muzyka, przygody, wydarzenia
Skomentuj

Podobały mi się zespoły supportujące Snowida. Czyli o SpaceFeście 2014

Że SpaceFest jest moją ulubioną imprezą muzyczną wie już chyba każdy, kto mając nas w polubionych zaglądał w ciągu ostatnich dni na Fejsa. A ponieważ SpaceFest 2014 już za nami, przyszła pora żeby opisać wrażenia.

Jednym z elementów tegorocznego SpaceFesta, o którym się dużo mówiło, był plakat. Długowłosy, brodaty samiec alfa, z kobietą przerzuconą przez bark to oczywiście dziarski, przykuwający oko motyw — wisienką na torcie zarąbistości były jednak rajtki, w których stoi Snowid, główny bohater fotografii. Istny szał. Co ciekawe, na to zdjęcie autorstwa Druidart wpadłem kilka tygodni przed festiwalem, przeczesując internetowe odmęty artystycznych portfolio, w poszukiwaniu czegoś, co bym chciał na blogu pokazać. Zainteresowała mnie zakładka „Fotografia alternatywna”, ale jej zawartość okazała się mieć nieznośną wręcz dawkę kiczu, aż do momentu, kiedy chcąc już zamknąć zakładkę, zobaczyłem «to» zdjęcie. Z miejsca mnie zachwyciło, zapisałem sobie na telefonie, pokazałem Oli. Ależ było moje zdziwienie, kiedy jakiś czas później na Fejsie SpaceFesta zobaczyłem oficjalny plakat z tym zdjęciem! Ostatecznie zdjęcie posłużyło do większości materiałów festiwalu, włącznie z plakatem, bannerami, pocztówkami. Tak przykładowo wygląda moja ulotka z rozpiską z tyłu, zeskanowana po dwóch dniach noszenia jej w kieszeni bluzy. Aż mi się folijka pozwijała.

Zresztą pierwsza rzecz, jaka witała ludzi wchodzących do Klubu Żak to był właśnie stojak z plakatem, z którego wycięto twarz Snowida, żeby każdy mógł sobie tam zrobić zdjęcie. Ilość osób, które korzystało z tej szansy oczywiście wzrastała wraz z ilością wypitych browarów, ale największym hitem i tak był sam Snowid, który wcisnął tam twarz. Krążą w sieci zdjęcia z tej wiekopomnej chwili.

Ogromne brawa dla Anny Szynwelskiej, Karola Schwarza i ich ekipy; to była zdecydowanie najlepsza edycja SpaceFesta, zarówno organizacyjnie, jak i pod kątem występów. Dużo lepsze było niemal wszystko – nagłośnienie (w zeszłym roku, niektóre występy były za głośno), średni poziom występów, klimat imprezy, nawet frekwencja, bo wysprzedały się wszystkie bilety. Program ułożony był z głową, tak, że można było zobaczyć trochę tego, co działo się na głównej scenie i trochę tego co na mniejszej, w kafejce, dzięki czemu zobaczyłem występ Przed Państwem Rara i bez problemu zdążyłem na The Oscillation. Jedyny wyjątek, to Snowid i The KVB, które działy się równocześnie, ale o tym na końcu. Świetne pojawiły się też wizualizacje, ale przede wszystkim bardzo mi się podobał motyw z rzucaniem na ścianę obrazu z kamery, tak że scenę i muzyków widać było dwukrotnie. Proste rozwiązanie, a efekt świetny.

Jeśli chodzi o sam line-up, Ania i Karol znów nie zawiedli. Było różnorodnie i ciekawie, a przy tym czuło się, że stoi za tym jakiś klucz, dobrze to razem współistniało. Przyszedłem na festiwal przygotowany, odsłuchałem sobie w sieci i zebrałem w jednym miejscu próbki części wykonawców. Od strony muzycznej na żywo największe zakrzywienie materii czasoprzestrzeni zrobili Death Hawks. To był trochę inny rodzaj magii niż studyjnie, bo było zdecydowanie więcej energii i hałasu, ale tak cudownie prowadzonych instrumentalnie i wokalnie (to był najlepszy głos tegorocznego SpaceFesta), że aż trudno to opisać. Były takie momenty, że tłum wyglądał jak na jakiejś imprezie klubowej – pogrążony w transie, jednostajnie tańczący do dwuminutowego fragmentu powtarzalnych, transowo-rockowych dźwięków. Do tego wszystkie te szamańskie okrzyki i przyśpiewki frontmana, co dawało naprawdę niezłego klimatu. No i moment, kiedy wokalista zeskoczył (czy może bardziej spadł?) z perkusji i wpadł w statyw mikrofonu. Jak leciał to oczami wyobraźni już widziałem, że się połamie, ale na szczęście tak się nie stało.

Kapitalny był też występ 2Kilos &More + Black Sifichi, czyli francuski duet powracający po dwóch latach na festiwal, tym razem w kolektywie z pisarzem i spokenwordowcem Black Sifichi. Za pierwszym razem były same mocne, industrialne motywy elektroniczne – ona i on pochyleni nad sprzętami, tym razem doszły instrumenty – on chwilami siadał przy bębnach, ona chwytała gitarę. I trzeba przyznać, że wtedy był hałas. Ich gra, w połączeniu z zapętlonym elektronicznym tłem tworzyła chwilami solidną ścianę dźwięków. Do tego wizualizacje – tradycyjnie dla nich wyświetlane za ich plecami i przed nimi, na półprzezroczystej siatce i mocny, ciekawy głos BS, dały doznania naprawdę intensywne. Jeśli chodzi o obrazki, najbardziej utkwił mi w głowie moment, jak przed nimi wyświetlały się nagrania z wyburzeń budynków, ale puszczone od tyłu, byśmy mogli obserwować jak dymiący gruz stopniowo zmienia się w normalne bloki. A moment narracji, to ten kiedy Black Sifichi opisywał jak ktoś masuje kobietę, a ona stęka z przyjemności. I ten motyw, kiedy BS wykrzykiwał cały czas, w kółko i w kółko: „and how is it feel?! okay?!” Można sobie tego posłuchać, bo BS jest oryginalnie w tym kawałku.

Dużym zaskoczeniem był dla mnie jedyny projekt, którego nie posłuchałem przed festiwalem – Silver Apples. O jego historii dowiedziałem się dopiero na miejscu, od ludzi. Otóż Simeon to jest taki facet, który w latach 60. zmajstrował domowej roboty syntezator („składający się z 12 oscylatorów i zestawu filtrów dźwiękowych, klawiszy wymontowanych z telegrafu, części odbiorników radiowych, sprzętu laboratoryjnego i różnego rodzaju elektronicznego złomu” – możemy przeczytać na stronie SpaceFest!) i wraz z kumplem, Danem Taylorem, grającym na perkusji stworzyli zespół Silver Apples. Początkowo się nawet udawało, ale na przełomie lat 60. i 70. upadła wydająca ich wytwórnia KAPP records, a zespół zniknął. Simeon reaktywował go w 1996 roku, nagrywając z różnymi muzykami, nie przestał grać również po tym jak w 2005 roku Dan Taylor zmarł na atak serca (jego perkusja jest puszczana elektronicznie). Obecnie Simeon jest już starszym gościem, siwiutkim. Stanął przed nami na scenie, schowany za masą analogowych bajerów, i zaczął tworzyć swój dźwiękowy świat. I muszę się przyznać, że z początku spoglądałem na to z uśmiechem, nawet nie ze względu na to, że starszy facet i muzyka klubowa, ale ze względu na różne takie śmieszne dźwięki, które dodawał, kojarzące mi się z jakimś takim festynem w małej mieścinie gdzieś w USA. Ale z czasem mój uśmiech zaczął znaczyć coś innego: znienacka mi się to zaczęło podobać, wciągał mnie w te swoje elektroniczne szaleństwo, zaczynałem je kochać. Pod koniec występu ten uśmiech już mi zszedł z ust; trochę dlatego, że mocno już jego klimat poczułem, a trochę dlatego, że chociaż zaczął wesołowo, tam później było trochę refleksyjnych, smutniejszych motywów, choćby ten, w którym śpiewał na tle mocnych basów i innych intensywnych dźwięków, o przemijaniu, o śmierci. Niezwykły miks, niezwykły człowiek, jakoś mocno mnie ujął tym wszystkim.

Przed Państwem Rara, w postaci Rafała Skoniecznego i jego towarzyszy, zagrali w kafejce bardzo ładny występ. To była taka muzyka improwizowana, subtelna, piękna – taka, jaką lubię słuchać wieczorem, kiedy coś robię, myślę, wspominam, albo taka przy której uwielbiam zasypiać. The Oscillation brzmiało zupełnie inaczej niż studyjnie – też fajnie, chwilami jeszcze lepiej, ale bardziej mi się podoba ich krążek „From Tomorrow”, niż spacefestowy występ, bo o ile w klimatycznych, zadymionych czarach są znakomici, o tyle w łupance, już „tylko” dobrzy. Jak weszli Tales of Murder and Dust zapanowała bardzo intrygująca ponurość, to był dobry występ, nastrojowy, gęsty. The Enters momentami brzmieli jakby byli muzycznym pociągiem, który już raz rozpędzony, miał mknął przed siebie z pulsującym, szalonym łomotem, bez końca. Te momenty mocarne, były kapitalne, pozostałe – solidne. Początek występu 3moonboys jakoś mi zupełnie nie podszedł, już chciałem iść na piwo szczerze mówiąc, ale jakoś zaraz się poprawili, szczególnie kiedy zwalniali, płynęli, budowali klimat (w łupance są bardzo umiarkowani). Wokal bardzo nierówny, bo chwilami mi się mocno podobał, a chwilami niedomagał. Muzyka dość interesująca, były takie moment, że bas i perskusja szły naprawdę świetnie. Niczego sobie występ.

To oczywiście wszystko jest kwestia gustu, ale do mnie klimaty, które Ania z Karolem sprowadzają na SpaceFesta mocno trafiają. Były oczywiście występy, które mnie zachwyciły i były takie, które się po prostu podobały – mniej lub bardziej. Ale był tylko jeden występ, który nie podszedł mi w ogóle – Pure Phase Ensemble 4. I nie chodzi tu nawet o poszczególnych muzyków, o ich umiejętności, o grę, o to co robią poza PPE, bo ekipa była zacna (no, nie licząc Marka Gardenera, którego już drugi raz słyszałem na SpaceFeście i drugi raz leciał niziutko), a poszczególne zagrywki ciekawe. Po prostu ten materiał, który stworzyli wydaje mi się zwyczajnie słaby. Bo niby były momenty, kiedy człowiek się uśmiechnął, ale te elementy nie składały się w jakąś intrygującą i wciągającą całość. Nie wspominając o tym, że dla mnie to było aż nazbyt romantyczne, w tym niekorzystnym, kiczowatym sensie. Wciąż jestem dużym sympatykiem pomysłu na PPE, i wciąż uważam (miałem zresztą na poprzednich edycjach dowody), że można w trakcie krótkich warsztatów zrobić ciekawy materiał, ale to nie był po prostu dobry przykład. I tu wyjątek: bardzo podobał mi się jeden utwór, ten w którym Mark coś tam nucił, a Karol Schwarz śpiewał po polsku różne czaderskie linijki, w tym coś z: „róbcie notatki, notatki, notatki”. To było akurat świetne. Chcę to usłyszeć, jak już zmontują płytkę.

Zabawne było, jak w przerwach między koncertami chodziło się po holu między salą a kafejką, albo właśnie w samej kafejce, i nagle przeszedł Snowid – wtedy od razu było słychać szepty (głównie dziewcząt, choć nie tylko). „– Ej, to ten z plakatu? – No, to chyba on”. I temu podobne, najróżniejsze warianty świadczące o poruszeniu. W końcu jednak nastał ten moment, kiedy ów zarośnięty jegomość, przechadzający się tu i tam, rozebrał się do samych rajstop, umazał się czymś i rozpoczął swoje show. A zaprawdę powiadam wam, był to kawał widowiska! Otóż mówimy o małej scenie, na której tańczył i podskakiwał długowłosy brodacz w rajtuzach, a wokół niego tańczyli ludzie z ubranymi jakimiś głowami zwierząt, a także DJ Grzyb, który na głowie miał takie coś z siatką, przez co prześwitywało w miejscach oczu światło dwóch latarek. A jakby tego było mało, tańczyli do szalonego kosmiczno-pogańskiego disco z wokalami à la Cool Kids Of Death.

Ludzie bawili się świetnie, pod sceną zebrał się niemały tłum, którego euforię trudno byłoby w ogóle opisać. Tańczyli, skakali, pogowali, obserwowali kolejne zwierzęce głowy, a na koniec niektórzy to już nawet tańczyli ze Snowidem na scenie. Na osobną pochwałę zasługują teksty piosenek, zaczynając od motywów z wyprawami po magiczny miecz, a kończąc na deklaracjach „twój ogień nie zrobi mi nic”. To było na tyle pojechane doświadczenie, a cały ten spektakl połączony z tak niedorzecznie genialną muzyką, że więcej czasu spędziłem u Snowida, niż u grającego na dużej sali (niestety, równocześnie) duetu The KVB. I nie żałuję. Bo choć The KVB grali pięknie, i transowo, i głęboko, i ładnie, to przez dwa dni z rzędu nasłuchałem się już dużo takiej muzyki – psychodeliczny świat Snowida ciągnął mnie wtedy bardziej. Innymi słowy: podobały mi się zespoły supportujące Snowida w tegorocznym SpaceFeście. Nie umiem sobie wyobrazić następnej edycji bez niego, stał się ich znakiem rozpoznawczym. Brodatym, słowiańskim bożkiem SpaceFestu w czarnych rajtach.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi