Wszystkie wpisy z kategorii twórczość

O sesji „Indian Ghosts” Wiktora Franko

„Seria »Indian Ghosts« powstała w jednym z ważniejszych dla mnie miejsc” — napisał mi Wiktor Franko. — „W Michałowicach, miejscowości położonej w górach, z której roztacza się piękny widok na pasmo Karkonoszy. Ilekroć planuję wyjazd w to magiczne miejsce, w głowie układam pomysł na kolejną serię fotograficzną. W maju zeszłego roku przechodziłem silną fascynację naturą, jej rdzennym charakterem, pierwotnością instynktów, mistycyzmem i duchowością — te wszystkie elementy idealnie złożyły mi się na indiańską opowieść, w której mógłbym dotknąć każdego z tych tematów. Uwielbiam fotografować przy naturalnym świetle, szczególnie gdy słońce znajdzie się już za horyzontem, wtedy nastaje niepowtarzalna atmosfera spokoju, tajemnicy, dlatego też te zdjęcia powstały właśnie o tej porze dnia. Dodatkowym, a raczej głównym źródłem światła było jednak rozpalone ognisko, wokół którego tańczyła i odprawiała indiańskie modły Malwina. Wyzwaniem technicznym było dla mnie zbalansowanie szybko zachodzącego światła słonecznego ze światłem z ogniska — na główny trzon zdjęć miałem dosłownie piętnaście minut”. Ale jak sami widzicie, ten kwadrans wystarczył, żeby zrobić świetne zdjęcia — klimatyczne i wciągające. Niektóre z nich niosą ducha wolności, twórczej energii, …

„Najważniejszy w plakacie jest przekaz”. Maks Bereski o plakacie i Plakiacie

Nazywa się Maks Bereski, choć pewnie część z was mijając go na ulicy, krzyknie: „Cześć, Plakiat!”, bowiem z tego internetowego projektu, w którym pokazuje własne, alternatywne wersje plakatów filmowych, jest najbardziej znany. Wikipedia wymienia go wśród kontynuatorów Polskie Szkoły Plakatu. Jest to dla niego powód do dumy, ale on sam chciałby zostać zapamiętany: „[…] jako ktoś, kto starał się zmienić pewien zły nawyk pójścia na łatwiznę w plakacie”. Jego przygoda z plakatem zaczęła się na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika — „[…] od momentu, gdy jako młody student poszukiwałem własnego wizualnego języka, by móc przelać odczucia i kłębiące się pomysły na papier. Zaczytywałem się wówczas w brytyjskim filmowym magazynie »Empire«, gdzie swe prace przez niedługi czas prezentował Olly Moss. Zainteresowałem się również Polską Szkołą Plakatu, do której dziś jestem przyrównywany, co jest bardzo miłe i nobilitujące. Był to fantastyczny okres w historii projektowania, intelektualnie stymulujący dla odbiorcy, jak i plakatowej konkurencji. Ponieważ z natury jestem buntownikiem i nie przepadam za »masówką« i komercją, ponieważ lubię poszukiwania, wpadłem na pomysł, by rozpocząć coś, co …

Big Poster Zin — „To ja, Narcyz się nazywam”

„Panie, kiedyś to były plakaty” — usłyszał Grzegorz Myćka od ekspedientki sklepu spożywczego, która podpatrzyła w rękach swojego klienta czasopismo otwarte akurat na stronie z artykułem o nowej fali plakatu polskiego. Cieszy to bardzo, że ludzie jednak doceniali tamten styl, ale jakby się tak dobrze rozejrzeć, to dzisiaj młody plakat ma się nieźle. Postara nam się to przybliżyć wspomniany wyżej Grzegorz Myćka oraz jego kolega po fachu Bartosz Mamak. Ta dwójka pasjonatów i twórców plakatów, doktorantów na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, powołała do życia grupę artystyczno-projektową Big Poster. „Cała inicjatywa ma na celu przyjrzenie się zjawisku nowego, młodego plakatu polskiego w kontekście współczesnych realiów projektowania graficznego” — dowiemy się z ich strony internetowej. Zin, którego pierwszy numer trzymam właśnie na kolanach, jest najważniejszym element całej inicjatywy. A jej podsumowaniem będzie katalog oraz cykl wystaw wybranych projektów. Big Poster Zin to niskonakładowa publikacja, wydawana w formie składanej książeczki. Po rozłożeniu na jednej stronie znajdziemy zbiór wyselekcjonowanych projektów z informacją o autorach oraz tekst krytyczny. Druga strona to plakat w formacie 98 × 68 cm, który można …

„Bardou — Two Wolfs”, czyli druga animacja Anny Chrzanowskiej

To już druga animacja Anny Chrzanowskiej, jaką pokazuję na blogu. Poprzednim razem była to „Chick Chaser”, żartobliwa opowiastka o nieporadnym „łowcy lasek”, ratującym kobiety z opałów w nadziei na płomienny romans. Tym razem otrzymujemy „Bardou — Two Wolfs”, historię znacznie poważniejszą, uczuciową i piękną, zbudowaną na dobrze znanym schemacie: jest stare, stworzone niegdyś z dobrymi intencjami, ale już przeterminowane, hamujące rozwój, więc musi przyjść nowe — aktualne i nastawione na przyszłość. „Pomysł na animację zrodził się w głowie sam” — opowiada autorka. „Trochę to trwało, zanim się w pełni ukształtował, ponieważ już rok przed rozpoczęciem pracy nad dyplomem miałam zalążek. Główną inspiracją jest oczywiście »Pocahontas« od Disneya. Zaczerpnęłam z tego filmu kolory, a dokładnie z jednej sceny. Jestem bardzo pod wrażeniem piosenki »Dzicy są«, kiedy kolory całkowicie się zmieniają, Indianie mają ciepłe róże, pomarańcze i fiolety, a tło jest w ciemnych błękitach. Świetnie to ze sobą kontrastuje. I tak zainspirowana tym postanowiłam zrobić wielkie różowe ognisko, które jest jedynym źródłem światła, a cienie i drzewa są ciemnobłękitne, dzięki temu kolorystyka jest ograniczona, ale spójna”. „Tym …

Nastrojowa sesja od duetu Biały Kadr nad Zalewem Mietkowskim

Podoba mi się ta sesja, bo z jednej strony, oczywiście, że jest pozowana, ale z drugiej — ze względu na urokliwe miejsce i utrudnione okoliczności, bije z niej też coś takiego mimo wszystko spontanicznego, jakby to rzeczywiście był fotograficzny zapis mikroprzygody. Jako człowiek, który jod wdycha przez cały rok, nie pozostałem obojętny klimatowi tej mokrej sesji, nawet jeśli pokazuje tylko zalew, czy — jak kto woli — „dolnośląskie morze”, Jezioro Mietkowskie. W kadrach tych znajdziecie bardzo dużo wody, roślinności, łódek i jachtów, a na tle tego wszystkiego, piękną, fotogeniczną modelkę. Cudowny klimat tych zdjęć, a także ich niezwykła uroda techniczna (kolory, rozmydlenie, rozjaśnienie) podbiły moje serce, a świetne gify jedynie poprawiły efekt. „Nazywamy się Dorota i Piotr” — napisali autorzy sesji. „Jesteśmy parą w życiu oraz wspólnie fotografujemy. Głównie zajmujemy się fotografią ślubną. Sesja odbyła się mocno spontanicznie, spotkaliśmy się nad Zalewem Mietkowskim. Baliśmy się, że pogoda pokrzyżuje nasze plany. I rzeczywiście w trakcie sesji padało, na szczęście nie zrezygnowaliśmy. Wręcz przeciwnie — deszcz nas zainspirował”. Sesja powstała przy użyciu dwóch Nikonów — D750 z …

„White Bird” — piękna sesja Katarzyny Czerniak

Fotograficzne połączenie roznegliżowanych kobiet i kwiatów niezwykle łatwo sknocić. Internet jest świadkiem ile tego typu sesji, zamiast poetyckością i prostym pięknym, epatuje pretensjonalnością i nieznośnym kiczem. Kiedy jednak ten motyw ująć dobrze, z wyczuciem i dobrym okiem, przy udziale modelki lubiącej się z obiektywem i fajnego analoga, otrzymujemy efekt przepiękny. Taki, który po raz enty udowadnia, że nie ma w tym świecie nic piękniejszego, niż naturalne kobiece ciało. Przykładem tego jest niniejsza sesja autorstwa Katarzyny Czerniak. „Zdjęcia wykonane były bardzo spontaniczne, podczas tworzenia zupełnie innego konceptu” — zdradza autorka. — „Poprosiłam wtedy moją znajomą, aby pozowała mi przy przepięknym wtedy kwitnącym owocowym drzewie. Była wiosna, pachniało cudownie kwiatami, a za nami było ogromne pole rzepaku. To był moment, chwila ulotna, podczas której wyjęłam z torby mojego Zenita TTL z Heliosem 58/2 i filmem Kodaka ColorPlus. Serię tych kilku portretów nazwałam »White Bird«, bo postać ze zdjęcia kojarzy mi się z białym ptakiem, kruchym, delikatnym i ulotnym jak ta chwila”. O sobie mówi tak: „Mam dwadzieścia siedem lat, pochodzę i mieszkam aktualnie w Poznaniu. Niedawno wróciłam …

Czy centra handlowe są oazą dla matek? O „Jak pokochać centra handlowe” Natalii Fiedorczuk-Cieślak

Lubię obserwować ludzi na Instagramie, to moje wstydliwe hobby. Oni różnią się od tych z rzeczywistości, są jednocześnie mniej prawdziwi i bardziej sobą. Co to znaczy? Już wyjaśniam. Masz przed sobą Instagram młodej modelki, która zaczyna karierę — spodziewasz się mnóstwa selfie i zdjęć z sesji. Spodziewasz się, że jest pewna siebie, może nawet lekko arogancka. Wie, że faceci patrzą na nią z pożądaniem, a kobiety z zazdrością. Z zaskoczeniem odkryjesz, że ilość zdjęć jej kota, przyjaciół i miasta, w którym mieszka jest zdecydowanie większa niż ilość zdjęć z ręki, czy wykonanych w zachwycającym anturażu przez utalentowanych fotografów. Kobieta, na co dzień pani kierownik, surowa, wymagająca i zimna, zawsze elegancka i, jak ci się wydaje, zbyt poważna, żeby do sklepu iść na pieszo, publikuje swoje zdjęcie, gdzie siedzi na śniegu w stroju narciarskim z zamyśloną miną, w tle góry. Powiecie, że to tylko na pokaz, ale ja wierzę, że ta chwila „słabości” — zamyślenia, nie była planowana, a dzielenie się nią, to próba niezatracania siebie w pozie wymagającej szefowej. Nie wierzę, że nie ma ludzi, …

Za czym tęskni Marcin Wicha? Czyli o książce „Jak przestałem kochać design”

W gdańskim Brzeźnie stoi billboard osiedlowego baru mlecznego reklamującego się hasłem: „Zobacz jak bardzo urosły nam piersi”. „Logo też mają całkiem w cipkę” — zauważyła czytelniczka, kiedy Michał podzielił się na naszym fanpejdżu zdjęciem tej wątpliwej jakości reklamy. Patrząc na takie projekty, nie dziwi mnie, dlaczego Marcin Wicha przestał kochać dizajn. Ku chwale podobnych perełek powstają społeczności zrzeszone na Grafik płakał jak projektował, Brief — co znosi psychika grafika, Polska Szkoła Plagiatu, wyrazem tej frustracji jest też książka Wichy — projektanta, którego estetyczny gust kształtował się od najmłodszych lat za sprawą ojca, cenionego architekta, Piotra Wichy. „Zmarnowałem dzieciństwo i młodość. Nie słuchałem Stonesów ani Depeche Mode. Moimi rockmanami byli graficy” — wyznaje z przekorą autor. I dlatego jest jedną z najbardziej odpowiednich osób, które mogą opowiedzieć o tym, co działo się i nadal dzieje, co było, i jest, złego, a co dobrego w dizajnie. Książka to zbiór historii często w postaci krótkich anegdot, które spotkały Marcina Wichę. Najpierw w domu rodzinnym — życie z ojcem estetą i idealistą czasem może być trudne, często pouczające, ale …

Czy kobiety mają do powiedzenia więcej niż mężczyźni? „Kaprysik” Mariusza Szczygła

Są trzy rzeczy, które zawsze poprawiają mi humor: słodko-słony smak, spacer nad morzem i pies liżący mnie po nosie. Do tej listy dopisuję „Kaprysik” Mariusza Szczygła. To króciutka i przyjemna lektura na wieczór — zbiór reportaży, których wspólnym mianownikiem są kobiety. „Jak wiadomo, kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Uważam, że ludzkość nie robi z tego zjawiska wystarczająco dobrego użytku” — pisze we wstępie autor, po czym robi użytek z damskich historii i zbiera je w sześćdziesięciostronicowej książeczce z różową okładką i o wdzięcznym tytule „Kaprysik”. Jeśli myślisz, że infantylnie — pewnie masz rację. Ale kobiety (tak jak mężczyźni) bywają czasem infantylne i o ile nie dzieje się to bez przerwy i nie przybiera rozmiarów rozpuszczonego dziecka, nad którym nie można zapanować, jest to nawet rozczulające. Tak jak historie, które opowiada Szczygieł. Jest reportaż o kobiecie, która przez prawie sześćdziesiąt lat zapisywała szczegółowo i bardzo rzeczowo, co robiła każdego kolejnego dnia życia. Zeszytów zapisała ponad siedemset. Znajdziecie opowieść o Annie, która od 1991 roku, od dnia, gdy potrzebowała zdjęcia dyplomowego, regularnie odwiedza szczeciński zakład …

Co się wydarzyło w martwej dolinie? O „Martwej dolinie” Franka Westermana

Jakie są twoje wieczorne rytuały? Czytasz książkę, robisz sobie herbatę, przesuwasz palcem po kolejnych aplikacjach w telefonie, oglądasz telewizję, zasypiasz? Poranki również mają swój stały rytm. Po przebudzeniu bierzesz prysznic, parzysz kawę, gapisz się w okno, przeglądasz gazetę, włączasz radio, szykujesz się do wyjścia. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że gdzieś między twoim myciem zębów przed snem i parzeniem kawy przed wyjściem z domu, być może w momencie, kiedy gasisz nocną lampkę lub kiedy śnisz o przepisie na emememsy otrzymanym od czteroletniego syna sąsiada, na innym kontynencie umiera prawie dwa tysiące ludzi, kilka tysięcy zwierząt, wszelkie życie poza roślinnością i nikt nie wie dlaczego? Ta tragedia wydarzyła się naprawdę w nocy z 21 na 22 sierpnia 1986 roku w dolinie Nyos w Kamerunie. Większość ofiar wyglądała jakby zmarła we śnie, domostwa nie były zniszczone, dolinę okryły martwe ciała ludzi, zwierząt, a nawet owadów. Pierwsze doniesienia dotyczące tragedii mówiły o uwolnieniu się z jeziora chmury trujących gazów i uduszeniu wszystkich istot żywych, które znalazły się w jej zasięgu. Ustalaniem przyczyn tragedii zajęli się naukowcy z …