Wszystkie wpisy z kategorii rzeczy

Czaderskie kalendarze na 2018

Długo kazało na siebie czekać, ale w końcu jest!  Oddaję w wasze ręce zestawienie czaderskich kalendarzy na 2018 rok. Propozycje uzupełnienia wpisu o kolejne kalendarze zostawiajcie w komentarzach. Kalendarz „Hajman 2018” to trzynaście kart z hajmanowymi zdjęciami pochodzącymi z 2016 i 2017 roku, w dużej części wcześniej niepublikowanymi. Karty wydrukowane zostały na papierze niepowlekanym, matowym, w formacie 34×30 cm, całość usztywniono grubą litą tekturą. Jest też gratka dla kolekcjonerów — sześć sztuk zestawu, w którego skład wchodzi ręcznie wykonana teka zawierająca: kalendarz, sygnowane zdjęcia (format 30x20cm, 22×15, 15×10) oraz unikatowy instax. Zamawiać można mejlowo, pisząc na: hajmankalendarz@gmail.com. Cena kalendarza — 89 zł, zestawu — 400 zł. Z TYPOkalendarzem od Pan Bon Ton spędziłam rok 2017 i powiem, bez kokieterii, że jest fantastyczny. Kalendarz wydrukowano tradycyjnymi czcionkami na manualnych prasach drukarskich. W tym roku macie do wyboru wersję do powieszenia na ścianie oraz do postawienia na biurku. Ta druga z kaligraficznymi napisami, stworzonymi we współpracy z Hellocalligraphy. Biurkową wersję miałam w mijającym roku. Wygląda pięknie, jest idealna dla osób, które co roku kupują sobie kalendarze notesowe z mocnym postanowieniem regularnych wpisów, a kończą na zapisanych kilku stronach. Kalendarz Pan …

Dzięki Nintendo Switch wróciła mi frajda z grania! Poznajcie moje wrażenia

Od kilku tygodni posiadam Nintendo Switch, czyli najnowszą hybrydową konsolę gier japońskiego giganta. We wpisie wyjaśnię, dlaczego zdecydowałem się akurat na Switcha, a także podzielę się wszelakimi wrażeniami. DLACZEGO AKURAT SWITCH? Bo szalenie dobrze wspominam czasy zadręczenia padów Pegasusa. Oczywiście wtedy nie miałem pojęcia, że jest to jeden z tak zwanych „famiclonów”, czyli podróbek NES-a. Polska była biedna, a ja byłem dzieckiem — to, co się wtedy liczyło, to trudna do opisania frajda, jaką dawały tamte gry. Każdy pocisk wystrzelony w „Contrze” (1988), każdy goomba podeptany w „Super Mario Bros.” (1985), każdy czołg zniszczony w „Tank 1990” (podróbie „Battle City” wydanej w 1990 roku), każda drabinka pokonana w „Donkey Kongu” (1986), każda puszka szpinaku zjedzona w „Popeye’u” (1983). Jak dla mnie, druga połowa lat osiemdziesiątych i pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych to były złote lata gier. Tak, to prawda — pojemność kartridżów i wydajność ówczesnego sprzętu narzucały bardzo rygorystyczne limity, przez co postacie sterowane przez konsolę musiały być głupiutkie, mapy zwarte, a pomysły na treści mocno selekcjonowane, jednak to motywowało twórców do tworzenia tytułów wyrazistych i …

Dostaliśmy bezlusterkowca Fujifilm X-A10. Oto pierwsze wrażenia i garść zdjęć, które zrobiłem

Przysłona, migawka, ISO, ekspozycja, ogniskowa — jeszcze do niedawna te terminy rozumiałem tylko teoretycznie. Nigdy wcześniej nie miałem sprzętu, dzięki któremu mógłbym pobawić się nimi w praktyce. To się jednak zmieniło za sprawą pewnego kociarza Mieszka, który, z ramienia agencji, zaproponował nam fajną współpracę. Otóż niedawno kurier przywiózł nam uroczy kuferek, wewnątrz którego był aparat cyfrowy z wymienną optyką, czyli tak zwany bezlusterkowiec. Mowa o modelu X-A10 debiutującym w grudniu 2016 roku jako „najtańszy bezlusterkowiec od Fujifilm”, z wyglądu piękniutkim, ze specyficznym dla tej marki powrotem do retro dizajnu. Teraz zdradzę swoje pierwsze wrażenia i pokażę zdjęcia, które z jego pomocą zrobiłem. Zanim wziąłem ten sprzęt do rąk, zdążyłem poczytać teksty i pooglądać filmiki o trójkącie ekspozycji, jeśli chodzi o teorię, ale nic więcej — reszta była dla mnie absolutną czarną magią. Później wreszcie chwyciłem aparat, zamontowałem kitowy obiektyw, Fujinon XC 16-50mm f/3.5-5.6 OIS II, i zacząłem się bawić. Przekręciłem na tryb manualny i spojrzałem na ekranik (X-A10 nie ma wizjera, więc fotografujesz dzięki trzycalowemu LCD z podglądem na żywo). Na wyświetlaczu zobaczyłem zupełną ciemność. Co prawda …

„La Cité” — nowa seria wazonów Malwiny Konopackiej

Już trzeci raz pokazuję wazony Malwiny Konopackiej. Za każdym razem chodziło o tę samą podstawę, projekt o wdzięcznej nazwie „Oko”, czyli prosty, choć bardzo charakterystyczny kształt, wysoki z okrągłymi wgłębieniami imitującymi oczy. To, co różniło kolejne odsłony to sposób pomalowania wazonów — najpierw były serie „Kobalt” i „Gld/Pltna”, pierwsza pokrywana kobaltem, a druga płynnym złotem i platyną, potem seria „Jungle” i jej chromowa zieleń. Dziś chciałbym pokazać serię najnowszą, czyli „La Cité”. Seria została zainspirowana połączeniem elementów przyrody i Unité d’Habitation, czyli tak zwanej jednostki mieszkaniowej, modernistycznego budynku koncepcji Le Corbusiera (pierwszy taki budynek, „Cité Radieuse”, miasto promieniste, został zbudowany w latach 1947-1952 w Marsylii). Za zdjęcia, które tu widzicie, odpowiada Kasia Bielska. Strona artystki na tę chwilę nie wspomina nic o możliwości kupienia wazonów. Malwinę możecie obserwować na Fejsie i na Instagramie, a także zaglądać na jej stronę.

O domowej dżungli. Czyli pięć polskich marek, u których znajdziesz najpiękniejsze doniczki i kwietniki

Jest wiosna, a to najlepszy czas, żeby zadbać o swoje domowe dżungle. Praca z roślinami i ziemią to jedno z najbardziej odstresowujących mnie zajęć i również uzależniających. Zaczynasz od czterech kwiatków swobodnie mieszczących się na parapecie, a po roku okazuje się, że masz tyle roślin, że nie wiesz, w co je przesadzać i gdzie je stawiać. Już kiedyś pokazywałam wam kilka marek, w większości zagranicznych, tworzących produkty, dzięki którym możemy w ciekawy sposób wyeksponować domowe rośliny, tym razem zebrałam dla was produkty z Polski. Doniczki, kwietniki i osłonki, które znajdziecie w tym wpisie, są zarówno świetnym elementem wystroju, jak i pomocnym, w przypadku, gdy wydaje ci się, że kolejną doniczkę możesz sobie postawić co najwyżej na głowie. BUJNIE Bujnie to marka, która nie tylko ma fajną nazwę i przyciągające uwagę logo, ale także marka, która tworzy piękne i funkcjonalne stojaki oraz kwietniki dla roślin. Idealne, kiedy na parapetach i półkach brakuje już miejsca. Minimalistyczna forma, wysokiej jakości materiały i ręczne wykonanie — to główne zalety. Za Bujnie stoi para: Szymon i Iza, których przygoda z …

Plantarium Kamili Ciszek. Czyli stacja kosmiczno-botaniczna dla oplątw i sukulentów

Robiłam śniadanie, kiedy Michał próbował policzyć wszystkie moje roślinki. Wiedziałam, że nie jest to łatwe zadanie, bo sama kiedyś próbowałam, bez rezultatu. Spora doniczka kaktusów na małym stoliku. Dwie ławy i cały parapet zastawiony gęsto doniczkami różnej wielkości. Mnóstwo roślin na podłodze w różnych zakątkach pokoju. I spora doniczka zaczepiona nad oknem, z której zwisała bardzo długie i bujne Epipremnum złociste. Jest sporo dorosłych osobników, ale zdecydowana większość to młodziutkie sadzonki żyworódki, nad której rozmnażaniem już dawno straciłam kontrolę. Nie zdziwiło mnie wcale, gdy wracając do pokoju z talerzem kanapek i kawą usłyszałam bezradny głos Michała: „Próbowałem, ale zgubiłem się przy trzystu osobnikach, za to doliczyłem się ponad pięćdziesięciu doniczek”. Większość mojej domowej dżungli stanowią wspomniane już żyworódki, które w postaci czterech ledwo od ziemi odrastających kurduplów Michał wiózł do mnie przez pół Polski. Mam też wyciągniętą ze śmietnika monsterę i kilka roślin odebranych interwencyjnie, za rażące niedbalstwo. Cudownie jest patrzeć, jak odżywają. Jakieś sadzonki dostałam od sąsiadki, która za każdą nawet najdrobniejszą przysługę, czuje wewnętrzny przymus odwdzięczenia się, a odwdzięcza się często właśnie roślinami. …

O bieliźnie seksownej i zmysłowej. Pięć polskich marek

Ostatnie kilka godzin przeglądałem sesje zdjęciowe polskich marek bieliźniarskich (nie żebym jako heteroseksualny samiec przy tym ucierpiał!), poszukując takiej, która podoba mi się najbardziej – seksownej, ale też zmysłowej i w jakiś sposób oryginalnej. Takiej, że jak facet o moim guście ją zobaczy, to wpada w amok, w trakcie którego obija się od ścian, próbując sobie przypomnieć, w którym kierunku jest jego partnerka. LE PETIT TROU Jeśli chodzi o Le Petit Trou („małą dziurkę”) to przede wszystkim, mają najlepszą sesję ze wszystkich pięciu marek, które się tu pojawiają. Zdjęcia są wysokiej jakości, modelka jest ładna i przede wszystkim bardzo charyzmatyczna, otoczenie fotogeniczne – to wszystko składa się na bardzo udaną sesję, równocześnie seksowną i sympatycznie zabawną. Te dwie ostatnie cechy to zresztą najlepsze podsumowanie tej marki – dużo seksapilu, szczypta humoru. „Le Petit Trou stworzyłam z potrzeby posiadania bielizny zmysłowej, pięknej i wygodnej – innej niż ta dostępna na rynku” – pisze Zuzanna Kuczyńska, autorka marki. Do kupienia w Showroomie. CHARLOTTE ROUGE Charlotte Rouge jest zdecydowanie najszerzej znaną polską niezależną marką bielizny, z Fejsem obserwowanym …

Sote — subtelna biżuteria dla świadomych siebie kobiet

Jest ich dwoje — Elena i Janek, poznali się na studiach, zakochali, pobrali i zaczęli razem robić biżuterię pod marką o nazwie Sote. Dlaczego biżuterię? „Nasze zainteresowanie wzięło się z dużej sympatii do małych przedmiotów, pracy w warsztacie z naturalnymi materiałami i radości, jaką sprawia nam badanie formy. Założyliśmy markę, ponieważ już od samego początku pracując w tej dziedzinie, nasze projekty cieszyły się dużym zainteresowaniem i mieliśmy wiele zamówień. Uznaliśmy, że korzystając z wiedzy i doświadczeń z obszaru projektowania produktu możemy wnieść wiele nowego do świata biżuterii, który w świadomości ludzi często postrzegany jest jako nadmiernie ozdobny, oderwany od codzienności i nie do końca poważny. W każdym kolejnym wzorze poszukujemy czegoś nowego, starając się tworzyć przedmioty przyciągające, które działają na emocje, a obcowanie z nimi sprawia przyjemność. Jednocześnie zawsze dbamy o to, by forma naszej biżuterii w naturalny sposób komponowała się z ciałem i była dodatkiem, który swobodnie można mieć na sobie niemalże w każdej okoliczności”. Poznajcie Elenę i Janka Lewczuków: Gdy Janek był mały, uwielbiał rysować samochody, z biegiem czasu ta pasja rozwinęła się …

Oto piękne polskie piwa #3

Z radością obserwuję, że coraz większa część polskiego kraftu i browarów regionalnych zaczyna stawiać na dobry projekt. To już trzecia część tego zestawienia, co samo w sobie jest dowodem na to, co właśnie napisałem. OSTECX CRÉATIVE Zacznijmy od etykiet Ostecx Créative, ekipy z Poznania, która swoimi szalenie kreatywnymi szczękami wgryzła się w całkiem pokaźny kawał etykiet polskiego kraftu. Ich projekty pokazywałem już w pierwszym odcinku, zobaczmy, co zmajstrowali od tego czasu. Najpierw owoc ich współpracy z ilustratorem Karolem Banachem, czyli sosnowe APA z Browaru Fortuna. Mam nadzieję, że będzie dalszy ciąg, bo banachowy styl jest świetny na etykiety! Teraz świetna seria „Piotrek z Bagien”, którą zrobili dla browaru Jan Olbracht z kupionych gdzieś rycin. Lazy Barry, czyli american grodzisz z AleBrowaru (w kooperacji z browarem Nepomucen). I jak zwykle w przypadku tego browaru, ilustrował Łukasz Belcarski. Seria dla browaru Gloger z ilustracjami Marii Mileńko. B-Day, czyli piwo kooperacyjne z okazji urodzin browarów AleBrowar i Pinta, w dwóch wariantach — Lądowanie w Bawarii (weizen IPA) i Przewrót Mleczny (double chocolate milk stout). DAWID RYSKI / STAN …

Melancholia — piękna biżuteria w obiektywie Mateusza Hajmana

„Melancholia”, greckie μελαγχολια — zasmucenie związane ze wspomnieniami, z tęsknotą za czymś nieokreślonym, dawniej medyczne określenie depresji. Na renesansowym miedziorycie Albrechta Dürera melancholia łączona jest z geometrią, próbą skonstruowania czegoś, w tamtym wypadku akurat budowli. Te właśnie elementy — sztuka, filozofia antyczna i geometria — spotykają się w działaniu Melancholii, polskiej marki jubilerskiej. Uwielbiam wszelkie przedsięwzięcia, nie tylko zresztą marki, które są tak spójne i tak dobrze zrobione. Kiedy za nazwą stoi jakiś pomysł. Kiedy logotyp jest nieprzypadkowy. Kiedy same twory/produkty z jednej strony są zróżnicowane, ale z drugiej strony, połączone jakimś przemyślanym kluczem. Melancholia ma to wszystko. Nazwę tłumaczą tak: „Osobliwy stan ducha, zwany melancholią, to poczucie straty, ale straty stymulującej, jak twierdzi Arystoteles, do twórczego jej przezwyciężenia. Choć tego, co stracone, nie odnajdziemy w pełni i w pierwotnej formie, możemy restytuować te fragmenty myślenia symbolicznego, które przetrwały w kulturze. Jest także melancholia stanem regresji — powrotu do początków myślenia, dekonstruowania skrystalizowanych koncepcji. Jest jak nigredo — ostatni etap alchemicznych zmagań, podczas którego substancja zredukowana zostaje do pierwotnego i amorficznego stanu, w którym tkwi …