muzyka, przygody, wydarzenia
Skomentuj

Lubię imprezy, na których Marcin Pryt wskazuje mi drogę do WC. Czyli o LDZ Music Festival 2015

Lubię imprezy, na których Marcin Pryt wskazuje mi drogę do wc. A taki właśnie jest LDZ Music Festival — z jednej strony wizjonerski i profesjonalnie organizowany, a z drugiej — ludzki, niszowy, sympatyczny. Zderzenie twórców i odbiorców. Klimatyczne miejsca. Dobre piwo. Różnorodna i ciekawa polska muzyka. Otóż 5 i 6 czerwca stawiliśmy się z Olą na czwartej edycji Eldezetu. Pierwszy dzień odbywał się w Bajkonurze, położonym kawałek od centrum Łodzi. Knajpa jest rzucona gdzieś za plecami budynku chowającego się za plecami budynku, który przysłania budynek, z którego już prawie widać budynek, za którym jest budynek właściwy. Chyba najlepiej oddaje to znak „Bajkonur → 200 m (a następnie w lewo 100 m)”. Prawda jest taka, że pofabryczny budynek, w którym się mieści jest — zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz — tak klimatyczny i cudowny, że warto byłoby go odwiedzić nawet gdyby trasę wyznaczał gęsty labirynt. Wysokie gmaszysko pokryte muralem, w środku surowo i przemysłowo. Odpowiednie warunki dla sztuki niezależnej.

Pierwszy wystąpił Paweł Szamburski, współzałożyciel wytwórni Lado ABC i klarnecista. Odniosłem takie wrażenie, że trochę się stresował, jakby obawiał się reakcji publiczności. Zupełnie niepotrzebnie, na twarzach większości ludzi można było zaobserwować dwie rzeczy: pomarańcz zachodzącego słońca i zachwyt nad muzyką. Szamburski zagrał piękne kompozycje inspirowane muzyką sakralną — chorałami gregoriańskimi, muzyką suficką i żydowską. Na zakończenie, zderzył tradycję z nowoczesnością, nagrywając różne partie, a później zapętlając je i grając na ich tle kolejne rzeczy. Wyszło to świetnie, chociaż jeszcze bardziej zachwyciła mnie jedna z żydowskich kompozycji. Klimat tej bajkonurowej sali, światło i wielgachne okna — to było idealne środowisko, żeby poczuć poezję tej muzyki. Spotkałem się z wieloma głosami, że „to był super wstęp do festiwalu”. Powiem więcej: dla mnie to był jeden z trzech najjaśniejszych jego punktów.

Drugi z nich nastąpił zresztą bezpośrednio po — mowa o improwizatorze Adamie Gołębiewskim. Ten nie wszedł na scenę, zamiast tego rozłożył się między ludźmi ze swoim dywanem, zestawem perkusyjnym i rozmaitymi przedmiotami. W pierwszej części występu pokazał 101 sposobów, jak grać żeby nie skojarzyć się z normalnym perkusistą. Pałeczek w ogóle nie wziął do ręki. Pocierał różnymi elementami o siebie wzajemnie, o powierzchnię bębnów i talerzy, a także o ich krawędzie. Talerzami tłukł o talerze. Ścierał różne rzeczy, we wszystkie strony odpryskiwały fragmenty. Efektem tego była naprawdę intrygująca, eksperymentalna, brudna muza. Bardzo w moim guście. Dopiero w drugiej części Gołębiewski powrócił bliżej typowych rejonów, choć nadal pokazując, że w tym co robi, jest nie tylko genialny, ale też mocno szalony. Rozkręcił bardzo długi, niezwykle energiczny i transowy kawałek złożony z bezkompromisowej noisowej ściany dźwięków i sporadycznych, zaskakujących wybić z rytmu. Wielu próbowało oddać ten dziwny, podskórny wkurw towarzyszący ludziom od pokoleń. Punkowcy próbowali od strony prostej bitki i wulgarnych, potocznych tekstów. Metalowcy gryźli to brutalnością. Rock’n’rollowcy melodyjnymi ciosami. Nikomu się jednak nie udało wyrazić tego wkurwienia, jakie noszę w sobie również i ja. Nikomu poza Gołębiewskim. Czułem się wtedy, jakby ktoś wyraził moje myśli, a skoro tak, mi pozostało się już tylko uśmiechać.

Zespół Trupa Trupa jest mi dobrze znany, bo chłopaki są „ode mnie”, z Trójmiasta. Śledzę ich poczynania od samego początku i z radością obserwuję jak się rozwijają. Jak dotąd, każdy kolejny materiał jest lepszy od poprzedniego, aż do perełki w postaci tegorocznego krążka „Headache”. To jest już ten moment, kiedy zespół odnalazł swoją ścieżkę i to czuć w każdym aspekcie — samych kompozycjach, sposobie grania, tekstach, nastroju. W wersji studyjnej tam są dwie moje osobiste petardy — „Headache” i „Wasteland”. I to właśnie te kawałki zrobiły na mnie największe wrażenie również na żywca. Podział na głosy w „Headache” wyszedł fantastycznie, z naprzemiennymi linijkami głównego wokalisty, Grzegorza Kwiatkowskiego i basisty, Wojciecha Juchniewicza. Tu warto dodać, że końcówkę numeru bezapelacyjnie skradł ten drugi, swoim fenomenalnym napadem wrzasków. Trochę się obawiałem o kawałek „Wasteland” na żywo, bo tam we wstępie jest takie ciągłe powtarzanie Kwiatkowskiego „running, running, running…”. Niełatwe do szybkiego śpiewania. „Running” się jednak udało, Juchniewicz dodawał „lepers in square 155” i wszystko cudownie płynęło, przeplatane kapitalnymi fragmentami instrumentalnymi. Dla mnie to był bardzo dobry występ i wydaje mi się, że łódzka publika przyjęła ich pozytywnie. Dużo transu i brudu w gitarach, do tego nastrojowe organy i świetne wokale.

19 wiosen to zespół łódzki, więc z publiką nie mogło być problemu. Jak tylko Marcin Pryt z załogą pojawili się na scenie, ludzi jakoś więcej zrobiło się pod sceną, a mniej na krzesełkach i na tyłach. Przyznaję szczerze, że ja raczej jestem Tryp, niż 19 wiosen. Bardziej Pryt recytujący swoje teksty z zeszytu, niż ogólny punkowy sznyt. Tym występem jednak mnie kupili — nie zauważyłem momentu, kiedy wciągnęła mnie muzyka, klawisze Grzegorza Fajngolda i cała ta ekspresja. Z pewnością duża w tym zasługa mocnych i bezczelnie dobrych tekstów. Dziwnie się zrobiło, kiedy nastąpiła zmiana, a na scenie rozstawił się Bartosz Kruczyński aka The Phantom, również 1/2 Ptaków. Nagle pomieszczenie, w którym jeszcze przed chwilą wznosiły się dziewiętnastowiosenne kurze, zmieniło się w imprezę taneczną. Bardzo przyjemny transik zbudował, dobrze się tego słuchało.

Drugiego dnia spotkaliśmy się w centrum Łodzi, w jednym z podwórek niedaleko ulicy Piotrkowskiej. Tam jest taka stara kamienica, która swoim ostrym kątem, innym budynkiem i bramą odgrodziła się od reszty miasta. W niej mieści się Lokal, tak nazywa się knajpa. Zupełnie inny klimat niż Bajkonur, być może ciut (ale serio: ciut) mniej niezwykły, ale też świetna miejscówa. Własny kawał chodnika, plus ładnie urządzone wnętrze. Pierwszy tego wieczoru zagrał duet Woody Alien, czyli basista/wokalista Marcin Piekoszewski i bębniarz Daniel Szwed. Tak porywającego brzmienia mogłoby im zazdrościć wiele kilkuosobowych składów. Nie chodzi jednak wyłącznie o niezłe właściwości jazgototwórcze, chodzi również o technikę w tym całym jazgocie. Bas traktowany momentami bardziej jak gitara rytmiczna. Niezłe wokale. Perkusyjne napady Szweda trudno opisać, to jest bestia sceniczna.

Po nich pojawił się Paweł Kulczyński, dotąd znany pod bardziej eksperymentalnym szyldem Wilhelm Bras, tamtego wieczoru występujący jednak w łatwiejszej odsłonie, jako Lautbild. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, Lautbild to nadal elektronika cholernie wyrazista, ten koleżka mógłby zrobić dyskotekę dla rock’n’rollowców, a wszyscy dobrze by się bawili. Po prostu, w porównaniu do tworów wilhelmbrasowych, jest mniej dziwnych zabaw i więcej tańca.

Następny był mój trzeci z najjaśniejszych momentów — zespół Kristen. Przez cały ich występ nie mogłem wyjść z podziwu, z jakim sercem podchodzą do muzyki, jak skupieni są i z jaką dbałością tworzą każdy kolejny dźwięk. Zaczęli od dłuższych partii instrumentalnych, a ja z zafascynowaniem obserwowałem w jaki sposób Michał Biela wyciąga ze swojej gitary dźwięki. To trzeba zobaczyć i usłyszeć samemu. Pełnię zachwytu osiągnąłem jednak przy piosence tytułowej z płyty „The secret map”, której towarzyszył przepiękny klimat i przepiękny tekst odśpiewany przez Bielę, nie zgadniecie, również przepięknie. Warto byłoby ich ściągać, nawet jeśli mieli by zagrać tylko ten jeden utwór. Tam jest taki moment, kiedy muzyka wycisza się, a Biela śpiewa najbardziej wzruszający kawałek („I know I know / It’s been some time precious time / My stains have grown / slowly but surely staining my life / wasting my precious little life”). Na żywo odsunął się wtedy od mikrofonu i zaśpiewał naturalnie. Ciary na plecach, to wtedy popierniczały bez kontroli.

Koniec wieczoru należał do trzech postaci ze świata elektroniki — Comoca, Czarnego Latawca i Hoaxa. Część ludzi się już wtedy wykruszyła. Trochę przybyło nowych, bo miłośnicy zakręcenia kapciem zdecydowanie mieli tam czego szukać. Trochę się już zmęczyliśmy ciepłotą w środku, więc te ostatnie występy spędziliśmy na podwórzu, gdzie w sumie było słychać tylko nieco mniej. Pomiędzy którymiś występami zawitała do nas również akcja związana z Fotofestiwalem. Na podwórzy był ekran, na którym rzucono slajdy z różnymi fotografiami. Ciekawy był to akcent, lubię jak inicjatywy kulturalne się tak przeplatają. To lokalowe podwórze to w ogóle osobny element do pochwalenia! Już za dnia jest to fajna sprawa, ale kiedy się ściemni, siedzi się tam niezwykle przyjemnie. Są stoliki, są murki, są donice (pewnie nie wolno, ale służyły za bardzo fajne siedziska), jest spory chodnik, na którym można rozkładać leżaki. Ludzie, rozmowy, latarnie, dźwięki – wszystko pod czujnym okiem starej kamienicy. Już abstrahując od samego festiwalu, to jest po prostu świetne miejsce, mocno zyskujące nocą.

Dla mnie na równi z lajnapem zawsze jest otoczka imprezy – atmosfera jaka panuje, ludzie jacy się pojawiają, wystrój i warunki knajp. We wszystkich tych aspektach tegoroczny Eldezet wymiótł. Jako piwosz bardzo się też ucieszyłem z doboru browarów. Nie dość, że zamiast koncernowych, były piwa ciekawsze, jak Primator, Akademickie Łódzkie czy Raciborskie, w cenie 6 zł, to jeszcze w Lokalu dostępne były piwa kraftowe od Pinty, Birbanta i innych. Do tego dołożyć świetny dobór twórców i wysoką różnorodność, a także świadomość, że impreza wspiera twórców polskich, i mamy naprawdę solidną bombę. Moje top1 ukochanych festiwali rozrosło się do top2 — teraz do SpaceFesta, dołączył Eldezet.

Autorem plakatu jest Krzysztof Iwański.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi