kolaże, rozmowy, twórczość
Skomentuj

Lata dziewięćdziesiąte, czyli „Król Lew”, resoraki, dinozaury i słoneczniki Van Gogha. Rozmowa z Beatą Śliwińską aka Barrakuz

Z Beatą Śliwińską (ur. 1988), projektantką graficzną, ilustratorką i autorką kolaży, znaną jako Barrakuz, porozmawiałem o dzieciństwie w latach dziewięćdziesiątych, o nostalgii za tamtymi latami, a także o rzeczach, które tworzy. Już niedługo będziecie mogli ją spotkać na Targach Plakatu, na darmowych warsztatach, które będzie prowadziła w ramach akcji #CreateAsUs (zainteresowanych odsyłam do zapisów, a także tekstu, w którym daję znać o tym więcej), a teraz zapraszam do lektury!

Jesteś o jeden rok młodsza ode mnie, więc dla ciebie lata dziewięćdziesiąte również oznaczają dzieciństwo. Jak wspominasz tamte lata?

Lata dziewięćdziesiąte to dla mnie beztroskie dzieciństwo. Wychowywaliśmy się z bratem na wsi, w domu otoczonym polami i drzewami, więc mam dużo skojarzeń z okolicą, w jakiej się żyło. Dla mnie lata dziewięćdziesiąte to gra w zbijaka, rysowanie kredą po ulicach, wychodzenie po ulewie w kaloszach i odwiedzanie wszystkich kałuż. Nie byliśmy chowani pod kloszem i to była wielka nagroda dla nas dzieciaków od rodziców. Dzięki temu wiedziałam, że hamowanie przednim hamulcem, jadąc rowerem, skończy się na masakrze obu kolan i obu łokci. Albo domki na drzewach czy w drzewach — to chyba klasyk dzieciństwa lat dziewięćdziesiątych! Jeden mieliśmy obok domu. Drzewo miało specyficzną budowę, dało się do niego wejść, bo miało kilka pni rozchodzących się na różne strony. Prowadziliśmy w nim „sklep”. Drugi domek był już na drzewie, jakieś pięćset metrów od domu, w szczerym polu. Pamiętam do dziś, że było to „dziewiąte drzewo po lewej licząc od mojego domu”. Fajny czas, bo to takie lata, kiedy pojawiają się pierwsze wspomnienia. Pierwszy dekoder telewizji stacjonarnej — rodzice mieli taki i nadawał tylko niemieckie kanały. Od nazwy dekodera wzięliśmy imię naszego psa. Dziwnie co? Poza tym jest wiele fajnych myśli o tamtym czasie: dla mnie to resoraki (tak, zbierałam takie), które lądowały w przydomowej studzience, guma Turbo, pieniądze (jeszcze przed denominacją) w paczkach chrupek czy Coca-Cola w szkle, którą piłam codziennie, wracając ze szkoły. Zachodziłam do sklepiku moich rodziców, którzy prowadzili w tym czasie sklep, zdejmowałam plecak, prosiłam ekspedientkę o Coca-Colę na miejscu, wypijałam i wracałam dopiero do domu. Pamiętam też, że jako mała dziewczynka zbierałam puszki po różnych piwach i stawiałam je w swoim pokoju na meblościance. Nie wiem, jak moja mama mi na to pozwalała, ale tak było. W roku 1997 dostaliśmy pierwszy komputer. Stał w naszym wspólnym pokoju, który potem był tak zwanym pokojem „komputerowym”, nad biurkiem wisiał ogromny plakat Michaela Jacksona. Naszym zainteresowaniem były wówczas gry na CD, Saper, czasem jakieś dosowe gierki, ja ukochałam Painta od pierwszego włączenia.

W latach dziewięćdziesiątych zaczęła się też fascynacja muzyką, jak byłam mała to mój wujek, który zamieszkał w tej „wielkiej Warszawie” zabierał mnie i mojego brata na Stadion Dziesięciolecia, gdzie kupowaliśmy podrobione płyty. To samo robiliśmy u siebie. Mieliśmy w okolicznym mieście ryneczek, gdzie było stoisko z płytami i kasetami. Robiliśmy zamówienie i mama w miarę dostępności kupowała. Jak byłam starsza, to pamiętam, że już sama tam jeździłam. Końcówka lat dziewięćdziesiątych dla mnie to pierwsze subkultury, nagrywanie Metalliki z radia na kasetę, czy pierwsze glany. Oryginalna płyta ze sklepu to było coś! Pamiętam ekscytację na widok hologramów ZAIKS-u i wizytę w prawdziwym muzycznym sklepie. Do tej pory posiadam działający walkman! Bo od kaset się zaczęło. A jeśli mowa o kasetach, to trudno nie wspomnieć o VHS-ie, chyba najbardziej wielbionym sprzęcie każdego domu! Mieliśmy sporo bajek na VHS, moim faworytem do tej pory jest „Wilk i Zając” (żeby nie było — kaseta jest i ma się dobrze, czeka na kolejne pokolenie). Jedną z ciekawszych anegdot tego czasu był fakt, że w dziewięćdziesiątym trzecim i czwartym (miałam wtedy pięć-sześć lat) byłam ogromną fanką filmu „Tokkei Winspector”. Moja mama nagrywała mi wszystkie odcinki na kasetę. Pamiętam, miała pięknie, odręcznie zrobiony napis. Chyba ta stylistyka jest wciąż gdzieś blisko mnie albo w moim sercu i pamięci bardzo mocno. W podobny sposób, i w wyniku pewnego sentymentu, zostały ze mną dinozaury, które do tej pory uwielbiam — jest to chyba najbardziej trafiony prezent, jaki można mi zrobić! Jako dzieciaki, a chyba jeszcze bardziej mój brat (jest o rok starszy), niż ja, zbieraliśmy gazetę „Dinozaury”, do której załączano świecące w nocy kości T-Reksa, do złożenia w kompletny model. No kosmos! Pamiętam, że te dinozaury to była prawdziwa i mocna zajawka.

Dzieciństwo było mi bardzo łaskawe i dobre, nigdy nie chorowałam, byłam aktywnym dzieckiem. W całości spędziliśmy je na wsi, więc jak tylko pojawiało się coś nowego, to byłam zafascynowana. Dzięki rodzicom próbowaliśmy różnych zajawek, czy to basen, czy nauka gry na gitarze. Jeździliśmy co rok na wakacje, nad morze, czy w góry. Myślę, że gdyby nie ich poświęcenie wówczas, nie byłoby we mnie takiej ciekawości świata i pewnej wrażliwości. Wychowywanie się z o rok starszym bratem też jest fajne. Oczywiście — laliśmy się ile wlezie i zawsze kończyło się płaczem, ale zdecydowanie super jest mieć brata. Dziewczynki są silniejsze i bardziej zaradne. Tak mi się wydaje. Ale trzeba uważać na ilość czasu zabawy z płcią męską, ja za malucha miałam epizod, kiedy mówiłam o wszystkim w męskiej osobie: „zrobiłem”, „byłem”, „dałem”. Trochę zabawne, jak się to teraz wspomina. Myślę, że lata dziewięćdziesiąte były bardzo fajnym podkładem do milenium i dorastania. W pierwszej klasie podstawówki namalowałam pierwszą w życiu reprodukcję — były to słoneczniki Van Gogha. Byłam, pamiętam, bardzo zadowolona z dzieła, było to nie do końca idealne odzwierciedlenie, ale kunszt za to najwyższych lotów! Postarzyłam kartkę papieru poprzez jej pogniecenie, a całość utrwaliłam bezbarwnym lakierem do paznokci. To jeszcze wisi gdzieś w moim domu.

Świat wraca do przeszłości — widać to w ciuchach, widać to w grach, widać to w serialach, widać w filmach. Coraz częściej słychać głosy, że to jest tylko „nostalgia”, chociaż moim zdaniem to jest coś większego — powrót do czasów, kiedy wszystko było bardziej wyraziste, mniej rozmyte. Zgadzasz się ze mną?

Nostalgia to bardzo trafne określenie, ale może ona dotyczyć jedynie tych, którzy te czasy pamiętają. Dlatego po części tak jest, ale zdecydowanie bardziej bym skłoniła się do stwierdzenia, iż powroty do konkretnych dziesięcioleci, to nic innego, jak chęć zagięcia czasu i retrospekcji. To tak jak ja na przykład lubię stylistykę lat siedemdziesiątych, nie mogę ich pamiętać, bo nie żyłam w tych czasach, ale zdjęcia, filmy czy grafiki pozwoliły mi poczuć ten styl. To samo mamy teraz z latami dziewięćdziesiątymi. Nie jest to modowo mój najulubieńszy czas, raczej patrzę na to z lekkim uśmiechem, bo za chwilę znów sięgniemy po jeansy z rozszerzonymi nogawkami. Moda i styl zakręca, nieco zniekształcona obecnymi czasami, współczesnością i możliwościami techniki. Ale wciąż te lata dziewięćdziesiąte, jak wspomniałeś, są bardzo wyraziste, kojarzą się większości z podobnymi przedmiotami i tym, że przeżywaliśmy podobne chwile jako dzieci. W moim wypadku to bardziej jednak nostalgia, niż na siłę próba znalezienia się w tamtym okresie.

Po jakie treści wtedy sięgałaś?

Królowała kultura obrazkowa. Tysiące bodźców z kolorowych albumów, bajek, ilustracji w książkach, telewizji, okładek magazynów czy kaset. Wychowałam się na klasycznych bajkach, nigdy nie byłam komiksowa. Grało się najpierw na Atari, które kocham do dziś, potem na Pegasusie i komputerze z grami na CD. Uwielbiałam grać w „Donkey Kong”. Plus, chyba nie ma dziecka, które nie zestrzeliwałoby kaczek na telewizorze. Filmy, które pamiętam z lat dziewięćdziesiątych to „Król Lew” i „Titanic” — obydwa zobaczone w miejskim kinie z rodzicami. W naszym kinie grano tylko jeden film przez miesiąc, z dużym opóźnieniem w stosunku do premiery. Przechodziłam klasyczną fascynację dziewczyńskimi gazetkami — „Bravo”, „Bravo Girl”, kupowałam też „Popcorn”, wieszałam plakaty na ścianach. Namalowałam wielką gitarę elektryczną na ścianie i pamiętam, że trzy warstwy farby nie były w stanie tego pokryć podczas remontu. Potem pojawił się „Świat Wiedzy”, który namiętnie kupowaliśmy z bratem. Układałam też fraktale.

Chociaż dziś większość autorów kolaży „skleja” elementy w Photoshopie, nie da się odciąć od historii tego zajęcia – od zbieractwa najrozmaitszych przedmiotów, w przeszłości szalenie popularnego (karteczki, naklejki, zdjęcia, tysiące innych rzeczy). Ludzie z pokoleń „złotych myśli” radzą sobie znakomicie z kolażem, świetnie widać to w internecie.

Proces doboru elementów, lub sam fakt czy jest to materiał analogowy, czy komputerowy, zależy często od projektu. Faktycznie coraz częściej wycinamy komputerowo, ale ja kocham papier, faktury, tworzywo fizyczne, które tniesz i przyklejasz do podłoża. Poza tym kolaż analogowy jest wyzwaniem — raz pociętego materiału nie wrócimy do pierwotnej postaci. Z komputerową obróbką jest łatwiej pod tym względem, ale nie chciałabym klasyfikować tego na lepsze czy gorsze, raczej na zupełnie różne techniki.

Czyli niektóre twoje kolaże powstają analogowo?

Tak, mam kolaże analogowe, prowadzę tekę z takimi. Część z nich jest przeze mnie skanowana i przekształcana w plakaty. Będzie można je zobaczyć na żywo podczas Targów Plakatu.

Jak w tych czasach przebiega u ciebie pierwszy etap tworzenia kolażu — zbieractwo?

Zbieractwo jako takie nie przyczyniło się bezpośrednio do tego, że akurat tworzę w tym stylu, raczej pomogło w rozszerzeniu horyzontu. Ja nie jestem osobą, która wybitnie czerpie z nostalgii przy kolażach. Zostawiam tę działkę innym twórcom. Sama raczej szukam nowocześniejszego podejścia. Zaczynałam od kolażu „tradycyjnego” — szukałam połączeń znaczeń, jakiejś przewrotności, mam jeszcze kilka prac z tego okresu, ale styl ewoluuje i sama widzę, że to zmierza w zupełnie nowym, czasem zaskakującym kierunku. Jeśli chodzi o materiały do moich kolaży, to głównie jest to materiał współczesny. Sterty magazynów modowych, edytoriali, folderów ze sztuką. Elementy natury, kolory — to jest to, czego poszukuję. Element, który często spina moje projekty to oczy. Ktoś, kto gdzieś zetknął się z moimi plakatami, zauważy, że oczy to motyw, który wędruje między pracami. Niemniej, warto dodać, że ta dziedzina nie jest sztuką. Wciąż kolaż jest poboczną dziedziną. Techniką towarzyszącą. Element towarzyszący mojemu projektowaniu. Jest ogromną wartością dodaną, przy projektowaniu opakowań, okładek płyt, ilustracji, czy materiałów do sieci. Skłania do poszukiwań inspiracji, ale nie funkcjonuje w moim życiu jako jedyna forma wizualna.

Trudno się projektuje pod zamówienie?

Jest to cholernie trudne, a jak się jest upartą kozą, jeszcze trudniejsze. Ale dzięki temu nabywasz umiejętność bycia konsekwentnym. Niemniej, praca z klientem uczy pokory. Balans jest wtedy, kiedy nie tracisz swojego stylu, a klient jest wciąż zadowolony.

A z jakich swoich projektów, prywatnych lub komercyjnych, jesteś zadowolona ty?

Mam sentyment do analogów, bo są nostalgiczne i intrygujące. Komercyjnie jestem zadowolona z niedawnego projektu dla Adidasa, pewnie dlatego, że był bardzo rzetelnym projektem, gdzie kolaż był wypadkową wszystkich działań (sesje zdjęciowe butów, skany archiwów, materiały z biblii Adidasa, tworzenie poklatek do animacji), plus projekty do druku czy projekt pudełka. Projekt zajął mi ponad miesiąc pracy, ale jako „one woman army” myślę, że wyszło fajnie.

Barrakuz znajdziecie na jej stronie, a także na Fejsie, na Instagramie i na Behance. Zdjęcie użyte jako okładka autorstwa Łukasza Troca.

#CreateAsUs to akcja, w ramach której marka Asus zaprasza różnorakich twórców do wymieniania się kreatywnością. Tegoroczna odsłona odbędzie się 3 grudnia 2017 podczas Targów Plakatu i zabierze nas w podróż w czasie do lat dziewięćdziesiątych. Wciąż można się zapisywać na darmowe warsztaty, które poprowadzi Barrakuz! Trwa również konkurs na projekt pocztówki! Więcej informacji o akcji, jej ambasadorach, a także konkursie i nagrodach znajdziecie na stronie #CreateAsUs.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi