rzeczy, sprzęt
jeden komentarz

Dostaliśmy bezlusterkowca Fujifilm X-A10. Oto pierwsze wrażenia i garść zdjęć, które zrobiłem

Przysłona, migawka, ISO, ekspozycja, ogniskowa — jeszcze do niedawna te terminy rozumiałem tylko teoretycznie. Nigdy wcześniej nie miałem sprzętu, dzięki któremu mógłbym pobawić się nimi w praktyce. To się jednak zmieniło za sprawą pewnego kociarza Mieszka, który, z ramienia agencji, zaproponował nam fajną współpracę. Otóż niedawno kurier przywiózł nam uroczy kuferek, wewnątrz którego był aparat cyfrowy z wymienną optyką, czyli tak zwany bezlusterkowiec. Mowa o modelu X-A10 debiutującym w grudniu 2016 roku jako „najtańszy bezlusterkowiec od Fujifilm”, z wyglądu piękniutkim, ze specyficznym dla tej marki powrotem do retro dizajnu. Teraz zdradzę swoje pierwsze wrażenia i pokażę zdjęcia, które z jego pomocą zrobiłem.

Zanim wziąłem ten sprzęt do rąk, zdążyłem poczytać teksty i pooglądać filmiki o trójkącie ekspozycji, jeśli chodzi o teorię, ale nic więcej — reszta była dla mnie absolutną czarną magią. Później wreszcie chwyciłem aparat, zamontowałem kitowy obiektyw, Fujinon XC 16-50mm f/3.5-5.6 OIS II, i zacząłem się bawić. Przekręciłem na tryb manualny i spojrzałem na ekranik (X-A10 nie ma wizjera, więc fotografujesz dzięki trzycalowemu LCD z podglądem na żywo). Na wyświetlaczu zobaczyłem zupełną ciemność. Co prawda byliśmy w mikro-dżungli Oli (czytać: w jej pokoju, bo rośliny, jakie ona tam ma, przekroczyły już ilość dla mnie niepoliczalną), w ponury dzień, ale bez przesady, nie było aż tak ciemno, jakby to sugerował wyświetlacz. Większość osób, dziś wymiatających w fotografii, z pewnością nie zapomniało, jak cudowne to jest uczucie, kiedy widzisz na ekraniku ciemność (wszystko jedno, czy w trybie podglądu, czy już w galerii po zrobieniu) i rozumiesz, że czeka cię niezwykła przygoda przy nauce tego wszystkiego.

W ostatnim czasie oglądam ogromne ilości filmików o fotografii, zarówno te teoretyczne, o ekspozycji, kompozycji, obróbce zdjęć czy długiej ekspozycji, jak i te bardziej inspirujące, o pasji konkretnych fotografów. Każdego dnia jestem o jedno ziarenko mniej amatorski. Jednym z pierwszych zdjęć, jakie zrobiłem w pełni manualnie, zarówno, jeśli chodzi o ekspozycję, jak i kręcąc pokrętłem od focusu w obiektywie, było zdjęcie takiego maciupkiego grudnika. Ola jest szczególnie dumna z tej rośliny, bo wyhodowała ją z pojedynczego ułamanego segmentu. A ja, mimo wszelkich skaz, które wasze wprawne oczy z pewnością wychwycą, będę miał do tego zdjęcia sentyment ze względu na to, że pierwszy raz jako tako wyszło mi coś, gdy pokrętło wskazywało „M”.

Chociaż zabawa manualnym focusem sprawia mi ogromną wręcz frajdę, w fotografii, która interesuje mnie najbardziej, czyli ulicznej, stosuję tryb półautomatyczny i autofocus. Strzelając „z partyzanta” nie ma czasu na ręczne kręcenie pierścieniem — ważniejszy jest moment niż kontrola nad parametrami. A ja, co tu dużo pisać, urodziłem się z naturą odkrywcy; muszę szwendać się, poznawać ludzi, a później o tym opowiadać, nic na to nie poradzę, nawet gdybym chciał. Fotografia uliczna pozwala mi uwiecznić kogoś bez przekłamań (obiektyw nie ma swojej opinii), a słowami dodatkowo naprowadzić na odpowiedni tor myśli. To otwiera przede mną zupełnie nowe możliwości.

Ostatnio przykładowo spotkałem mężczyznę stojącego niedaleko Zielonego Rynku na Przymorzu z gołębiem siedzącym na jego dłoni. Zbliżyłem się, a ponieważ mnie zobaczył, spytałem, czy mogę zrobić mu zdjęcie. Odpowiedział, że nie ma problemu. Niestety, gdy zrobiłem dosłownie pół metra do przodu, ptaszysko uciekło. „Tyle w kwestii mojego zdjęcia” — rzuciłem i już chciałem się oddalić, kiedy mężczyzna dodał: „Pan chwilę poczeka, on zaraz wróci”. I rzeczywiście, gołąb po chwili z powrotem wleciał mu na dłoń. Okazało się, że pan kiedyś go uratował, zajmując się jego ranami. Od tamtej pory ptaszysko za każdym razem, gdy go widzi, okazuje mu swoją wdzięczność. Pierzasty koleżka dostał na imię Terrorysta. Zresztą, mężczyzna podobno uratował więcej ptaków, z czego dwa kolejne noszą imiona Obama i Trump. W nazewnictwie można wyłapać pewien klucz.

Jedną z rzeczy, które mnie inspirują, są falowce i ich okolice, również architektonicznie, ale przede wszystkim mieszkańcy. W środku tych molochów, z których najdłuższy, ten przy ulicy Obrońców Wybrzeża, mierzący osiemset sześćdziesiąt metrów (nawet doczekał się własnego Demotywatora), mieszka naprawdę zróżnicowany przekrój ludzi. Stare małżeństwa. Samotni starcy. Młodzi, pracujący ludzie. Ludzie w średnim wieku. Studenci wynajmujący pokoje. Podobno w tym najdłuższym falowcu, przede wszystkim ze względu na ostatnią wymienioną grupę, dziś mieszka więcej osób, niż zakładano. Planowo, w ramach narzuconych przez ówczesną władzę niekorzystnych normatywów, miało być sześć tysięcy sześćset ludzi, a dziś ma mieszkać tam koło dziesięciu tysięcy. Wyobraźcie sobie, ile cudownych historii zamyka się w bryle tego budynku i w jego okolicach. Chciałbym móc kiedyś, chociaż część z nich opowiedzieć.

Bo falowce się kocha albo nienawidzi. Jedni mówią o nich jak o nieudanym eksperymencie społecznym, niemalże slumsach. Drudzy są zakochani w ich klimacie. Kiedyś spotkałem panią, która przez wiele lat mieszkała w falowcu, ale później córka i zięć poprosili ją, żeby „pilnowała” niemalże luksusowego apartamentu, jednego z dwóch, które małżeństwo kupiło z myślą o przyszłości swoich dzieci. Z miłości do córki pani się zgodziła, ale w tym nowym budownictwie męczy się niemiłosiernie. Nie może zrozumieć, dlaczego ludzie na klatce schodowej ze sobą nie rozmawiają. Dlaczego sąsiedzi się wzajemnie nie znają. Dlaczego każdy interesuje się tylko sobą. Pani teraz żyje w niemalże luksusowym apartamencie, ale cały czas myśli o tym swoim ciasnym mieszkanku w falowcu. „Wie pan, jak ja sobie tam pięknie urządziłam?” — mówiła. „A jaki ja piękny parkiet tam mam, wie pan, z takich cudownie staroświeckich. Jak ja tęsknię za tym parkietem”.

Albo jak któregoś dnia, pięć czy sześć lat temu, pod falowcem złapał mnie deszcz. Schowałem się wtedy w jednym z tych przejść, które co ileś klatek przechodzą na wylot przez budynek. Oprócz mnie była tam też grupa mężczyzn, niektórzy w średnim wieku, inni początkujący staruszkowie. Mieli takie porozumienie, że jak im duszno było w domu albo jak żony dawały w kość, albo coś innego gniotło duszę, to schodzili się i właśnie w tym przejściu zbierali się, na rozmowy i piwko. Dało się wyczuć, że początkowo to byli zupełnie obcy ludzie, sąsiedzi z różnych klatek, ale z czasem wytworzył się między nimi energia i wspólny rytuał. Żałuję, że wtedy nie miałem ze sobą aparatu, bo zwyczajna radość, jaka wtedy od nich biła, stworzyłaby fajne zdjęcie.

Tego konkretnego pana zobaczyłem, wracając do domu znad morza. Ćmił fajkę na galerii. Kiedy wymierzyłem w niego obiektyw, z początku się wycofał. Wtedy uśmiechnąłem się najmilej, jak potrafię, co spowodowało, że został, ale schował papierosa. Wyglądał na strachliwego człowieka, ale na moment się nieco otworzył.

Może to przypadek, ale zauważyłem u mieszkańców falowców i innych budynków Przymorza Wielkiego, jak choćby czteropiętrowych budynków nazywanych przez starych mieszkańców „morkami” (od nazwiska architekta, Janusza Morka), fascynację motywem wilków, z czym sympatyzuję ze względu na mój związek z Olą Wilk i ze względu na szacunek do niezwykłych dzikich zwierząt.

Oczywiście posiadanie fajniejszego sprzętu skończyło się również fotografowaniem tak zwanej codzienności. Kadrów z naszych spacerów po pewnej miejscowości, w której biegną dwie białe drogi, nazywane przez nas B1 i B2, usypane z jasnych kamieni, od biedy sprawdzających się jako otwieracze do piwa. Z wypadów do Łodzi. Z mojego szwendania się po Trójmieście. Lubię uwieczniać tak zwane zwykłe życie. Moment, w którym Ola przeskakuje nad dużą kałużą. Albo te piękne żółte kwiaty rosnące wzdłuż B1. Ślimaka, któremu Ola pozwala wejść na swoją dłoń. Albo tego psa, który zawsze wskakuje na budę, żeby szczekać na nas ponad płotem. Fragment tej świetnej rzeźby, która pojawiła się przy dworcu Łódź Fabryczna. „Tęsknię za tobą, Żydzie” napisane na murze OFF Piotrkowskiej. Sylwetkę jakiejś dziewczyny siedzącej przy oknie w naszej ulubionej łódzkiej knajpie, w Niebostanie.

Mam świadomość, że jestem zupełnym nowicjuszem, ale nie ukrywam, że totalnie mnie fotografowanie wciągnęło. Podpaliło moją wyobraźnię i odsunęło depresyjne myśli na bok. Gdyby ktoś chciał mi pomóc uniknąć wielu błędów, które z pewnością popełniam, zapraszam do mejlowania (michal@robmydobrze.pl) i komentowania — przyjmę każdą konstruktywną krytykę, a także wiedzę, która pomoże mi lepiej fotografować i obrabiając zdjęcia w Lightroomie.

Na koniec jeszcze tylko jedna myśl. Otóż mam taki nowy zwyczaj, że kiedy widzę świetny kadr, ale nie mam przy sobie aparatu, mrugam oczami, żeby kosmos wiedział, że to doceniłem. Ostatnio jak jechałem do pracy, w autobusie siedział tam taki chłopak — młody, czarne, krótkie włosy, styl bardziej dresowy, ale nie dresiarz. Trwał w bezruchu, z miną tak smutną i tak głęboką, jakby przemierzał w wyobraźni inne galaktyki. Piękne, niskie słońce spływało na jego twarz, a on tak po prostu trwał, wyglądając jakby właśnie jego myślowy wysiłek, trzymał tę planetę w całości. Bardzo żałowałem, że nie miałem przy sobie X-A10, a kiedy już wysiadałem, uważałem, żeby go nie szturchnąć i nie zaburzyć struktury wszechświata.

Gdyby ktoś chciał śledzić moje postępy, zapraszam na Tumblra i Instagrama. Zobacz, gdzie można kupić iks a dziesiątkę.

rzeczy, sprzęt

Autor,

Lubię słuchać ambientu podczas długich spacerów. Nie wychodzę z domu bez plecaka, w którym pomieszkują: latarka, papierowe magazyny, książki, zeszyty, no i mnóstwo papieru, żebym w każdej chwili mógł napisać kolejny list. Fotografuję wyłącznie analogiem, a mój telefon jest ode mnie głupszy. Zbieram płyty muzyczne, książki, skasowane bilety autobusowe. No i listy. Często wracam do tych archiwalnych, na nowo je czytając i oglądając wrzucone do kopert załączniki. Kocham ukorzeniać nowe roślinki, oglądać mapy i dotykać drzew. Znajdziesz mnie też na Fejsie i na Twitterze.

Jeden komentarz

  1. Aleksandra says

    A ja mam właśnie do falowców mieszane uczucia – z jesnej strony podoba mi się ten klimat, ale kiedy w trakcie poszukiwań stancji oglądałam pokój w jednym z takich budynków, wizja mieszkania tam powodowała u mnie straszny niepokój. Być może to zasługa klaustrofobicznych pokoików, a być może tych galerii, które z jakiegoś powodu nie wzbudzały mojego zaufania.

    Z drugiej strony – zdjęcia super! Co prawda moje zdanie nie ma specjalnego znaczenia, bo zdjęcia robię tylko swoim lichym telefonikiem i wszystko co trochę wykracza poza ten poziom wzbudza mój zachwyt… Ale jejku jej, zrobiłeś dobrze.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi