duszek
Skomentuj

Michał podróżuje w czasie

Żeby być uczciwym, ja nigdy z lat dziewięćdziesiątych tak do końca nie wyszedłem. Nigdy nie przestałem słuchać muzyki z cedeków. Mam zresztą tę samą wieżę, co wtedy — takiego małego Technicsa. Stoi zawsze przy łóżku, ceniona niczym starożytny artefakt, a równocześnie używana zupełnie normalnie, na co dzień. Nie przestałem pisać papierowych listów. Słysząc słowa „skrzynka pocztowa”, w pierwszej kolejności wciąż przychodzi mi do głowy ta metalowa, na klatce schodowej. W czasach serwisów internetowych w stylu LubimyCzytać, ja mam zeszyt, w którym długopisem wpisuję przeczytane książki, przy każdej z nich bazgrząc malutki rysunek. W czasach kiedy samowystarczalność jest w modzie, ja zawsze przyznaję, że potrzebuję innych. Zadaję im pytania, na które odpowiedź mógłbym wyguglować, tylko po to, żeby zobaczyć ten drobny uśmieszek, który pojawia się, gdy opowiadają o czymś, co ich fascynuje. Przychodzę do ludzi z pendrajwem, po pliki, które już dawno ściągnąłem i usunąłem.

Jest 2017 rok, a ja wciąż staram się żyć, jakbym był w czasach, w których byliśmy sobie wzajemnie potrzebni. W czasach, w których był sens. W czasach, w których być może brzydko się ubieraliśmy, ale za to ładnie żyliśmy. Czasem nawet mi się to udaje. Ale często otoczenie przytłacza z taką siłą, że przegrywam. I nie chodzi mi o takie zwykłe niepowodzenie, jakimi najeżone jest nasze życie. O sytuacje, w których po prostu coś nam nie wyszło. Chodzi mi o takie przegranie w stylu dramatycznym, przejmującym, kiedy nie możesz złapać do tego dystansu. Jakby to była kreskówka, towarzyszyłoby temu specyficzny dźwięk, takie plaśnięcio-chrupnięcie, jak wtedy kiedy chciałem zamknąć lodówkę, a moja siostra w ostatnim momencie chciała włożyć do niej paprykę. No i ten biedny owoc Capsicum annuum L., papryki rocznej, został przed drzwi zmiażdżony, wydając z siebie właśnie ten arcyżałosny dźwięk. Do dziś, kiedy wszystko mi się sypie, w głowie słyszę «właśnie to».

Ostatnio jednak przytrafił mi się miły dzień — na jedną dobę utknąłem w latach dziewięćdziesiątych. To było kilka dni temu. Wstałem rano, czując, że łapie mnie choróbsko. Wiedziałem, że to są ostatnie chwile zanim położy mnie do łóżka, chciałem więc przed oficjalnym startem zrobić jakąś ostatnią rzecz. Pomysł pojawił się szybko. Ileś miesięcy temu odkryłem sklep internetowy z używanymi cedekami muzycznymi. Ja kolekcjonuję płyty, więc oczy mi zabłysły, ale że w tamtym momencie nie miałem forsy, sprawę odłożyłem na później. No i kilka dni temu mi się przypomniało. Chwyciłem więc laptopa, wklepałem w przeglądarce „epic-shop.pl” i pacnąłem enter. Wybrałem kategorię „wszystkie”, no i zacząłem przeglądać, co tam mają. I tak skrolowałem, skrolowałem, przerzucając na kolejne strony, aż w którymś momencie, zamiast przerzucić stronę, z rozpędu zajechałem aż do stopki. I coś mi tam mignęło, ale będąc w transie, wróciłem do przeglądania kolejnych stron. I nagle do mnie dotarło. Ulica Jagiellońska 13? W Gdańsku? Przecież to moja dzielnica!

Chwilę później byłem już w drodze. W końcu zobaczyłem — jeden ze sklepów w pawilonie. Wielki napis „SKLEP PŁYTOWY”. Z boku te ich urocze logo — jakiś futrzak, chyba szop, no i nazwa sklepu. Jak zbliżałem się do drzwi, zauważyłem mniejszy napis: „sprzedaż, skup, zamiana”. Ucieszyło mnie to, bo zabrałem ze sobą różne płyty, których nie potrzebowałem. Lepiej, żeby trafiły do kogoś, kto je doceni, niż żeby się kurzyły u mnie w szafce. Wszedłem do środka. Stało tam kilka stołów, po brzegi wypełnionych płytami, podzielonymi alfabetycznie i gatunkowo. Pod jedną ze ścian zobaczyłem stanowiska ze sprzętem do odsłuchu płyt. No i na samym końcu, jeśli dobrze pamiętam w lekkiej wnęce, kasa, za którą siedział łysy wydziarany gościu ubrany na czarno. Chociaż był środek tygodnia, kilka osób krzątało się w środku — jakaś dziewczyna, chłopak, jakaś para, jakiś starszy facet. Podszedłem do kasy, położyłem na ladzie mały stosik płyt i powiedziałem, że to do skupu. On na to, że weźmie te płyty, posprawdza je w laptopie i wtedy wyceni. Odpowiedziałem, że chcę też coś kupić, więc idę w tym czasie szperać. I tak zrobiłem. Jeszcze przed wejściem ustaliłem sobie, że mogę wydać pięć dyszek, plus ewentualnie to, co dostanę ze skupu. Zacząłem przeglądać kolejne rzędy płyt, moim ulubionym stylem — na dwie dłonie, dwa rzędy naraz. Klik-klik, klik-klik, klik-klik.

Najpierw znalazłem dwie pierwsze płyty zespołu Filter założonego przed dwóch byłych sesyjnych muzyków Nine Inch Nails — „Short Bus” (1995) i „Title of Record” (1999). Kocham ten zespół od dawna. Pamiętam, że pierwszy koncert, jaki w życiu widziałem onlajn, to właśnie Filter, który grał w jakiejś amerykańskiej bazie wojskowej, dla żołnierzy. To było transmitowane na MySpace, jeszcze w czasach świetności tej społecznościówki. Potem znalazłem płytę „Astro-Creep: 2000” projektu White Zombie. Czy ktoś zna White Zombie? Jego późniejsze dokonania, jako Rob Zombie, też lubię, ale najbardziej kocham ten okres z lat dziewięćdziesiątych, kiedy na klipie do „Thunder Kiss ’65” tańcuje w kurtce z biało-czarną panterką. Wtedy sprzedawca sklepu zdecydował dać mi osiem dyszek za płyty. A skoro mój budżet znacząco się powiększył, wróciłem do wertowania płyt. Klik-klik, klik-klik, klik-klik. Postanowiłem sprawdzić, czy mają coś Talking Headsów. Dotąd miałem tylko jeden ich album — „Remain in Light” z 1980 roku. Bardzo często do niego wracam. Jest jednym z tych elementów, które przypominają mi, że ludzie stworzyli dużo cudownych rzeczy, zanim w ogóle ja, Michał, pojawiłem się na tym świecie. Tamtego dnia znalazłem dwa ich krążki — „Little Creatures” (1985) i „True Stories” (1986). Znalazłem też „The Serpent’s Egg” (1988) Dead Can Dance’ów, „Finally we are no one” (2002) islandzkiego zespołu múm i „Antichrist Superstar” (1996) Marilyna Mansona. Czyli ogólnie wzbogaciłem się o stosik krążków ze świetną, ale też zupełnie różną muzyką — od pluszowego pościelowego plumkania po zombie-rockendrollowca.

Jednak nie tylko o zdobycze chodzi — najmilej wspominam sam upływający czas. Krzątanie się między stołami, zamiast wklepywania adresów stron internetowych. Wertowanie kolejnych pudełek, zamiast skrolowania. Rozmowa ze sprzedawcą, zamiast załączenia „miłego dnia, gagatku” w polu „załącz notkę dla sprzedawcy”. No i ten moment, kiedy jakaś dziewczyna szła do kasy, trzymając wspomniane wcześniej „Remain in Light” Talking Headsów, a ja, zamiast polubić jej aktywność, mogłem po prostu zagadać, powiedzieć jak wiele znaczy dla mnie ten album i ile razy ubarwił mi wieczór. Albo kiedy ekipa sklepu zamierzała wprowadzić do sprzedaży jakiś krążek, który trzeba było sprawdzić, czy wszystko gra, ale trochę się wstydzili, bo to było jakieś bardzo różowiutkie disco. Albo kiedy w końcu puścili, a po chwili, wszyscy zorientowaliśmy się, że uśmiechamy się i kołyszemy bioderkami. To są szalone czasy, jeśli rzeczy tak niedawno zupełnie zwyczajne, wzbudzają tyle radości i powodują, że dzień błyszczy pośród pozostałych, jak diament.

To, co dotąd napisałem, to są rozterki, które z autopsji będą znać tylko ludzie w moim wieku (koło trzydziestki) i starsi — ale przecież tego bloga czytają też (i bardzo dobrze!) nastolatkowie. Jest 2017 rok. Osoby, które urodziły się w 2000 roku, są już prawie pełnoletnie. Dzisiejsi studenci urodzili się w późnych latach dziewięćdziesiątych, więc ich pierwsze wyraźne wspomnienia są dopiero z lat 2003–2006. Nie ukrywam, że ludzie z tych młodszych pokoleń bardzo mnie fascynują. Jak oni widzą świat? Czy są zadowoleni z tego, jak to wszystko wygląda? A może wieczorami przychodzi uczucie braku? Jakiejś dziury. Pustki. Czy można tęsknić za czymś, czego się nie poznało, tylko dlatego, że gdzieś w duszy, bez znaczenia na otoczenie, jest to „zapisane”? Czy człowiek wychowany na czatowaniu, tęskni za spotkaniami? Czy człowiek wychowany na streamingu całej muzyki świata, może się cieszyć jednym fizycznym albumem, na którym już nigdy, przenigdy nie pojawi się nic więcej, niż te dwanaście piosenek? Czy człowiek, który wychował się głównie w domu, z gadżetami niemalże zrośniętymi z jego tożsamością, może odkryć, że świat też ma fajne funkcje? Dla mnie to jest jasne, bo ja swoje dzieciństwo spędziłem na łażeniu po drzewach i przeskakiwaniu na dachy budek transformatorowych. Ale nie umiem się wczuć, jak widzą to kolejne pokolenia. (Tę różnicę pokoleniową najlepiej uzmysłowiła mi akcja „Huncwoty”, a konkretniej fala mejli z podziękowaniami za stworzenie tej akcji. Część osób dziękowała za sentymentalną podróż do dawnych lat. A druga część dziękowała, bo w ramach tej akcji, dostali swój pierwszy prawdziwy list w życiu — dzięki „Huncwotom” w ogóle poznali to uczucie, kiedy ktoś pisze do ciebie, nie po to, żeby rozliczyć się z tobą za usługę, ale dlatego, że chce cię poznać.)

duszek

Autor,

Lubię słuchać ambientu podczas długich spacerów. Nie wychodzę z domu bez plecaka, w którym pomieszkują: latarka, papierowe magazyny, książki, zeszyty, no i mnóstwo papieru, żebym w każdej chwili mógł napisać kolejny list. Fotografuję wyłącznie analogiem, a mój telefon jest ode mnie głupszy. Zbieram płyty muzyczne, książki, skasowane bilety autobusowe. No i listy. Często wracam do tych archiwalnych, na nowo je czytając i oglądając wrzucone do kopert załączniki. Kocham ukorzeniać nowe roślinki, oglądać mapy i dotykać drzew. Znajdziesz mnie też na Fejsie i na Twitterze.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi