książki, twórczość
Skomentuj

Ile jajek na twardo zjadł inspektor Ignaz Braun? O „Pruskiej zagadce” Piotra Schmandta

„PRUSKA ZAGADKA”, PIOTR SCHMANDT, 2014, OFICYNKA

Piotra Schmandta miałem okazję widzieć podczas Gdańskiej Afery Kryminalnej 2015 w Bibliotece Oliwskiej. Sprawiał wrażenie inteligentnego, oczytanego i sympatycznego faceta, którego ciało dokonałoby samospalenia, gdyby musiał przy ludziach wypowiedzieć słowo „cycki” (podejrzewam, że z gardła Schmandta wyszłyby raczej „wzgórza rozkoszy”). Także jeżeli szukasz czegoś z pazurem, to zapomnij o Schmancie, dla którego szaleństwa młodości wyglądają tak: „Ignaz przypomniał sobie, jak kilka lat temu założył się z kolegą z Frankfurtu Menem, inspektorem Thauem, kto zje więcej jajek na twardo. Ignaz przegrał, zjadł jedenaście i pół, o dwa mniej niż kolega. Takie były szaleństwa najwcześniejszej młodości berlińskiego policjanta”. Jeżeli w życiu raczej „zerkasz lubieżnie”, niż „kierujesz aksamitne spojrzenia”, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz zbyt szczegółowych opisów posiłków, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz przydługawych, świętoszkowatych opisów mszy, drogi krzyżowej i innych religijnych obrzędów, od których nie do końca wiesz, czy chcesz wydłubać sobie oczy, czy może wstąpić do zakonu, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz książek niespiesznie płynących przez prawie sześćset stron, to zapomnij o Schmancie. „Pruską zagadkę” polecam tylko w jednym jedynym wypadku — jeżeli masz ochotę na znakomity retro kryminał, który przeniesie cię do 1901 roku i oczaruje klimatem niedużego miasteczka leżącego w Prusach Zachodnich.

Inspektor Ignaz Braun nie przyjechał z Berlina na urlop. Johann Wanders, gimnazjalista, syn jednego z dwóch zaciekle konkurujących piekarzy został zamordowany, w dodatku raczej makabrycznie, bo w ciągu kolejnych dni części jego ciała będą znajdowane w różnych zakątkach miasta. W jednej ze scen wytrącony z równowagi inspektor tak to skomentuje:
„— Czy zabił pan Johanna Wendersa?
— Kogo? (…)
— Johanna Wendersa. Gimnazjalistę, lat osiemnaście, syna Johannesa i Irmgardy Wendersów. Znajdowanego fragmentarycznie w ciągu ostatnich paru tygodni w postaci nadającej się do sprzedaży w sklepie mięsnym dla ludożerców gwinejskich”.
Przeczytaj tę książkę, jeżeli chcesz, żeby narracja zabrała cię na spacer alejkami i pozwoliła zajrzeć do domów mieszkańców. Niemalże poczuć duszące od mąki powietrze młyna rodziny Biangów. Wejść do pachnącego świeżymi wypiekami zaplecza piekarni. Zajrzeć do otoczonego brzozami drewnianego budynku Cafe Putzig. Wejść do gmachu Królewskiego Gimnazjum. Zabrać na spacer Annę, cierpiącą na astmę dziewiętnastoletnią córkę rzeźnika. I to właśnie ten charakter historyczno-obyczajowy, możliwość przyjrzenia się mieszkańcom Wejherowa i odwiedzenia jego zakątków, jest największą zaletą „Pruskiej zagadki”. Schmandt umiejętnie buduje zagęszczającą się atmosferę miasteczka. Ludzie zaczynają się wzajemnie oskarżać. Tworzą się fronty. Pojawiają się represje względem podejrzewanych. Niektóre sprawy wymykają się spod kontroli. „Wejherowem wstrząsnął monstrualnych rozmiarów zbiorowy dreszcz przerażenia. Zgroza mieszała się w umysłach mieszkańców miasteczka z rozkoszą płynącą z poczucia odmiany sennego do tej pory życia. Domysły i plotki przetaczały się przez ulice i domostwa szeroką falą i, jak kapryśne strumyki, zmieniały nurt, doznawały metamorfoz, drążyły nowe koleiny” — czytamy. W takiej sytuacji inspektor musi ze wszystkimi porozmawiać, zbadać każdy trop, co sprzyja przedstawieniu Wejherowa, zajrzeniu do domów jego mieszkańców, poznaniu ich sekretów i brudów, ale też marzeń i aspiracji.

„Pruska zagadka” jest pierwszą częścią przygód berlińskiego inspektora — w serii „Sprawy Inspektora Brauna” ukazały się też „Fotografia” (2015) i „Fabryka Pokory” (2015), które już zerkają na mnie z mojego regału. Jestem bardzo ciekawy dalszych losów berlińskiej gwiazdy kryminalistyki, bo zdążyłem polubić zarówno samego Ignaza, nieco wzorowanego na Sherlocku Holmesie, w takim niemiecko-polskim (o polskich korzeniach inspektor pozwala sobie komuś w zaufaniu powiedzieć, korzystając z dużej odległości od Berlina) wydaniu, jak i nastrój tej opowieści.

Kup książkę papierową lub elektroniczną.

CYTATY

„Inspektor Ignaz Braun przetarł miękką chusteczką okrągłe szkiełka okularów. Bez nich czuł się jak bez ręki. Szybkim ruchem nałożył na nos cudowny wynalazek, dzięki któremu najważniejszy ze zmysłów mógł z całą ostrością rejestrować i oceniać błahe z pozoru elementy układanki tworzącej rzeczywistość. Pociąg miarowo turkotał, rytmiczne odgłosy toczących się kół wprawiały inspektora w doskonały nastrój. Wprawdzie Ignaz Braun najlepiej czuł się w swojej przytulnej berlińskiej garsonierze przy Dürenergasse, jednak i on od czasu do czasu odczuwał właściwą młodemu jeszcze człowiekowi potrzebę wyrwania się w świat, chociażby miało ono oznaczać chwilowe zaszycie się na prowincji. W przedziale drugiej klasy oprócz inspektora siedziało troje osób. Starszy pan o kościstej twarzy i siwym wąsiku czytał z namaszczeniem gazetę, której nie wypuścił z rąk od chwili wejścia do pociągu na stacji w Szczecinie. »Urzędnik podatkowy średniej rangi, może powiatowy inspektor szkolny, luteranin, przykładny ojciec kilkorga dzieci, głosuje na prawicę od co najmniej trzydziestu lat i kocha cesarza jak siebie samego. Nie miewa ekstrawagancji i nie chodzi do kabaretu« — ocenił inspektor towarzysza podróży.”

„— Czy mają państwo jakieś przypuszczenia dotyczące sprawcy morderstwa? — inspektor wrócił do pytania zadanego na samym początku.
— Nie mamy pojęcia, jak mogło dojść do takiej potworności. Niestety, nie możemy panu powiedzieć niczego o kłopotach Johanna, bo takich chyba nie było, przynajmniej do ostatnich dni, wtedy stał się smutny i jakby bezradny. Grzeczny uczeń, sumienny chłopiec. Dopiero niedawno doszły do nas głosy, że w sprawę mogą być zamieszani Żydzi.
— Komisarz Rensch wspominał mi o pogłoskach krążących po mieście — szepnął skupiony Ignaz.
— No właśnie. Widzi pan, z dnia na dzień narasta nieufność do Żydów. Ludzie wiążą fakty, przypominają sobie różne rzeczy.”

„Wstawał słoneczny dzień. Ranek pachniał przyjemnie. Gdzieś niedaleko zaszczekał pies, niski głos uciszał zwierzę, konie rozmaitych maści kroczyły po bruku, dźwigając ciężary. Ignaz lubił miejski świt. Z wielkim zajęciem obserwował ludzi spieszących do codziennych obowiązków, cieszyła go rześka niewinność rozpoczynającego się dopiero dnia. Z hotelowego okna dojrzał rzeczkę płynącą wartkim nurtem. Pod ulicą woda przepływała niewidoczna dla oka, wychodząc po drugiej stronie w niezmienionym kształcie. »Rzeka nie doznaje metamorfozy w ukryciu, człowiekowi to się zdarza« — pomyślał Ignaz, który uwielbiał wymyślać aforyzmy.”

książki, twórczość

Autor,

Lubię słuchać ambientu podczas długich spacerów. Nie wychodzę z domu bez plecaka, w którym pomieszkują: latarka, papierowe magazyny, książki, zeszyty, no i mnóstwo papieru, żebym w każdej chwili mógł napisać kolejny list. Fotografuję wyłącznie analogiem, a mój telefon jest ode mnie głupszy. Zbieram płyty muzyczne, książki, skasowane bilety autobusowe. No i listy. Często wracam do tych archiwalnych, na nowo je czytając i oglądając wrzucone do kopert załączniki. Kocham ukorzeniać nowe roślinki, oglądać mapy i dotykać drzew. Znajdziesz mnie też na Fejsie i na Twitterze.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi