plakaty, twórczość
Skomentuj

Plakaty typograficzne nie muszą być nudne. O Krzysztofie Iwańskim

Spacerując ulicami Łodzi, nie sposób nie natknąć się, na któryś z jego plakatów. Krzysztof Iwański w łódzkim środowisku kulturalnym jest artystą z już wyrobioną marką, a jego plakatami sygnowane są najciekawsze festiwale i wydarzenia w tym mieście. Instytucje, z którymi współpracuje, darzą go zaufaniem na tyle, by dać mu wolną rękę i nie wtrącać się w proces tworzenia. Swoimi projektami przekonał mnie, że plakaty typograficzne mogą być ciekawe, mogą przykuwać wzrok. Mogą wywoływać chęć wyciągnięcia z kieszeni telefonu, tylko po to, żeby zrobić zdjęcie. Mogą też sprawić, że zaczniemy szukać podpisu autora, żeby go sobie później wyguglować. Tak właśnie wpadłam na Iwańskiego.

Jest absolwentem łódzkiej ASP, dyplom bronił na Wydziale Grafiki i Malarstwa. Zaczynając studia, nie wiedział jeszcze, że za kilka lat połowa miasta, w którym się wychował, obklejona będzie jego pracami. „Nie planowałem zajmować się plakatem, nic nie planowałem. Pojęcie plakat pojawiło się jakoś nagle, ale bardziej w perspektywie sitodruku niż faktycznie plakatu wykonanego na zlecenie. To dość zabawne, ale na łódzkiej ASP każdy arkusz papieru z nadrukowanymi literami lub cyframi (głównie w pracowni sitodruku, z którą byłem bardzo związany) nazywany był plakatem. Dlatego z czasem przestałem robić grafiki na sicie, a zacząłem robić plakaty, choć z plakatem jako takim nie miały nic wspólnego” — opowiada. Przełomem okazały się dwa wyróżnienia: na pierwszym Biennale Plakatu w Chicago i na studenckim biennale grafiki w Poznaniu. Wtedy wybrał kierunek. I ten wybór zaprowadził go do pracowni, gdzie obecnie projektuje swoje plakaty. Gdzie, wycina, skleja, nakleja, drze, maluje, rozlewa farbę i drukuje na sicie gotowe projekty. A jest ich w jego portfolio całkiem spora kolekcja. Pamiętam, że w pewnym okresie, jakieś kilka miesięcy temu, sprawdzając rano mejle, średnio co tydzień dostawałam powiadomienie z Behance: „Krzysztof Iwański published a new project. Take a look…”. „Co ten Iwański” — myślałam wtedy — „w ogóle nie wychodzi z pracowni?”. Ale klikałam. Za każdym razem. I było warto, bo każdy jego plakat był dla mnie niespodzianką. Czasem się zastanawiałam — ile można mieć pomysłów, na plakat typograficzny? W końcu zaczną być przewidywalne. Ale każdy kolejny projekt Iwańskiego, udowadniał, że byłam w błędzie.

Jak już wspominałam, centralnym elementem jego prac jest typografia. Typografia, którą jeszcze do niedawna traktowałam trochę po macoszemu, ale od pewnego czasu zaczynam się krzywić, kiedy niepostarane napisy psują dobry projekt. Typografia, która — jak zauważyłam — jest znakiem charakterystycznym dla łódzkiego plakatu. Utwierdziła mnie w tym wystawa plakatów studentów łódzkiej ASP, którą jakiś czas temu widziałam w klubie Szafa. O ile dobrze pamiętam, wszystkie były typograficzne. Zapytałam Krzysztofa, czy faktycznie Łódź słynie z liter. „Niewątpliwie jest to cecha wspólna dla łódzkiego plakatu. Duże znaczenie miał silny wpływ konstruktywizmu oraz idea Bauhausu. Dla mnie cała zabawa z typografią zaczęła się, gdy mój ojciec przyniósł do domu wydruk plakatu poświęconego setnej rocznicy urodzin Strzemińskiego, potem kolejno »Hommage a Katarzyna Kobro«, Kandinskiego, Warhola i Lennona. Powiem tak, nie da się nie pokochać literek po zobaczeniu czegoś takiego” — odpowiedział. Tutaj chyba należałoby wspomnieć, być może nie wszyscy wiedzą, że Krzysztof jest synem cenionego w Polsce i za granicą twórcy plakatów Sławomira Iwańskiego profesora łódzkiej ASP i filmówki. Nic więc dziwnego, że złapał bakcyla i pokochał plakaty. A dlaczego właśnie plakaty — „zupełnie inna jest żywotność plakatu a na przykład obrazu czy rzeźby. Plakat ma za zadanie, zwrócić naszą uwagę na krótką chwilę i już. I to właśnie jest fascynujące, ta lekkość plakatu, świadomość, że to tyle, kawałek papieru z określoną datą ważności. Nie ma tej całej »religijnej« otoczki jak malarstwo” — wyjaśnia.

Krzysztof Iwański w swoich pracach łączy dynamizm i spontaniczność z uporządkowaniem i harmonią. Silny wpływ na jego twórczość ma wspomniana już przez niego stylistyka konstruktywistów, neoplastycyzm i tradycje Bauhausu. Abstrakcyjne, geometryczne, zminimalizowane formy to język jego plakatów, które zdecydowanie bardziej zwracają się w stronę nowoczesności niż tradycji Polskiej Szkoły Plakatu. I w tym przypadku muszę przyznać, że nie jest to wadą, wręcz przeciwnie, Iwański odnalazł swój własny, rozpoznawalny styl, który trudno pomylić. Dzięki takim artystom zabawa w „czyj to plakat?” staje się dużo łatwiejsza.

Zanim pojawił się plakat „Between fiction and reality”, moim ulubionym projektem Krzysztofa Iwańskiego był „Bobby the unicorn”, a zanim pojawił się „Bobby…”, plakat „Do odcięcia”. Urzekła mnie również egzotyka „Polówki 2014”, a że szaleję za psami, to nie mogłam się napatrzeć na serię plakatów „Sound Attack” (żałowałam tylko, że nie było wersji z psem rasy husky). „Rok Karskiego”, „Moon Shine”, „Złodzieje Rowerów”, „Vazio” to moje kolejne typy, jest ich więcej, ale długo by wymieniać.

Bardzo podoba mi się jak łączy czarno-białe elementy z tymi w żywych, często jaskrawych kolorach. Robi to z ogromnym wyczuciem jak w „Klubie Kuriera”, „Muszynie 2013”, czy wspomnianym już „Roku Karskiego”, ale są też prace, gdzie koloru używa z dużym rozmachem: „Polówka 2014”, „Yapa 2015”. Druga rzecz, za którą cenię plakaty Iwańskiego, to połączenie obrazu i liternictwa. Rzadko gdzie można spotkać, tak zręcznie przemyślane kompozycje. Litery i obraz nie tylko idealnie do siebie pasują, ale wręcz się uzupełniają. Jak wyjątkowo dobrze dobrane małżeństwa. Jest wiele plakatów, w których sama grafika spokojnie mogłaby istnieć bez napisów, ale nie w plakatach Iwańskiego. Tutaj napisy są elementami graficznymi na równi z obrazem.

Warto również zwrócić uwagę na to, jak powstają jego plakaty. „Myślenie o projekcie zaczyna się od techniki sitodruku. Jak pisałem, plakat w moim przypadku zaczął się od szablonu sitodrukowego i tak już zostało. Bardzo dużą ilość plakatów produkuję sam. To daje mi niesamowitą kontrolę nad ostatecznym wyglądem, mogę wybrać papier, rodzaj farb, ewentualne bajery drukarskie. To nadaje końcowemu efektowi zupełnie inną energię. Można na bieżąco modyfikować projekt dodawać lub odejmować elementy i co najważniejsze nadać całości poczucie ładnie wyprodukowanej rzeczy. To niepowtarzalne uczucie, gdy trzyma się w ręku plakat wydrukowany na sicie. Gorąco polecam” — opowiada artysta.

Na jego Behance można prześledzić poszczególne etapy pracy. Od rodzącego się pomysłu, przez klarowanie się koncepcji, do zaprezentowania gotowego plakatu w przestrzeni miejskiej. A do tego często całość urozmaicają gify. To zdecydowanie jedna z najlepiej prowadzonych stron na Behance.

Na koniec zapytałam Krzysztofa jeszcze o dwie rzeczy. W Łodzi niewiele artystów zajmuje się stricte plakatami. Od czasu do czasu ktoś jakiś popełni, ale raczej nie zdarza się to często. Zastanawiałam się, czy to kwestia tego, że obecnie już ich się tyle nie robi, czy może plakat jest tak trudną w wykonaniu formą graficzną, że coraz mniej artystów poświęca jej większą część swojego czasu? „To bardzo często pojawiające się pytanie ostatnich lat, czy internet wyeliminował plakat z ulicy? Czy to już koniec pewnej epoki, bla bla bla… A co gdy spojrzymy na to z drugiej strony? Czy nie jest tak, że miasta zaczęły walczyć z plakatem, kładąc go na jednej półce z banerami, jakie zaśmiecają miasto? Czy nie zniknęły słupy na plakaty, bo na przykład w Łodzi parę z nich wystrzelono w kosmos? Więc to trochę nie tak, że plakat znika. Zanika świadomość, że jest on potrzebny (przykład — podczas wyborów całe miasto zaśmiecone jest twarzami polityków przepasanych flagą, w tym czasie nagle można wieszać plakat, bo jest taka potrzeba). Jak pojedziemy do Amsterdamu czy Berlina, nie mamy wrażenia, że plakat wyparował. Jest go pełno, każda impreza ma swój, tylko dlatego, że jest przyzwolenie na jego rozklejanie. Podobnie jak farba to nie brud, tak samo plakat to nie baner reklamowy. Ok, nie można być tak pesymistycznie nastawionym do tego, co dzieje się w Polsce. Gdzieś z wolna wraca potrzeba zobaczenia czegoś nowego. Związane jest to bardzo mocno ze zmianą polskich miast, z większą chęcią do spędzania czasu na mieście. Plakat mocno przeniósł się z ulicznych słupów na witryny barów, kawiarni czy sklepów. Stąd właśnie narodził się pomysł współpracy z Michałem Sobolewskim na projektowanie i drukowanie plakatów na cały sezon wydarzeń w Owocach i Warzywach. Były to głównie koncerty, ale również wykłady, spotkania i filmy. Czasem trzeba szukać samemu. Powstało bardzo dużo fajnych projektów i co najważniejsze wszystkie z nich zaistniały w przestrzeni miejskiej. Mam taką teorię, że projektowanie plakatu to coś jak robienie muzyki. Wiele zespołów gra bardzo fajnie, ale nie każdy traktuje to jako pracę, a jedynie hobby. Projektowanie to nie hobby”.

Drugie pytanie odnosiło się do szpikowania plakatów nadmiarem informacji. Wypisywanie na tak małym formacie całych line-upów, wszystkich sponsorów, czy jak w przypadku plakatów filmowych — wszystkich nagród, jakie zdobył i wszystkich znanych aktorów, totalnie mija się z celem. Zastanawia mnie, co się stało z tą odrobiną tajemniczości, która ma przykuć uwagę i zaciekawić odbiorcę na tyle, żeby zechciał później odszukać ten festiwal/film/wydarzenie w sieci? Zapytałam Krzysztofa czy nie da się tego przetłumaczyć organizatorom tych wydarzeń? „Da się! Idealnym przykładem jest Polówka. Jak zaczynałem współpracę z Wojtkiem Augustyniakiem, nie było mowy o niewstawieniu całego line-upu. Po pierwszej edycji, którą robiłem w 2013 roku, okazało się, że to zupełnie bez sensu, bo nikt tego nie czyta. Dlatego kolejne Polówki mają tyle tekstu, ile trzeba. Rozumiem, że jak ktoś wydaje plakat, chce przekazać jak najwięcej, żeby jak najlepiej sprzedać wydarzenie, ale to błędne rozumowanie. Myślę, że jest to ściśle związane z wyglądem polskiego miasta z ilością reklam na płotach siatkach itd. Nachalność przekazu to ogromny problem, widoczny również w plakacie, wynikający z bardzo marnej edukacji wizualnej. Nie da się tego zmienić ot tak, to musi potrwać. Tłumaczenie jest oczywiście dobre i należy to robić, ale nie zawsze jest to wola organizatorów, a bardzo często różnych umów sponsorskich, więc z dwojga złego lepiej zorganizować festiwal i mieć dziesięciu sponsorów niż nie organizować”.

Plakaty Krzysztofa Iwańskiego można kupić w sklepie Wall-being. Nowości podejrzycie na Behance, Fejsie i Instagramie.

plakaty, twórczość

Autor,

Lubię herbatę, stare zdjęcia, kwaśne jabłka i ładne słowa. Opiekuję się nieokrzesanym psem rasy husky, chciałabym mu kiedyś pokazać morze. Lubię się przyglądać ludziom i na podstawie urywków zdań, drobnych gestów, mimiki, wyglądu pisać w głowie ich biografie. Pokój, w którym mieszkam, powolutku zamieniam w ogród botaniczny. Znajdziesz mnie na Instagramie i Twitterze.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi