społecznościówek, na które można publikować zrzuty ekranu i filmiki, ustawienia Nintendo eShop).

Z początku myślałem, że zakładka „News” będzie zbędna, ale muszę przyznać, że zaglądam do niej chętnie — można tam znaleźć naprawdę dużo fajnych wiadomości ze świata Nintendo, wraz ze zdjęciami i filmikami, odnośnikami do eShopu i możliwością oceniania (Like/Dislike). Poszczególne gry mają również swoje kanały — obserwując je, zapewniasz sobie większą ilość informacji o danym tytule.

„Nintendo eShop” to wiadomo, sklep, z którego można kupować cyfrowe wersje gier — płacić można poprzez kartę kredytową, PayPala, a także doładowując saldo specjalnymi kartami Nintendo eShop Cards (znaleźć je można w wybranych punktach InMedio, Relaya, 1-Minute, Circle K, Komputronika, Empika i Kolportera — tu znajdziecie mapkę z punktami. „Album” to miejsce, w którym znajdziemy wszystkie zarejestrowane dzięki przyciskowi „capture” zdjęcia i filmiki, domyślnie wrzucone do jednego „worka”, ale na żądanie możemy posortować je po konkretnych tytułach. Mogą być zapisywane zarówno w pamięci urządzenia, jak i na karcie SD (w każdej chwili można je też przekopiować z jednego na drugie). W zakładce „Controllers” możemy zarządzać podłączonymi i wykrytymi padami, jak również sprawdzać ich poziom naładowania. „System Settings” zbiera dużo różnych ustawień, między innymi tryb samolotowy, wyłączający Wi-Fi i Bluetooth dla lepszych wyników baterii (dostępny tylko w trybie handhold, kiedy Joy-Cony są wsunięte, bo w przeciwnym wypadku pady straciłyby połączenie bezprzewodowe). Natomiast „Sleep Mode” pozwala uśpić urządzenie.

CZY JESTEM ZADOWOLONY Z WYBORU SWITCHA?

Otóż jestem i to bardzo. Przede wszystkim, Switch sprawdza się znakomicie w trybie przenośnym, szczególnie w połączeniu z oryginalnym pokrowcem na Switcha, który fajnie chroni konsolę, a do tego, w środku ma przegródki na pięć kartridży. Leży świetnie w dłoniach. Wykonany został z przyjemnego w dotyku tworzywa. Bateria wytrzyma dwie i pół godziny przy najbardziej zasobożernych grach, do kilku godzin przy lżejszych. Możliwość uśpienia urządzenia („Sleep Mode”) i momentalnego wybudzenia go do tej samej sceny gry powoduje, że zawsze jest sens chwycić konsolę, nawet jeśli mamy tylko chwilkę (uśpione urządzenie zużywa baterię, ale naprawdę powolutku — przez całą noc zejdzie około 1-2%). Wbudowany ekran wyświetla obraz bardzo ładnie, z dobrymi kolorami. Zamontowane z przodu i z tyłu głośniczki grają głośno i w dobrej, jak na swoje gabaryty, jakości dźwięku. Gniazdo słuchawkowe jest zamontowane w wygodnym miejscu, u góry urządzenia, obok slotu na kartridże. Pady są wygodne i dobrze rozplanowane, dzięki czemu sterowanie bohaterami odbywa się komfortowo. Przełączanie się pomiędzy trybami następuje błyskawicznie. Zaraz po wysunięciu Joy-Conów z szyn tabletu, pady przechodzą na działanie bezprzewodowe. Po wsunięciu konsoli do stacji dokującej, obraz przerzuca się na telewizor dosłownie od razu, bez żadnego restartu czy pauz. Stacja dokująca jest równocześnie ładowarką. Wystarczy wsunąć do niej konsolę i od razu zaczyna się ładować, a kiedy się naładuje, energia jest odcinana, żeby nie niszczyć baterii ciągłym podłączeniem. Podobnie dzieje się, gdy urządzenie jest w trybie telewizyjnym — bateria jest wtedy ładowana do stu procent, a później pomijana, żeby konsola mogła być zasilana bezpośrednio „z kabla”.

Tak, to prawda — Switch nie jest tani. Na tę chwilę, zapłacimy 1400-1500 zł za samą konsolę, w wersji niebiesko-różowej lub szarej, 1500-1600 zł za wersję z grą („Splatoon 2”, „Super Mario Odyssey”). Jednak w pudełku dostajemy wszystko, co jest potrzebne, żeby zacząć przygodę: sam tablet, dwa Joy-Cony, grip do stworzenia pełnego pada, dwa strapy do stworzenia małych padów, stację dokującą do trybu telewizyjnego i habel HDMI. W mojej wersji było jeszcze dorzucone „Mario + Rabbids Kingdom Battle” (kartdridż/cyfrowa), gra od Ubisoftu — mariaż strategicznej strzelanki w stylu „X-COM-a”, erpega, trójwymiarowej platformówki i gry eksploracyjnej. Jestem już bardzo daleko w tej grze, także niedługo spodziewajcie się osobnego wpisu. Na razie zdradzę, że początkowy plan był taki: tłuc w Mario w oczekiwaniu na „The Legend of Zelda: Breath of the Wild” (kartridż/cyfrowa), którą zamierzałem od razu zamówić. Jednak Mario z pistoletem laserowym wciągnął mnie na tyle, że najpierw długo grałem tylko w niego.

Ponieważ pracuję w sklepie ze sprzętem elektronicznym, któregoś wieczoru wróciłem do domu niosąc pod pachą kartonowy stojak reklamowy gry „Mario + Rabbids: Kingdom Battle”. Skończył się już okres kiedy miał stać na sklepowej sali, a ja nie miałem serca go wyrzucać. Postanowiłem więc postawić go sobie w pokoju i właśnie na nim ustawiać kolekcję switchowych kartridży. Jak dotąd ustawiłem na nim pięć pudełek — wspomniane „Mario + Rabbids: Kingdom Battle”, „Splatoon 2” (kartridż/cyfrowa), „Super Mario Odyssey” (kartridż/cyfrowa), „Rayman Legends — Definitive Edition” (kartridż/cyfrowa) i „Minecraft: Story Mode — The Complete Adventure” (kartridż/cyfrowa).

Switch sprzedaje się znakomicie i to nie tylko w Japonii, która oczywiście kocha tę szaloną firmę — na siedem pierwszych miesięcy sprzedaży w Stanach Zjednoczonych, w aż pięciu (!) Switch sprzedawał się lepiej, niż PlayStation i Xbox. To dobrze wróży dla ilości tytułów, które w przyszłości pojawią się w bibliotece tej konsoli. Zresztą już teraz wychodzi więcej fajnych tytułów, niż jestem w stanie kupić, jeśli chodzi o budżet.

Dobrze też wróży dla dostępności fajnych akcesoriów. Przykładowo, poprzez IndieGoGo jest obecnie prowadzona zbiórka pieniędzy — jeśli się powiedzie ponieważ się powiodła, uzyskując prawie 500% potrzebnej sumy, powstanie przenośny rzutnik dla Switcha! Jeśli chodzi o akcesoria dostępne już teraz, kupić możemy: Joy-Cony (niebiesko-czerwone, szare, żółte), strapy do Joy-Conów (niebieskie, czerwone, szare, żółte), grip do Joy-conów, futerał na konsolę w trybie handhold, futerał na cały zestaw, zapasowy zasilacz, gripy zmieniające Joy-Cona w kierownice, zapasową stację dokującą, czy wspomnianego Pro Controllera.

Oczywiście moja bardzo pozytywna opinia nie oznacza braku wad Switcha, a nawet poważnych wpadek! Przede wszystkim, to trochę wstyd wypuszczać sprzęt na jakiś rynek bez przetłumaczenia systemu operacyjnego na język użytkowników. Poza tym Joy-Cony w trybie handhold nieco się ruszają (to znaczy, siedzą w szynach, jest okej, nie boję się, że one wypadną, czy coś, ale mogłoby być to jeszcze lepiej spasowane), a odchylana podpórka mogłaby być, delikatnie mówiąc, porządniejsza. Gniazdo kabla zasilającego znajduje się u dołu, co uniemożliwia ładowanie konsoli w trybie tabletop. Szkoda, że nie wszystkie intrygujące gry ukazują w wersji pudełkowej, przez co tracimy możliwość ustawienia na półce pudełek z kartridżami studiów indie. Najwyraźniej Nintendo kiepsko przemyślało stację dokującą, bo raz, przy dokowaniu na obudowie konsoli mogą zrobić się ryski i dwa, podobno niektóre urządzenia wyginają się od długotrwałego dokowania, jeśli zbytnio nagrzeją się przy intensywnych grach (dwa ostatnie problemy można rozwiązać, kupując stację dokującą w wersji minimalistycznej, przewiewnej i pozbawionej elementów rysujących). Nie powiem — to jest naprawdę duża wpadka, ale nie miałem zamiaru z jej powodu tracić przygody ze Switchem. I dobrze!

Podróż do lat dziewięćdziesiątych, czyli o tegorocznej odsłonie akcji #CreateAsUs

Czy nas, piszących listy w 2017 roku i rozsyłających do ludzi setki pocztówek każdego miesiąca, mogłoby zabraknąć przy takiej aferze? Nie ma mowy! Chodzi o akcję #CreateAsUs, w ramach której marka Asus zaprasza różnorakich twórców do wymieniania się kreatywnością. Tegoroczna odsłona odbędzie się 3 grudnia 2017 podczas Targów Plakatu i zabierze nas w podróż w czasie do lat dziewięćdziesiątych.

Do współpracy zaproszono sześciu ambasadorów. Dawida Ryskiego (ur. 1982), ilustratora, plakacistę, a także autora okładek, z wykształcenia architekta krajobrazu. Alka Morawskiego aka Lis Kula (ur. 1988), ilustratora i autora okładek, absolwenta California College of the Arts na wydziale ilustracji. Beatę Śliwińską aka Barrakuz (ur. 1988), projektantkę graficzną, ilustratorkę i autorkę kolaży, z wykształcenia projektantkę wizualną i architekt krajobrazu. Rafała Szłapę (ur. 1976), komiksiarza, ilustratora, projektanta okładek, absolwenta wydziału Grafiki w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Mateusza Sudę (ur. 1988), ilustratora i projektanta graficznego. Ilonę Myszkowską (ur. 1987), autorkę komiksów (m.in. „Chaty Wuja Freda”) i scenariuszy — do planszówek i gier komputerowych, a także do mangi, absolwentkę reklamy w WSR, a także, jak sama pisze, żonglowania ryżem w Wyższej Szkole Porażki.

Trzech z nich zaproponuje uczestnikom wymyślone przez siebie warsztaty krążące wokół tegorocznego motywu przewodniego. I tak, Barrakuz poprowadzi warsztaty i wykład o komputerowym tworzeniu projektów wizualnych w oparciu o technikę kolażu, dekonstrukcji i mieszaniu znaczeń. Tak Beata zapowiada swoje warsztaty: „Porozmawiamy o kompozycji w takich projektach, kolorystyce, tematyce i wykorzystaniu materiałów. Jak połączyć kolaż z ilustracją czy packshotem? Rozłożymy na czynniki pierwsze jeden z moich projektów, przedstawię techniki, z jakich korzystam w pracy. Opowiem jak szukać inspiracji do pracy, kim sama się inspiruję i jak to jest z prawami autorskimi do wykorzystywanych zdjęć w kolażu. Otworzymy głowy na dziwne rzeczy, bo kreatywność jest nieskończona”. Warsztaty Mateusza Sudy będą nosiły tytuł „Madness of Pattern”. Jak sam pisze: „Będą opierać się na indywidualnym stylu uczestników. W grupach będą działać jako studio projektowe i postarają się zaprojektować nadruk na dany temat. Na warsztatach nie będziemy tylko i wyłącznie ograniczać się do twórczych działań, ale także do umiejętności konwersacji i prowadzenia biznesu. Warsztaty mają na celu wzbudzić w uczestnikach umiejętności radzenia sobie w biznesie kreatywnym. Dodatkowo każdy z uczestników dowie się jak radzić sobie w kreatywnej branży i pozyska umiejętności podejmowania współprac i kreowania własnego wizerunku i stylu dla rynku modowego”. Z kolei Rafał Szłapa zaprosi ludzi na warsztaty komiksowe, które zapowiada następująco: „Podczas wykładów poznasz specyficzny język, którym posługuje się sztuka komiksowa. Dowiesz się również, jakie cechy powinien posiadać bohater oraz jak za pomocą sekwencji obrazków tworzyć opowieść. W części warsztatowej stworzysz własną kilkukadrową historyjkę”. Warsztaty będą darmowe, przewidziano w nich dwadzieścia miejsc (na stronie akcji można się już zapisywać — trzeba podać link do swojego portfolio, imię i nazwisko, a także adres mejlowy).

Poza tym będą miały miejsce też inne atrakcje. Lis Kula będzie malował obudowę laptopa z lat dziewięćdziesiątych. „Chcę stworzyć projekt charakterystyczny dla estetyki tamtych czasów” — napisał Alek. — „Zrobić taki minihołd dla czasów, które mnie ukształtowały. Tak więc będzie coś ze stylistyki pierwszych warszawskich wrzutów graffiti, jak i okładek gier z tamtych lat. Praca powstanie przy użyciu sprejów i markerów, na bazie akrylu”. Ilona Myszkowska będzie natomiast rysować na żywo pocztówki. „Cały dzień rysowania, sama radość” — mówi Ilona i każe dopisać, że już szykuje opatrunek uciskowy na nadgarstek.

Dodatkowo Asus chciałby was zaprosić do udziału w konkursie na projektowanie pocztówek. Do wyboru są trzy tematy. Pierwszy, „świąteczny” — „Poczuj tę wyjątkową atmosferę i odkrywaj nieodkryte. Stwórz projekt inny niż wszystkie, przedstawiając swoją wizję świątecznych chwil. Nie ograniczaj się i inspiruj! Znajdź święta zapomniane i nieoczywiste”. Drugi, „sentymentalny” — „Co byś zrobił, gdybyś mógł cofnąć czas? Uruchom wyobraźnię i przenieś się do czasów dzieciństwa. Pamiętasz swoje ulubione bajki i książki? Wróć do świata marzeń i stwórz projekt, który pozwoli poczuć innym te chwile”. I trzeci, „powrót do przyszłości” — „Pamiętasz VHS, Gumę Turbo i Tamagotchi? Niezależnie od odpowiedzi – przenieś się do lat 90-tych i pokaż, jak wyobrażaliśmy sobie wtedy przyszłość. Wejdź w buty Marty’iego McFly i stwórz własną perspektywę świata”. Nie zapomnijcie też zagłosować na najfajniejsze projekty pocztówek!

Więcej informacji o akcji, ambasadorach, a także konkursie i nagrodach znajdziecie na stronie #CreateAsUs.

Targi Plakatu 2017 — odkrywamy talenty

Wielkimi krokami zbliżają się Targi Plakatu — impreza, której patronujemy już po raz trzeci i która jak co roku gromadzi w jednym miejscu najciekawszych artystów, grafików, ilustratorów, plakacistów.

Tym razem moja zapowiedź nie będzie przedstawiała artystów, których już dobrze znacie i o których przy różnych okazjach wielokrotnie pisaliśmy. Oczywiście, że na Targach spotkacie: Patrycję Podkościelny, Pawła Jońcę, Patryka Hardzieja, Lisa Kulę, Karla Nessera, Karola Banacha, Jacka Rudzkiego, Martiszu, Bartosza Kosowskiego, Jakuba Zasadę, Barrakuz, Patryka Mogilnickiego, Przemka Dębowskiego, Dawida Ryskiego, Kingę Offert, Dewizkę, Lubka i wielu, wielu innych; ale bardzo możliwe, że tak jak ja poznacie prace artystów, których nie znaliście wcześniej lub o których tylko pobieżnie słyszeliście. Zapraszam zatem do odkrywania.

Na początek, moje największe odkrycie tych Targów — Igor Piwowarczyk. Niesamowity klimat prac budowany za pomocą świateł, cieni, kolorów. Tajemnicze postacie i miasto nocą plus świetny warsztat Igora daje niesamowite efekty.

Kolejnym artystą jest Joanna Gębal, której ilustracje możecie kojarzyć z Newsweeka, Wysokich Obcasów, KukBuka, Zwierciadła i innych. Sama się sobie dziwię, że odkrywam ją dopiero teraz, ale lepiej późno niż później.

Jagoda Stączek oczarowała mnie swoimi kolażami. Gdybym miała je opisać jednym zdaniem — są zgrabnym połączeniem surrealizmu z czarnym humorem.

Helen of Koi vel Helen Li — przenieśmy się na chwilę do Gotham z Suicide Squad, przynajmniej do adaptacji filmowej, bo komiksu niestety nie znam. Gdyby Karol Banach był tam Jokerem, Helen of Koi byłaby jego Harley Quinn. Choć artyści nie lubią doszukiwania się takich podobieństw, to trudno nie zauważyć, że ta dwójka spogląda w tym samym artystycznym kierunku, oczywiście robiąc „robotę” po swojemu.

Prace Anginy znam już od jakiegoś czasu, ale nigdy wam ich jeszcze nie pokazywaliśmy, dlatego ucieszyłam się, że będzie na Targach Plakatu. Idealny pretekst do przedstawienia Wam tej artystki.

Marta Przeciszewska przede wszystkim kojarzyła mi się ze świetnym liternictwem, podziwiałam jej serię typograficznych pocztówek, ale nie znałam jej plakatów. Okazuje się, że również są świetne, warto zobaczyć, warto zawiesić na ścianie.

Radek Bączkowski i trochę erotyki, i trochę przygód jego Jonze. Dla wielbicieli gatunku, że się tak wyrażę.

To jeszcze Hanna Cieślak, bo Hanny Cieślak nigdy za wiele. I dlatego, że pomimo świetnych plakatów jeszcze nie było o niej zbyt głośno.

Na koniec artysta, którego chcę szczególnie docenić za trzymanie się tej pierwszej definicji plakatu. Dzisiaj grafiki, które wieszamy na ścianach w mieszkaniach i domach, nazywamy plakatami, jednak dla mnie plakatem zawsze będzie najpierw grafika o charakterze reklamowym/informacyjnym/propagandowym, której przeznaczeniem było przyciąganie wzroku przechodniów na ulicach i w miejscach publicznych. Plakaty Aleksandra Walijewskiego to w dużej mierze alternatywne plakaty filmowe, które chętnie zobaczyłabym na słupach reklamowych i citylightach, plakaty festiwalowe albo plakaty do wydarzeń.

To jeszcze nie wszyscy twórcy, których warto odkryć. Na pewno znaliście część wymienionych wyżej artystów i pewnie nie znacie innych, o których nie wspomniałam. Zaglądajcie na stronę Targów Plakatu, klikajcie w zakładkę „Wystawcy” i odkrywajcie. Albo dajcie się zaskoczyć 3 grudnia w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich (tutaj wydarzenie na Fejsie, tutaj fanpejdż). Wstęp: 2 zł.

Kosmos w Gdańsku, Gdańsk w kosmosie — kogo usłyszymy na SpaceFest 2017

„Wyczekiwane niczym pierwsza gwiazdka grudniowe święto gitarowych przesterów, noisowych dronów i wszelkich tajemniczych dźwięków kreowanych pod wpływem kosmicznej energii”. Te słowa możemy przeczytać w materiałach prasowych SpaceFesta 2017. Pewnie odbieracie je z przymrużeniem oka, jako trochę marketing, a trochę żarcik, ale wśród moich znajomych to zdanie jest najzupełniej prawdziwe. My czasami już w październiku rozmawiamy o „nachodzącym Spejsie”. Zresztą ja, tu czy ówdzie, zapowiadałem każdą dotychczasową edycję tego festiwalu. Tym bardziej się cieszę, że po raz pierwszy logo Róbmy Dobrze znajdziecie na plakacie (autorstwa Patryka Hardzieja, ale to wiecie od pierwszego wejrzenia) tegorocznej, siódmej już, odsłony. Zapraszam do pławienia się w kosmosie przy okazji próbek tegorocznych muzycznych kosmonautów!

Brytyjski Mugstar, czyli transowa powtarzalność gitar, duch space-rocka i krautrocka, inspiracja takimi projektami, jak Hawkwind, Sonic Youth czy wczesne Pink Floyd. Jestem szalenie ciekawy, na ile uda się ten klimat oddać na żywo!

Jak określają sami muzycy, João Pimenta (bębny, wokal), Pedro Pestana (gitara) i André Couto (bas), 10 000 Russos powstało z mrocznego, dekadenckiego miasta w peryferyjnym państwie i peryferyjnym kontynencie — Porto w Portugalii. W ich muzyce aż gęsto od industrialnej atmosfery, przesterów i powtórzeń, które w połączeniu z płynącym gdzieś w tle wokalem, dają efekt iście szamański.

Proszę, bądźmy wszyscy bardzo nietrzeźwi, kiedy szwajcarski duet Blind Butcher będzie grał. No i tańczmy jak pojebani! Oni lubują się w kolorkach, rytmicznych czadowych zagrywkach, uśmiechach i… w obcisłych, błyszczących ciuszkach. Muzycznie słychać u nich dużo inspiracji — rock’n’roll, disco, blues, country, punk (ja tam słyszę też dużo Devo). Wszystko to połączyli po swojemu i nazwali nowym gatunkiem: disco trash sound.

Pozostając w sferach szaleństwa, berlińska dziwna para, czyli Odd Couple. Jascha Kreft (gitara, wokal) i Tammo Dehn (perkusja) serwują słuchającemu szalone, pełne rock’n’rollowej energii dźwięki.

Wilcze Jagody, czyli żeńskie trio zafascynowane synthpopem, shoegazem i brzmieniem lat osiemdziesiątych na wschodzie. Nela Gzowska (bas, laptop), Zosia Hołubowska (wokal, syntezatory) i Ania Włodarczyk (wokal, gitara) określają swój projekt „feminizmem w rytmie vintage”.

30 Kilo Słońca, czyli trio z Kołobrzegu łączące muzykę improwizowaną, yass i post-rocka. Na ich Bandcampie możemy przeczytać: „Spotkanie pierwotnej materii i zgiełku współczesnej cywilizacji. Grind free jazzowe trzęsienie ziemi, postrockowa melancholia i ambientowe przestrzenie”.

Meksykański Tajak, czyli intrygujący mariaż noise-punku i transowych, niemalże szamańskich wokali. Perkusja, bas i gitara. Ściana hałasu, w której można wychwycić wpływy psychodelicznego rocka, dronów czy shoegaze’u.

Fernando Nuti (wokal, gitara, sitar), Diego Menegaldo (gitara, wokal), Stefano Bidoggia (bas) i Dario Lucchesi (bębny, perkusja) — dla tych panów, muzyków weneckiego New Candys, będzie to pierwszy koncert w Polsce.

Dead Rabbits, czyli brytyjska załoga — Thomas Hayes (gitara, wokal), Neil Atkinson Jr (gitara) Suzanne Sims (perkusja), Paul Seymour (klawisze) i Colin Fox (bas). W notce o zespole możemy przeczytać, że biorą psychodeliczny styl Brian Jonestown Massacre i przełamują minimalizmem gitar Lou Reeda.

Za muzykę do tańca odpowiadać będzie tradycyjnie pochodzący z Kaliningradu Danil Akimov aka Dr. Switchoff. „Swoje dźwiękowe struktury tworzy, korzystając z różnych technologii i metod interakcji, takich jak zepsuty sprzęt hi-fi, radzieckie syntezatory analogowe, nagrania terenowe czy niezidentyfikowane obiekty dźwiękowe”.

Nie zapominam również o spacefestowej tradycji, czyli projekcie Pure Phase Ensamble — zespołu, którego skład zmienia się co roku. Za każdym razem pojawiając się tylko na okres warsztatów, podczas których muszą stworzyć materiał na cały album, później zagrany podczas SpaceFesta i wydany na płycie. W tym roku na czele PPE stanie Maciej Cieślak (Ścianka, Cieślak i Księżniczki, PTKCSS, Niewolników Saturnu, PTKCSS), który zapowiada: „Spróbujemy wymyślić muzykę od nowa i oczywiście nam się nie uda, ale może przy tej okazji powstanie coś ciekawego”. Poza nim, w składzie pojawią się również: Michał Gos (Oczi Cziorne, Lonker See, Band_A), Karol Schwarz (7faz, KSAS), Adam Neubauer (Pedal Distorsionador), Łukasz Sasko (Ze Velocipedes), Łukasz Żurawski, Juliusz Kapka (No toca co), Michał Pollok-Andrys oraz Emilia Pollok-Andrys.

Tegoroczny SpaceFest odbędzie się (co jest szalenie dobrą wiadomością!) w klubie B90, położonym w mega klimatycznych postoczniowych okolicach i wyposażonym w zajebistej jakości nagłośnienie. Bilety jednodniowe (na dzień pierwszy lub drugi) dla studentów (pula ograniczona) kosztują 25 zł, dla pozostałych osób — 35 zł w przedsprzedaży i 45 zł w dzień koncertu. Karnety dwudniowe dostępne są tylko w przedsprzedaży — 60 zł, w pierwszej puli 75 zł, w drugiej.

Lubię przed każdą edycją SpaceFesta przesłuchać w sieci muzykę wszystkich projektów, a potem porównać odczucia sprzed laptopa do tych spod sceny. W tym roku najbardziej jestem ciekawy, czy 10 000 Russos będzie tak industrialne, Mugstar tak transowe, Blind Butcher i Odd Couple tak pozytywnie czadowe, a Wilcze Jagody tak wintydżowe, jak na nagraniach studyjnych. W poprzednich latach wiele razy zdarzało się, że coś, co w sieci w ogóle mnie nie nakręciło (w tym roku są to przykładowo New Candys i Dead Rabbits), na żywo bardzo (i odwrotnie).

Nie zapomnijcie puścić w obieg wydarzenia na Fejsie, zajrzeć na stronę festiwalu, a także do nich na Fejsa. Odsyłam też do plejlisty, którą zmajstrowałem na Spotify. Do zobaczenia w kosmosie!

Koniecznie wybierzcie się na Nacisk, nowy wrocławski festiwal druku

Jestem pełen podziwu, jak dobry program drukarnia Drukomat i stowarzyszenie Regime Brigade przygotowali na pierwszą edycję swojego nowego festiwalu druku, Nacisk. Jeżeli mieszkacie w okolicach Wrocławia, nie może was tam zabraknąć!

Zaplanowano dwie prelekcje — Ryszarda Kai i Patryka Hardzieja. Pierwszy, niezwykle utalentowany plakacista, opowie o tym, jak przelać siebie na papier. „O tym, jak w niezakłamany i nieskomplikowany sposób odbić swoje linie papilarne, jak tworząc pokazać prawdziwe »ja« nawet na małym fragmencie celulozy i utrwalić swój ślad w trybach ciężkich, ogromnych maszyn drukarskich w prosty sposób”. Drugi, ilustrator i propagator dobrego logotypu, „przeanalizuje identyfikację wizualną Centrali Produktów Naftowych, opowie o jej historii, twórcach i okolicznościach powstania”.

Grzegorz Myćka i Bartosz Mamak z grupy BiG Poster przygotowali na tę okoliczność wystawę, na której będzie można zobaczyć selekcję plakatów ich autorstwa, a także prezentację zinu będącego chyba ich największą zajawką (Ola pisała o nim pod koniec lipca) — oprócz dwóch pierwszych numerów, pojawiają się dwa realizowane w ramach festiwali ArtWeek i podczas Kongresu Kobiet w Poznaniu, które dotąd nie były szerzej pokazywane. Dodatkowo, panowie będą mieli stoisko targowe ze swoimi rzeczami i sitodruk, na którym będzie można wspólnie podrukować.

W ramach Nacisku będzie można wziąć udział w aż pięciu różnych warsztatach. Marcin Dąbrowski, pasjonat druku, zdradzi wam różne tajniki tej dziedziny („opowie o głównych cechach popularnych technik oraz jak można wzbogacać swoje końcowe projekty, wykorzystując elementy np. typografii w projekcie offsetowym czy cyfrowym”). Maciej Zarański, pisarz i drukarz, zabierze was do świata rycia w ramach warsztatów „Ryj pod siebie, czyli warsztaty z podstaw linorytu”. Szymon Kurzajczyk, szef działu plików w Drukomacie, opowie o tym, jak poprawnie przygotować plik do druku („Każdy projektant chciałby mieć w druku to, co widzi na ekranie komputera. Projektowanie do druku może być proste pod warunkiem, że zastosujemy się do określonych zasad. Będzie więc o spadach, rozdzielczości, o ustawieniach programów graficznych i o wszystkich innych ważnych aspektach pracy z plikami, również z uwzględnieniem różnych technologii druku”). Dawid Korzekwa, prezes zarządu Stowarzyszenia Twórców Grafiki Użytkowej i profesor w Katedrze Projektowania Graficznego katowickiego ASP, opowie o rodzajach i technikach druku („Kilka słów o technikach druku połączone z tworzeniem wypukło-drukowych czcionek”). Konrad Trzeszczkowski, autor zinów, poprowadzi warsztaty trash-zinowe („Od jakiegoś czasu możemy oglądać na paczkach papierosów dość osobliwą galerię zdjęć mających na celu obrzydzenie palenia. Z obserwacji i zasłyszanych opinii wiemy, że każdy palacz ma swój ulubiony obrazek, który co najmniej mu nie przeszkadza, ale są też takie, których unika. Uczestnik warsztatów ma za zadanie wybrać swój ulubiony albo znienawidzony obrazek i dokonać jego dekonstrukcji na poziomie wizualnym, poprzez dołączenie do niego swojego komentarza lub każdym innym, jaki podsunie wyobraźnia. Gotowe zmienione obrazki z papierosków złożymy w zina, wcześniej się razem z nich pośmiejemy. Uwaga: warsztat nie tylko dla palących! PS Będzie super, jeśli przyniesiecie puste paczki po fajkach”).

Jednak Nacisk to przede wszystkim targi, podczas których będzie okazja obejrzeć i kupić rzeczy od utalentowanych polskich twórców. Pośród wystawców znajdziemy: Patrycję Podkościelny, Jakuba Zasadę (Ola pisała o nim w lutym 2016 roku), Marcina Wolskiego, Patryka Hardzieja, Sebastiana Skrobola, Izę Dudzik, Martę Ludwiszewską, Alka Morawskiego, Karola Banacha, Jacka Rudzkiego, Somearta, Magdalenę Mandrysz, Sarę Janinę Kudybę, Martę Przeciszewską, Pawła Mildnera, Martynę Kostrzycką, Kasię Szybką, Rafała Kucharczuka, Ewelinę Dymek, Macieja Zarańskiego, Natalię Trochowską, Tymka Jezierskiego, Annę Wardę, Michała Bednarskiego, Tomasza Pieńczaka, SC Szymana, Basię Grzybowską, Ewę Rebekę Służyńską, Aleksandrę Morawiak, Maćka Zielińskiego, Joannę Gębal, Radka Bączkowskiego, Vivien Staff i innych.

Na dokładkę w ramach after party będzie również muzyka. Wystąpią Lua Preta („To jeden z najciekawszych duetów tego roku na rodzimej scenie muzyki elektronicznej. W jego skład wchodzą producent Mentalcut oraz pochodząca z Luandy wokalistka Supa Gia G. Nie bez powodu inspiracje dźwiękami z Angoli są głównym tematem ich muzyki, co doskonale słychać na debiutanckim Emoções Coloridas EP”), X-Coast („Pochodzący z Serbii i stacjonujący w Nowym Jorku, producent i DJ X-Coast odwiedzi Wrocław w ramach trasy koncertowej po Europie, promującej najnowszy materiał pt. Transformations EP (premiera 30.09!). Nasz headliner to podopieczny Mall Grab — debiutował winylowym wydawnictwem w wytwórni Steel City Dance Discs. W swoich produkcjach łączy tropikalny groove z nostalgicznym duchem rave’u lat 90.”), Dianka („Zaledwie dziewiętnastoletnia, wrocławska wokalistka z początkiem września tego roku debiutowała z dziewięcioutworowym albumem wydanym przez Zayafka. Dianka sięga po kontrastowe kompozycje elektroniczne, a w śpiewanych tekstach stawia na swoistą wrażliwość. Jedną z jej największych inspiracji jest twórczość Sevdaliza. Podczas wieczornej części festiwalu będziecie mieć okazję po raz pierwszy usłyszeć całość jeszcze ciepłego krążka na żywo!”) i inni.

Oto pełny program imprezy:

Festiwal odbędzie się 30 września 2017 w podwórku przy ulicy Ruskiej 46 we Wrocławiu w otoczeniu wrocławskich neonów. Na koniec odsyłam na fanpejdż Nacisku, jego stronę, a także do wydarzenia na Fejsie.