Bez kategorii
Skomentuj

Plagiat-sragiat. O potędze wolnej kultury

Przez trzy i pół roku prowadzenia Róbmy dobrze, bloga i fanpejdża, obserwowałem rozkwit czegoś niepokojącego – mody na doszukiwanie się plagiatu w szeroko pojętych sztukach wizualnych. Długo zbierałem się do spisania swoich wrażeń i przemyśleń, no i w końcu się udało. Zapraszam do lektury.

Co pewien czas, przy okazji jakiejś publikacji, dostaję wiadomości w stylu „życzliwie donoszę”, z załączonymi cyfrowymi wyklejankami zestawiającymi jakieś prace przez nas pokazane, z pracami, z których – jak sugeruje nadawca – zostały zerżnięte. Niektóre te porównania są tak naciągane, że mam problem z odszukaniem elementów, które są rzekomo powielone. Przeważają jednak takie, na których widać jakieś podobieństwo (dajmy na to – motyw żółwia, bosą kobietę, czy wykorzystanie podobnych kolorów), ale tak luźne, że bez ogromnych pokładów nieprzychylności dla autora, nie dałoby się tego naciągnąć do miana plagiatu. Na palcach jednej ręki policzyłbym ilość wiadomości, z którymi się w pełni zgodziłem.

Plagiatem (od łacińskiego „plagium”, kradzież) «jest» podpisanie się pod czyimś utworem, świadome skopiowanie go, w całości lub we fragmencie, i podanie jako swojego, z jednoczesnym zatajeniem prawdziwego autora. Plagiatem «nie jest» nieświadome stworzenie podobnego utworu (za orzeczeniem Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 1995 roku: „Nie jest bowiem plagiatem dzieło, które powstaje w wyniku zupełnie odrębnego, niezależnego procesu twórczego, nawet jeżeli posiada treść i formę bardzo zbliżoną do innego utworu. Możliwe są sytuacje, w których dwóch twórców, niezależnie od siebie, wykorzystuje w utworze ten sam pomysł i opracowuje go przy użyciu bardzo zbliżonych środków artystycznych, zwłaszcza jeżeli dzieła dotyczą tego samego tematu albo tematów bardzo zbliżonych”). Plagiatem «nie jest» również wykorzystanie czyjegoś pomysłu, ale zrealizowanie go po swojemu, w wyniku własnej pracy twórczej (podpunkt drugi, artykułu pierwszego „Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych” z 1994, tekst jednolity z 2016 mówi, że „ochroną objęty może być wyłącznie sposób wyrażenia; nie są objęte ochroną odkrycia, idee, procedury, metody i zasady działania oraz koncepcje matematyczne”).

NAJPIERW NIECO HISTORII

W latach dwudziestych dwudziestego wieku dwóch rysowników i twórców animacji pracowało w niewielkim studiu animacji z Los Angeles. Któregoś dnia przyszedł do nich Charles Mintz, reprezentujący ich dystrybutora, Universal Pictures, z prośbą o stworzenie bohatera dla filmów animowanych. Ze względu na brak dotychczasowych sukcesów, Ub Iwerks i Walt Disney, propozycję przyjęli i stworzyli dla nich postać Królika Oswalda.

Królik Oswald okazał się wielkim hitem. Wtedy Mintz oszukał Disneya, nie tylko odsuwając go od projektu, ale również przekabacając pracowników jego studia (poza Iwerksem), żeby pracowali dla Universal Pictures. Kiedy wygasła jego własna umowa z Universal Pictures, Disney został z niczym. Właśnie dlatego powstała Myszka Miki, wzorowana na Oswaldzie (Disney zrobił wstępny szkic, podobno podczas podróży pociągiem, a Iwerks stworzył ostateczną wersję). Od lat studio Disneya garściami czerpie ze zbiorów kultury – innych filmów, legend ludowych, baśni, dramatów i powieści, przerabiając historie po swojemu i przeplatając w nich mnóstwo nawiązań. Przykładem niech będzie pierwsza animacja, która pokazała Myszkę Miki, „Steamboat Willie” z 1928 roku, obecnie dostępna na YouTube Disneya. Ta była bezpośrednią parodią „Steamboat Bill, Jr.”, filmu, który wyszedł w tym samym roku, dziś dostępnym w ramach domeny publicznej.

W książce Lawrence’a Lessiga „Wolna kultura” (zachęcam do lektury, tłumaczenie tej publikacji jest dostępne w serwisie Otwórz Książkę jako darmowy pedeef na licencji CC BY-NC-SA 3.0 PL) z 2004 roku czytamy: „Filmy Disneya powstałe na podstawie cudzej twórczości to w sumie niesamowita lista: »Królewna Śnieżka« (1937), »Fantazja« (1940), »Pinokio« (1940), »Dumbo« (1941), »Bambi« (1942), »Pieśń południa« (1946), »Kopciuszek« (1950), »Alicja w Krainie Czarów« (1951), »Robin Hood« (1952), »Piotruś Pan« (1953), »Zakochany kundel« (1955), »Mulan« (1998), »Śpiąca królewna« (1959), »101 dalmatyńczyków« (1961), »Miecz w kamieniu« (1963) i »Księga dżungli« (1967) – że nie wspomnę o niedawnym przykładzie, o którym warto zapewne szybko zapomnieć, »Planeta Skarbów« (2003)”.

I to jest właśnie smutne, że chociaż Disney sam był mistrzem kreatywnego remiksu, jego studio stało się takim samym chuliganem kultury, jak wcześniej wspomniane Universal Pictures. Kiedy w latach sześćdziesiątych Dan O’Neill, rysownik i komiksiarz, współtwórca kolektywu Air Pirates wydającego podziemne komiksy, postanowił krytykować amerykański styl życia i kapitalizm przy pomocy właśnie Myszki Miki, studio Disneya wytoczyło mu serię procesów.

Nie żeby O’Neill dał się zastraszyć. Mysz rysował dalej, zakładając nawet M.L.F., czyli Mouse Liberation Front (Front Wyzwolenia Myszki), nawołując rysowników do tworzenia swoich prac z Myszką Miki, przez co odbyły się kolejne rozprawy, w wyniku których sąd skazał grupę Air Pirates za nadużywanie wizerunku Mikiego. Bardzo fajnie skomentował to Cory Doctorow w filmie „Kultura remiksu” (2008): „Miki miał być everymanem, postacią, z którą każdy może się identyfikować. A jeśli każą ci się identyfikować z Mikim, wreszcie to robisz”.

Inny szalony przykład. W 1893 roku siostry Patty i Mildred J. Hill stworzyły dla dzieciaków z jednego z przedszkoli w stanie Kentucky melodię „Good Morning to All”, która później upowszechniła się jako „Happy Birthday to You”. Początkowo nikt nie wystosowywał żadnych próśb o prawa autorskie, dopiero w 1935 zrobiła to firma Summy Company, jako autorów podając Prestona Ware’a Orema i R. R. Formana. W 1988 roku Summy zostało wykupione przez Warner/Chappell Music, które od tamtej pory rościły sobie prawa do piosenki, pobierają opłaty od twórców ją wykonujących. To trwało aż do lutego 2016 (!), kiedy amerykański sąd przeniósł utwór do domeny publicznej, nakazując Warnerowi zwrócić artystom czternaście milionów, które pobrał.

TO JEST MOJE, TAMTO JEST TWOJE

Ten tekst wstukuję na klawiaturze jednego z tanich laptopów Toshiby. Zespół ludzi, którzy ten model zaprojektowali, nie wymyślili ani ekranu, ani klawiatury, ani nawet gładzika. Wszystko było już wcześniej. Kolejne linie tych urządzeń powoli ulepszały ich technologię, bazując jednak na wszystkim, co stworzyli poprzednicy. Tak samo było ze wszystkim innym, co jako ludzkość wytworzyliśmy – medycyną, motoryzacją, kształtem społeczeństwa. Nie inaczej było z szeroko pojętą kulturą (przynajmniej do dziewiętnastego wieku), w której współpraca i bazowanie na twórczości innych było czymś naturalnym. To się zmieniło dopiero w czasach, gdy rozwijały się korporacje. I wtedy zaczęło się rozdzielanie: „to jest moje, tamto jest twoje – i niech tak pozostanie”. Ale dlaczego? Skąd to się wzięło? Dzielenie się i współtworzenie było częścią człowieczeństwa. Prawo autorskie miało zachęcać twórców do tworzenia, zabezpieczać ich, gwarantując im uznanie autorstwa i, jeśli będą chcieli, zarabianie na swoich dziełach. I to jest rzecz słuszna. Nie można podpisywać się pod cudzą twórczością, bez znaczenia na to, czy się na tym zarabia, czy nie. Nie można też udostępniać jej bez oznaczenia autora i źródła. Ale skąd wzięła się blokada do kreatywnego przerabiania czyichś prac?

Czy nie byłoby cudownie, gdyby ktoś wydał „Małego Księcia” (francuski tekst przeszedł już do domeny publicznej) z własnymi ilustracjami? Albo, żeby ktoś wydał komiksy z zupełnie nowymi przygodami Myszki Miki? Narysował po swojemu postaci z czyichś ilustracji i ożywił je za pomocą komiksu, albo animacji? Czy nie byłoby cudownie gdyby ktoś napisał opowiadanie przeplatane malarstwem jakiegoś twórcy? Zbudował grę przygodową w oparciu o czyjś komiks? Napisał powieść, dopisując życie do czyichś szkiców? Albo, żeby ktoś dał nowe życie klasycznym częściom gry „Fallout”?

W wielu przypadkach nie możemy tego robić, bo prawo autorskie, na którym zostały opublikowane, nam nie pozwala. Zresztą, nawet gdyby nam pozwolono, wielu z nas bałoby się zbliżać do zjawiska naśladownictwa i przerabiania. Tylko że ten lęk został nam wpojony przez afery związane z prawem autorskim, to nie płynie z naszej natury, dla której współpraca jest rzeczą oczywistą. Tak naprawdę, obecne prawo autorskie największe wypaczenie zrobiło nie w sądach i przepisach, ale w głowach uczestników kultury. W mentalności. Nie ma nic złego w inspirowaniu się, przerabianiu, współtworzeniu. To jest zjawisko nie tylko sensowne i korzystne (o czym później), ale również piękne. Tylko, że jakimś cudem pozwalamy, by taki banał jak kopirajtowa propaganda karmiąca nasze ego o błędnie rozumianej indywidualności, nam to odbierała. Indywidualność nie znika przy współpracy, wręcz przeciwnie – wtedy jest jeszcze widoczniejsza.

kolaż: Papier, nożyce, słowo

Przychodzą mi do głowy tylko dwie dziedziny, w których twórcza przeróbka uwolniła się od niepotrzebnego wstydu – kolaże i remiksy muzyczne. Bardzo nieśmiało wytwarza się też odwaga do przerabiania dzieł starych (jako przykład niech posłużą gify Kiszkiloszki i Dobre Sztuki). Nad wszystkim innym, szczególnie jeśli chodzi o twórczość autorów współczesnych, wciąż wisi widmo dyshonoru; jakiejś takiej niewypowiedzianej sugestii, że przerabiając czyjąś twórczość, wysyłasz sygnał, że brak ci pomysłów lub talentu. To są bzdury, z którymi można rozprawić się w bardzo konkretny sposób – sięgać po wolne licencje (jeśli nie komercyjnie, ze względu na oczekiwania klientów, to chociaż w projektach niezależnych, tworzonych z pasji, lub zarobkowo, ale na zasadzie samopublikowania).

DLACZEGO WARTO PUBLIKOWAĆ NA WOLNEJ LICENCJI

W matematyce 1+1+1=3. Zupełnie inaczej sprawa ma się w przypadku współpracy ludzi – trzech ludzi może więcej, niż sugerowałaby suma ich możliwości. Pamiętacie Uba Iwerksa, przyjaciela i współpracownika Walta Disneya, tego, który nie dał się przekupić? Otóż Iwerks był utalentowanym rysownikiem, ale przede wszystkim miał mnóstwo pomysłów, jak animacje realizować od strony technicznej (znacznie później, w latach 1960 i 1965 otrzymał nawet Oscary za osiągnięcia techniczne, a w 1963 otrzymał nominację za efekty specjalne w „Ptakach” Alfreda Hitchcocka). Pomimo dobrej współpracy z Disneyem, w 1930 roku Iwerks założył własne studio, w ramach którego udało mu się stworzyć kilka technik, między innymi filmowanie kilkoma kamerami, tworzące wrażenie głębi, ale po sześciu latach, w 1936 roku, postanowił studio zamknąć. Dlaczego? Bo mimo znakomitej jakości warsztatowej, animacjom Uba Iwerksa brakowało tego, co zwykle dorzucał Walt – charyzmy, przelewanej na bohaterów i pomysłowej, wciągającej fabuły. Dlaczego o tym piszę? Bo ta anegdotka jest bardzo symboliczna. Czy wam się to podoba, czy nie, część z was jest Waltami, a część Ubami. Obecne prawo autorskie jest sytuacją, kiedy pracujecie w osobnych studiach, a wolna kultura – sytuacją, kiedy pracujecie razem.

Są wśród was ilustratorzy, którzy nie mają talentu do opowiadania historii. Opowiadacze historii, którzy nie mają talentu plastycznego. Ludzie z talentem do remiksowania, jednocześnie kiepsko radzący sobie z tworzeniem prac od początku. Są wśród was ludzie przemawiający przez zdjęcia. Ludzie opisujący swoje odczucia przez muzykę. Programiści bez pomysłu na fabułę gry. Twórcy koncepcyjni gier, bez znajomości programowania. Ludzie z talentem do zmiany obrazów w tekst. Tekstu w obrazy. Muzykę w opowieści. Opowieści w muzykę. Talenty zostały rozproszone, gdyby je jednak zgromadzić przy wspólnych projektach, mogłyby powstać świetne rzeczy, zarówno takie dystrybuowane za darmo, jak i treści płatne, z których moglibyście żyć. Potencjały, które zaistniałyby dopiero z waszego połączenia.

animacja „Elephants Dream” (2006), CC BY

Jakie są plusy publikowania na wolnej licencji? Załóżmy przykładowo, że istnieje rysownik Boguś. I tenże Boguś w 2020 roku stworzył pierwszy tom komiksu o psie wabiącym się Niszczyciel Światów, który po trzech latach spędzonych w indiańskiej wiosce, wyrusza w podróż, żeby poznać świat. Swoje dzieło zawiesza onlajn, jako pedeef, opierając je na wolnej licencji i dystrybuując na zasadzie „zapłać ile chcesz, może być nic”. Potem publikuje kolejne pedeefy, z kolejnymi tomami, ale po dziesiątej odsłonie, opublikowanej w 2025 roku, Bogusiowi kończą się pomysły – zdarza się, jak to mówią: «życie». Na blogu projektu publikuje ładne pożegnanie i pozwala komiksowi wisieć jako zamknięte dzieło, żeby ludzie mogli je odkrywać. Któregoś dnia 2026 roku na jego mejlu ląduje załącznik, pedeef z jedenastym tomem, stworzonym przez Marylkę, studentkę ASP zauroczoną „Niszczycielem Światów” i bazującym również na wolnej licencji. Bogusiowi jest bardzo miło, że postać, którą stworzył, ożyła w wyobraźni kogoś innego, szczególnie że Marylka okazała się mieć zupełnie świeże pomysły dla losów psa-podróżnika. Nasz rysownik pisze mejla do swojej nowej koleżanki i wspólnie ustalają, że jej dzieło zawiśnie na stronie projektu, jako oficjalna kontynuacja. Pod koniec tego samego roku Boguś dostaje kolejnego mejla, a w nim odnośnik do Vimeo, gdzie wisi stworzony przez Jędrusia, samouka, twórcy animacji, dwunasty odcinek przygód Niszczyciela Światów w postaci animowanego szorta. Boguś jest tak podekscytowany, że od razu wkleja animację na stronę swojego projektu, a kiedy ogląda ją drugi raz, umiera ze szczęścia. Dziesięć lat po śmierci Bogusia, w 2036 roku, Dobromirek, młody programista postanawia stworzyć niezależną grę, „Zapach mokrej sierści”, w której gracz musi chodzić po rzeczywistym mieście i poprzez rzeczywistość rozszerzoną, wyświetlaną dzięki specjalnym okularkom, podążać za drobnymi liniami sugerującymi zapach sierści, żeby w końcu odszukać błąkającego się alejkami tajemniczego psa. Ponieważ Dobromirek fascynuje się przeszłością, odpala internetowe archiwum, zaznacza „grafika” i wstukuje hasztag „#pies”, otrzymując pokaźny zbiór psich grafik na wolnej licencji. Po przejrzeniu kilku stron jest zawiedziony, żaden z futrzaków nie urzekł go, ale chwila, chwila… co to za cudak? „Niszczyciel Światów”? Dobromirek zakochuje się w psie Bogusia, jego wyglądzie i przygodach, implementując go do swojej gry – to właśnie za Niszczycielem Światów gracz będzie podążał, wykonując zadania i rozwiązując zadania, a kiedy go wreszcie spotka, ten opowie mu swoją historię, uwiecznioną w komiksach sprzed dekady. Gdyby „Niszczyciel Światów” funkcjonował na typowym prawie autorskim, przez 70 lat po śmierci Bogusia, czyli do 2106, nikt nie mógłby tknąć psiego bohatera.

animacja „Sintel” (2010), CC BY

Motyw archiwum internetowego to nie są żadne wymysły, takie projekty istnieją już teraz, z najbardziej znanym Internet Archive na czele. Przyszłość przyniesie ich znacznie więcej. (Na marginesie dodam, że jedną z moich osobistych perełek dostępnych na Internet Archive, jest zremasterowana przez Vladislava Isaeva ścieżka dźwiękowa klasycznych „Falloutów”, jedynki (1997) i dwójki (1998), którą sam autor muzyki, Mark Morgan, wypuścił na wolnej licencji w maju 2010 roku, po dwunastu i trzynastu latach od premier, żeby młode pokolenia, wychowane na nowocześniejszych, już trójwymiarowych częściach, również mogły poznać jej klimat.)

Oczywiście sporo rzeczy przepadnie, z zaniedbania i zapomnienia, kiedy będą zamykane serwery poszczególnych platform blogowych, for, społeczności i innych serwisów. Znikną, zanim ktokolwiek zrobi kopię zapasową. Trudno przewidzieć, co się zachowa, a co nie – będzie to zależało od wielu czynników, jednak jednym z ważnych będzie z pewnością licencja. Twórczość oparta o licencje wolne, będzie miała znacznie większą szansę, żeby zostać zarchiwizowana, ze względu na to, że można ją uwzględnić od razu, bez problemu i bez odczekania 70 lat od śmierci autora.

O KLOCKACH, Z KTÓRYCH POSKŁADASZ PRZYSZŁĄ KULTURĘ

Marzy mi się kultura, która z jednej stronie docenia wszystkich twórców, pieczołowicie dba o ich pamięć, oznaczanie ich autorstwa, broni ich przed kradzieżami i respektuje ich prawo do zarabiania na swoim talencie, ale z drugiej strony, przywraca ducha współpracy, angażuje ludzi w remiksowanie i temperuje przesadny rozrost ego, promując odważne tworzenie, bez obawiania się, że ktoś zrobi coś inaczej, czy nawet lepiej. Wolne licencje nie rozwiążą wszystkich problemów, ale z pewnością przybliżą nas do rozwiązania. Zmiany nie pojawią się magicznie – musimy je wywołać swoją postawą, wytwarzając impuls do współtworzenia i remiksu, oczyszczając je z negatywnych skojarzeń.

Największą i najpopularniejszą z nich jest Creative Commons (skracane często do „CC”), współtworzona przez aktywistów z całego świata, również z Polski. Największą zaletą tej licencji jest to, że chroni ich prawa, równocześnie pozostawiając dużą swobodę w dobieraniu wariantu, który będzie pasował do konkretnego dzieła. Wszystko opiera się o cztery elementy, swoiste klocki, z których można sobie łatwo ułożyć licencję.

Kolejno od lewej jest to: uznanie autorstwa (ludzik), czego skrótem jest „BY” (ang. Attribution), użycie niekomercyjne (przekreślony dolar), czego skrótem jest „NC” (ang. Non-commercial), na tych samych warunkach (zakręcona strzałka), czego skrótem jest „SA” (ang. Share-alike) i bez utworów zależnych (znak równania), czego skrótem jest „ND” (ang. No Derivative Works). Można z nich stworzyć różne kombinacje – każda z nich może się sprawdzić, w zależności od charakteru dzieła. Oto one:

Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL). Wariant najbardziej liberalny, zezwala na kopiowanie, udostępnianie, rozpowszechnianie i używanie dzieła, a także wszelkich jego przeróbek w oparciu o dowolną licencję, również komercyjnie, a jedynym warunkiem jest uznanie autorstwa, czyli podpisanie autora i źródła twojego oryginału. (Oznacza to między innymi, że ktoś może na bazie twojego dzieła stworzyć inne dzieło, a potem, dajmy na to, wydać je, na bazie dowolnej licencji, nie tylko CC, i zarabiać na tym pieniądze.)

Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska (CC BY-SA 3.0 PL). Licencja zezwalająca na przeróbki, ale zastrzegająca pozostanie przy wolnej licencji. Zezwala na kopiowanie, udostępnianie, rozpowszechnianie i używanie dzieła, a także wszelkich jego przeróbek, również komercyjnie, ale pod dwoma warunkami – uznaniem autorstwa, czyli podpisaniem ciebie jako autora i źródła oryginału (przykładowo twojego bloga), a także opublikowaniem efektu na takiej samej licencji. (To oznacza, że ktoś może na bazie twojego dzieła stworzyć inne dzieło, a potem wydać je i zarabiać na tym pieniądze. Tylko że publikacja musi ukazać się na tej samej licencji, żeby kolejni zainteresowani również mogli z niej czerpać, przerabiając i udostępniając je swoimi kanałami – darmowo lub płatnie.)

Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 3.0 Polska (CC BY-NC 3.0 PL). Licencja pozwalająca na przeróbki, ale zastrzegająca ich niekomercyjny charakter. Zezwala na kopiowanie, udostępnianie, rozpowszechnianie i używanie dzieła, a także wszelkich jego przeróbek w oparciu o dowolną licencję, ale pod dwoma warunkami – uznaniem autorstwa, czyli podpisaniem ciebie jako autora i źródła oryginału (przykładowo twojego bloga), a także użyciu niekomercyjnym. (To oznacza, że ktoś może na bazie twojego dzieła stworzyć inne dzieło, a potem opublikować je, na dowolnej licencji, nie tylko CC, ale nie może na nim zarabiać.)

Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Polska (CC BY-NC-SA 3.0 PL). Licencja pozwalająca na przeróbki, ale zastrzegająca ich niekomercyjny charakter i pozostanie przy wolnej licencji. Zezwala na kopiowanie, udostępnianie, rozpowszechnianie i używanie dzieła, a także wszelkich jego przeróbek, ale pod trzema warunkami – uznaniem autorstwa, czyli podpisaniem ciebie jako autora i źródła oryginału (przykładowo twojego bloga), opublikowaniem na tej samej licencji, a także użyciu niekomercyjnym. (To oznacza, że ktoś może na bazie twojego dzieła stworzyć inne dzieło, a potem opublikować je na tej samej licencji, ale nie może na nim zarabiać i musi podpisać ciebie jako autora pracy, na której się wzorował.)

Uznanie autorstwa-Bez utworów zależnych 3.0 Polska (CC BY-ND 3.0 PL). Licencja «nie» zezwalająca na przeróbki. Zezwala na kopiowanie i rozpowszechnianie dzieła w dowolnym medium i formacie, również komercyjnie, ale pod dwoma warunkami – uznaniem autorstwa, czyli podpisaniem ciebie jako autora i źródła oryginału (przykładowo twojego bloga), a także opublikowaniem dzieła w formie niezmienionej. (To znaczy, że autor pozwala na swobodne wędrowanie dzieła, w internecie i poza nim, a także zarabianie na nim, ale nie pozwala na ingerowanie w jego formę i treść.)

Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska (CC BY-NC-ND 3.0 PL). Licencja «nie» zezwalająca ani na przeróbki, ani na użycie komercyjne. Zezwala na kopiowanie i rozpowszechnianie dzieła w dowolnym medium i formacie, ale pod trzema warunkami – uznaniem autorstwa, czyli podpisaniem ciebie jako autora i źródła oryginału (przykładowo twojego bloga), użyciem niekomercyjnym, a także opublikowaniem dzieła w formie niezmienionej. (To znaczy, że autor pozwala na swobodne wędrowanie dzieła, w internecie i poza nim, pod warunkiem, że nikt na nim nie zarabia i w żaden sposób nie ingeruje w kształt dzieła.)

Ikonę ołówkomiecza stworzył Thibault Geffroy (CC BY 3.0 US).

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi