duszek
Skomentuj

Opowiedz sobie te historie sam

Któregoś dnia listonosz przyniósł mi przesyłkę. W najzwyklejszej kopercie upakowano tyle drobnostek, że cienki papier ledwo wytrzymał taką pękatość. W środku był też krótki list, którego treści oczywiście nie zdradzę, poza jednym fragmentem dotyczącym załączników: „Wysyłam Ci zatem zbiór rzeczy różnych. Dla mnie nieprzypadkowych, zebranych na trzech kontynentach i na wyspie Grzbietu Śródatlantyckiego (która jest miejscem tak wspaniałym, że zasługuje na wyróżnienie obok kontynentów). Nie chcę Ci pisać od razu historii z nimi związanych, bo już zdążyłam zauważyć, że jesteś dobry w te klocki. Na razie zostawiam niedosyt, opowiedz sobie te historie sam”.

Więc zacząłem wyciągać te rzeczy z koperty. Szczelnie zamykany woreczek foliowy z mieszanką herbacianą. Żółtą karteczkę z narysowanym czajniczkiem i podpisem „smacznego”. Plastikowe wieko po lodach czekoladowych. Żeton z kasyna. Jakąś anglojęzyczną kartkę ze schematami autobusu, po jednej stronie i jakimiś odręcznymi zapiskami, po drugiej. Składany na cztery rysunek pantery wylegującej się na gałęzi. Kolorowe pióro. Jakieś malutkie zdjęcie. Normalne zdjęcie. Jakąś wizytówkę. Jakiś banknot. Kartonik, cały zadrukowany azjatyckimi znakami, a wewnątrz niego, płytka CD tak malutka, że kiedy wsadzi się ją do napędu, zajmuje tylko środkową jego część. No i paczka z nasionami rzodkiewki.

Rozpocząłem więc wstępne śledztwo. O mieszance herbacianej byłoby trudno się czegokolwiek dowiedzieć, poza tym, że była złożona z raczej dużych elementów — jakichś skórek, jasnych, na wpół przezroczystych bryłek, ususzonych kwiatów. Lody wyprodukowała amerykańska firma Ben & Jerry’s z Burlington, Vermont. Jednodolarowy żeton pochodził z Las Vegas, z superluksusowego kasyna i hotelu The Mirage. Z kartki, na którym był schemat autobusu, potrafiłem odczytać tylko datę (9-10-13), godzinę (10:05PM) i numer inspektora (68705). To był jakiś dokument potwierdzający. Ale co potwierdzający? Tego już nie wiedziałem. Na odwrocie rysunku z panterą, stworzonego mazakami, na kartce A4, były jakieś zapiski, z których tylko jeden fragment udało mi się rozczytać: „I been drinking again, I been drinking again” (co jest raczej niemożliwe, bo to przecież niegramatycznie). Kolorowe pióro pochodziło z pawiego zada — z takim ciemnogranatowym kształtem na środku, podobnym do tyłka, otoczonym niebiesko-zieloną barwą mieniącą się podobnie do benzyny. Cholera-wie-co-przedstawiające maciupkie zdjęcie zostało zrobione Instaksem, czyli „Polaroidem od Fujifilmu” — uwieczniły się tylko plamy kolorów, żółtego, zgniłego i nieco jaśniejszego, różowego i fioletowego. Większe zdjęcie zrobiono przy wykorzystaniu podwójnej ekspozycji, robiąc dwa zdjęcia na jedno miejsce kliszy, przeplatając w ten sposób różne ujęcia jakiegoś islandzkiego wodospadu. Wizytówka należała do włoskiego malarza, Roberto Pinetty. Banknot to było pięćdziesiąt tugrików (z mongolskiego „төгрөг”), waluty Mongolii. Widniały na nim, z jednej strony, portret Damdiniiego Sükhbaatara, mongolskiego dowódcy wojskowego, a z drugiej – konie jedzące trawę na tle górzystego widoczku. Na kartoniku z płytką tylko dwa słowa były napisane literami, które rozumiałem — „Yong He Gong” i „ticket”. Wpisując „Yong He Gong bilet”, wpadłem na bloga Andrzeja Winiarskiego, który w czerwcu 2015 roku pisał: „Chcieliśmy odwiedzić najpiękniejsze w Pekinie miejsce kultu buddyzmu tybetańskiego, czyli Świątynię Lamy zwaną również Świątynią Harmonii i Pokoju (Yonghegong, 雍和宫). Do świątyni mieliśmy zaledwie kilka przystanków metrem, także bardzo szybko dotarliśmy na miejsce. Po okolicy widać było, że miejsce to jest ważnym punktem dla wszystkich odwiedzających Pekin. Zatłoczone ulice, grupy wycieczkowe w charakterystycznych jednakowych czapkach z daszkiem, autokary oraz sklepy z pamiątkami. Kasy biletowe oraz bramki wejściowe, jak to w Chinach, były w nowoczesnym stylu. Bilet wstępu kosztował 25 CNY. Razem z biletem otrzymałem malutką płytę CD z nagranym filmem o świątyni, niestety w języku chińskim”. Niestety, płytki nie chciało mi czytać na Linuksie. Nasiona rzodkiewki były z Polski, od firmy spod Poznania.

Kiedy odkrywałem kolejne strzępki, moja wyobraźnia pracowała, dopisując do każdego przedmiotu zupełnie różne scenariusze – czasem przezabawne, innym razem niebezpieczne, romantyczne, szalone, głębokie czy uduchowione.

duszek

Autor,

Lubię słuchać ambientu podczas długich spacerów. Nie wychodzę z domu bez plecaka, w którym pomieszkują: latarka, papierowe magazyny, książki, zeszyty, no i mnóstwo papieru, żebym w każdej chwili mógł napisać kolejny list. Fotografuję wyłącznie analogiem, a mój telefon jest ode mnie głupszy. Zbieram płyty muzyczne, książki, skasowane bilety autobusowe. No i listy. Często wracam do tych archiwalnych, na nowo je czytając i oglądając wrzucone do kopert załączniki. Kocham ukorzeniać nowe roślinki, oglądać mapy i dotykać drzew. Znajdziesz mnie też na Fejsie i na Twitterze.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi