ilustracje, rozmowy, twórczość
Skomentuj

O latach dziewięćdziesiątych przeżytych w rozkroku między Polską a Stanami. Rozmowa z Alkiem Morawskim aka Lis Kula

Z Alkiem Morawskim (ur. 1988), ilustratorem znanym jako Lis Kula, porozmawiałem o latach dziewięćdziesiątych przeżytych w dwóch różnych światach — w rozkroku między Polską a Stanami, o rzeczach, które go wtedy zajmowały oraz rzeczach, które teraz tworzy. Jutro, 3 grudnia, będziecie mogli spotkać go na Targach Plakatu, gdzie w ramach akcji #CreateAsUs będzie malował obudowę laptopa z lat dziewięćdziesiątych (krótko przybliżył swoje zamiary w moim wcześniejszym wpisie), teraz natomiast zapraszam do lektury!

Można powiedzieć, że wychowałeś się w dwóch różnych światach. W tamtych czasach do Polski wszystko docierało z opóźnieniem. To, co Amerykanie oglądali w latach osiemdziesiątych, nasze telewizory masowo wyświetlały w latach dziewięćdziesiątych. Jak wspominasz polskie i amerykańskie lata dziewięćdziesiąte?

Jest tak, jak mówisz. Miałem trochę taki uprzywilejowany dostęp do tego lepszego świata i zresztą lubiłem się lansować przed polskimi rówieśnikami swoją znajomością filmów i telewizji zza oceanu. Całe lata dziewięćdziesiąte spędziłem w rozjazdach, żyjąc na zmianę w Warszawie i w Oakland, w Kalifornii. Dobrze pamiętam swoje przyjazdy do Ameryki i to, jakie wrażenie robiły na mnie tamtejsze reklamy zabawek. Utkwiła mi mocno w pamięci reklama sklepu Toys’R’Us, w którym dzieci szaleńczo wbiegały do sklepu i spychały całą zawartość półek sklepowych do swoich wielkich koszyków. Mój kalifornijski sąsiad miał więcej zabawek, niż było w całym moim polskim przedszkolu. W Stanach trendy bardzo szybko się zmieniały. Dzieci były tam zasypywane kreskówkami na każdym kroku i jak tylko coś się zrobiło modne, to pojawiała się zaraz kolejna najlepsza rzecz. Pamiętam, że jak w Stanach dostałem na gwiazdkę Power Rangersa, to po miesiącu usłyszałem od innych zerówkowiczów, że Power Rangersy są dla małych dzieci, mimo że sami się nimi dopiero co bawili. To była pierwsza połowa tamtej dekady i w Polsce ten świat konsumpcyjny dopiero kwitł i robił to bardzo powoli. Tu dzieci oglądały dobranocki, nikt nie kumał jeszcze Power Rangersów. Amerykańskie bajki niewinnie wchodziły do polskich umysłów za pomocą karteczek i kapsli. Tu zaczęły się pojawiać Żółwie Ninja, Looney Tunesy czy Transformersy. Z karteczek dowiedziałem się pierwszy raz o „Królu Lwie”. Te kilka lat w Stanach zdążyło ze mnie zrobić lekko skażonego kapitalizmem bachora i byłem bardzo wyczulony na te zmiany. Więc gdy tylko do Polski zaczęły dochodzić nowe batony z Zachodu, bajki i zabawki, stałem tam w pierwszym rzędzie i kibicowałem, wymachując swoją figurką zielonego rangera. Jako dziecko nie pojmowałem tego w kategoriach przemian ustrojowych, ale ten polski boom lat dziewięćdziesiątych był dla mnie bardzo namacalny. Widziałem to zachłyśnięcie się Polski zachodem i cieszyłem się na nie, bo Ameryka kojarzyła mi się po prostu z lepszym światem i chciałem być jej małym ambasadorem. Dopiero po latach trochę się ogarnąłem i zacząłem się otwierać na polski dorobek kulturowy, który mnie trochę ominął. Teraz dziewczyna się ze mnie śmieje, że nazywam siebie Polakiem, a nie znam żadnej piosenki Majki Jeżowskiej.

Czy masz jakąś swoją ukochaną twórczość z tamtych lat?

Chyba zbyt dużo, by wszystko wymienić. Na pewno klasyki z tamtych lat, które chyba ukształtowały całe to pokolenie, czyli „Król Lew”, „Toy Story”, „Faceci w czerni” itp. Z bardziej, powiedzmy, niszowych rzeczy najbardziej upodobałem sobie kreskówki, które leciały wtedy na amerykańskim Nickelodeon. Tytuły takie jak: „Aaahh!!! Real Monsters”, „Rocko’s Modern Life” czy „Ren & Stimpy”. Łączył je przytłaczający brud i syf w przedstawionym świecie. Uwielbiałem też zapomnianą już grę „Nightmare Ned”, która miała klimat podobny do tych kreskówek. Pamiętam planszę, gdzie główny bohater musiał się przedzierać przez wielką, ohydną szczękę zrujnowaną do resztek próchnicą. Na każdym zębie jakieś zgniło-zielone plamy, robaki pełzające przez ubytki. Uwielbiałem taką siloną na obrzydliwość estetykę i zostało mi to do dzisiaj. Po latach wracam do tych rzeczy, szukam wszelkich informacji o ich twórcach, animatorach i „screenuję” sobie ulubione momenty do folderu z inspiracjami.

Teraz przeszłość mocno wraca — widać to w serialach, filmach, widać też w bajkach i grach. Uważasz, że to jest chwilowa moda i nostalgia, czy coś więcej?

Flagowy przykład tego powrotu do przeszłości widać w jednym znanym serialu o dziwnej dziewczynce z krwawiącym nosem. Mnie ten serial się bardzo podoba, choć słowo na ulicy jest takie, że jego sukces opiera się wyłącznie na jeździe po nostalgii i czerpaniu z dorobku kultowych filmów z lat osiemdziesiątych. Mnie to kompletnie nie przeszkadza. Jest coś magicznego w takich sentymentalnych jazdach. W przypadku „Stranger Things” ta przeszłość jest mocno przerysowana. Zarzuca się światu z serialu, że przypomina bardziej „ejtisową” kliszę z dyskotek w stylu retro, niż faktyczne lata osiemdziesiąte. Ale może to właśnie jest jego siła i świeżość. Patrząc na pewne rzeczy z perspektywy lat, najłatwiej dostrzec i wyeksponować to, co w nich najlepiej działało i wzbudzało najsilniejsze emocje. Innym fajnym przykładem jest „Cuphead”, gra na Xboksa, mocno stylizowana na kreskówki z lat trzydziestych. Od wyglądu postaci, po ich charakterystyczny sposób poruszania się, jazzową muzyczkę i typografię wziętą z niemych filmów, wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Powstało dzieło bardzo wiernie oddające konkretny klimat, ale na które w tamtych latach w żaden sposób nie pozwalałaby technologia. Trochę taka kultura remiksu, gdzie daną estetykę da się przedstawić w nowym świetle. Wydaje mi się, że moda na retro nie jest niczym nowym, ale z pewnością coraz szybciej się zapętla i zjada własny ogon w dobie internetu. Masę jest już marek, memów, filmików nawiązujących do estetyki lat dwutysięcznych. Lekko ironicznego hołdowania erze Paris Hilton, nu metalu, baggy jeansów i tribalowych tatuaży. Nie chcę się bawić w socjologa, ale tłumaczę to sobie w ten sposób, że ludzie, którzy w tamtych latach śmigali po przedszkolach, dorastają i inspirują się kulturą, która wchodziła im do świadomości za sprawą starszego rodzeństwa i była dla nich zakazanym owocem. Wspominają celebrytów, teledyski i reklamy z większym dystansem, bo gdy oni sami wchodzili w dojrzałość, ta kultura już robiła się passé. Pozornie ją wyśmiewają, ale chyba czują też jakąś dumę, czy wyższość nad kolejnym pokoleniem dzieciaków. Robiłem w tym roku ilustrację do pewnego projektu dedykowanego młodzieży, który miał być silnie osadzony w nostalgicznym dla niej klimacie. Do projektu przeprowadzono masę badań, wywiadów w grupach focusowych, gdzie pytali obecnych licealistów o ich wspomnienia z dzieciństwa. Byłem w szoku, że pokolenie młodsze ode mnie o ponad dziesięć lat, ma dokładnie te same wspomnienia, co ja. Granie w wężyka na starej Nokii, oglądanie VHS-ów i klasyczne siedzenie na trzepaku oraz mocne odcięcie się od nowego pokolenia dorastającego z tabletem w ręku. Chyba po prostu przeszłość zawsze będzie bardziej kolorowa i inspirująca od teraźniejszości, skoro nawet nowe filmy science fiction są retro jak cholera.

Czy zgodzisz się ze mną, że w stylu twoich prac widać właśnie zderzenie tych dwóch światów — szaleństwa amerykańskich kreskówek i takiego bardziej wschodnioeuropejskiego sznytu polskich i może trochę rosyjskich ilustracji ze starych książek?

Zgodzę się! Na studiach w Stanach zawsze mi powtarzano, że moje rzeczy są bardzo słowiańskie. Teraz w Polsce mówią mi, że są amerykańskie. Moja kreska jest pewnie mniej lub bardziej świadomą wypadkową obu światów. Inspiracje amerykańskie są bardziej oczywiste. Roboty, dinozaury, wszelkiej maści potwory to po prostu efekt oglądania hollywoodzkich blockbusterów. Za to w bajkach z dawnego bloku wschodniego zawsze podobały mi się folkowe przedstawienie otoczenia. Lasy bogate w rośliny, grzybki, jakieś szlaczki inspirowane sztuką ludową. Widzę dużo podobieństw w tłach z takiego np. „Krecika” czy „Misia Uszatka” do tego, co rysowaliśmy na zajęciach w polskim przedszkolu. Wszystkie te bajki łączył też charakterystyczny, ponurawy klimat. Dużo brązów, szarości i zgniłych zieleni. W czasie kiedy studiowałem w Stanach, dostałem zlecenie na okładkę dla Małpy, rapera z Torunia. Byłem z tego bardzo dumny i, mimo że nikt z moich amerykańskich znajomych nie mógł go kojarzyć, pokazywałem tę okładkę wszystkim. W środku opakowania znajdowała się ilustracja ze starym polskim tramwajem, przedzierającym się przez jakieś szarobure „elo-osiedle”. Straszna sztampa i zapomniałbym już o tym konkretnym rysunku, ale po latach paru znajomych ze Stanów odwiedziło mnie w Warszawie i przyznało, że dopiero teraz zrozumieli, że ta ilustracja nie była jakimś moim wydumanym światkiem. Powiedzieli, że Polska faktycznie tak wygląda. Na studiach pokazywałem tym samym znajomym polskie animacje z łódzkiej filmówki i też kompletnie do nich nie trafiały. Dla nich były po prostu zbyt smutne i depresyjne. Nie mieli do nich żadnego kulturowego odniesienia. U nas taki sposób przedstawiania świata jest bardzo naturalny. Nie jestem jakimś wielkim fanem Beksińskiego czy Dudy-Gracza, ale jak patrzę na ich obrazy, mam przed sobą tę wizję czekania na autobus, stojąc w brudnym, wczorajszym śniegu w zaawansowanej szarej polskiej zimie. Co ciekawe, po latach dowiedziałem się, że wielu z twórców wspomnianych wcześniej, amerykańskich kreskówek było tworzonych przez imigrantów ze wschodu. Reżyser od „Aaahh!!! Real Monsters” tworzył niskobudżetowe animacje artystyczne w Kijowie, zanim został „zheadhuntowany” przez Amerykanów. Genndy Tartakovsky od „Laboratorium Dextera” czy „Samuraja Jacka” wychował się w Rosji. Może dlatego bajki tego drugiego tak dobrze przyjęły się w Polsce.

Jak powstają twoje prace? U ciebie chyba dużo powstaje analogowo?

Większość moich prac powstaje techniką mieszaną. Robię w miarę staranny rysunek ołówkiem, który skanuję i koloruję na kompie. Staram się dzięki temu uzyskać efekt, który będzie się różnił od klasycznego digital paintingu. Zdarza się mi rysować ilustracje w całości analogowo, ale z racji wykonywanego zawodu, łatwiej mieć wszystko na warstwach. Zawsze można coś przesunąć, zmienić kolor, cofnąć itp. Polubiłem tę technikę i lubię możliwości, jakie mi daje, ale maluję też murale i obiekty fizyczne. Wtedy korzystam z markerów akrylowych, które są idealnym wynalazkiem dla tak nieogarniętych ludzi, jak ja. Nienawidzę mieszania farb, czyszczenia pędzli, korzystania ze wszelkich terpentyn i rozpuszczalników. Podczas malowania lubię działać w miarę intuicyjnie i jeśli stwierdzę, że nagle muszę wypełnić coś na fioletowo, to nie mam cierpliwości do wyciskania farby z tuby. Biorę marker albo wybieram kolor z próbnika w Photoshopie i mam święty spokój. Mimo wszystko mam swoje nieodłączne rytuały. Ciężko pracuje mi się w ciszy, przy muzyce szybko się rozkojarzam i wchodzę na Facebooka, zamiast pracować. Idealną receptą jest gadanina radiowa i podcasty, bez których nie potrafię już przysiąść do pracy.

Masz jakieś swoje projekty, z których jesteś szczególnie zadowolony?

Ostatnim takim naprawdę wyjątkowym dla mnie projektem było malowanie ciężarówki Mercedesa. Miałem lekko ponad tydzień na pomalowanie całego ogromnego ciągnika truckowego. Przez ten czas ledwo spałem i pracowałem na rezerwach swoich sił, ale projekt sprawił mi kupę radochy i jestem z niego bardzo zadowolony. Miła odskocznia od dłubania malutkich rysuneczków na biurku. Mam wiele wymarzonych projektów. Chciałbym wreszcie wydać jakiś komiks albo stworzyć własne zabawki. Patrząc czysto pod kątem ilustracyjnym, marzę, żeby moje rysunki pojawiły się na jakimś kultowym produkcie spożywczym w rodzaju płatek śniadaniowych, mleka albo czipsów. Lubię się przyglądać takim rysunkom w sklepach i mam swoich faworytów, jak wieczko Masła Roślinnego czy opakowanie draży Korsarzy. Dostawałem propozycję opakowań soczków albo ciastek, ale dziwnym trafem zawsze w momentach, gdy nie mogłem ich przyjąć. Wierzę, że to przeznaczenie i wciąż czekam na swoją wielką propozycję. Jeśli jesteś wpływowym przedsiębiorcą i monopolistą rynku spożywczego, który właśnie to czyta, wiesz gdzie pukać.

Czym zajmuje się Alek Morawski, kiedy nie rysuje?

Zmywaniem naczyń, wyrzucaniem śmieci, sprzątaniem w dużym pokoju i sprawdzaniem lajków na Instagramie.

Prace Lisa Kuli znajdziecie na jego stronie, na Fejsie, na Instagramie i na Behance.

#CreateAsUs to akcja, w ramach której marka Asus zaprasza różnorakich twórców do wymieniania się kreatywnością. Tegoroczna odsłona odbędzie się 3 grudnia 2017 podczas Targów Plakatu i zabierze nas w podróż w czasie do lat dziewięćdziesiątych. Wciąż można zapisywać się na darmowe warsztaty! Więcej informacji o akcji, jej ambasadorach, a także konkursie i nagrodach znajdziecie na stronie #CreateAsUs.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi