malarstwo, twórczość

Tetsuya Ishida. Ten, który chciał naprawić świat pędzlem

Kiedy niedawno wpadłem na prace Tetsuyi Ishidy powaliły mnie na kolana, od razu wiedziałem, że o nim napiszę. Że nie przestraszę się japońskich robaczków na jego stronie. Że damy sobie radę po angielsku. Że powstanie wpis z jego odpowiedziami. I dopiero wtedy zobaczyłem, że w 2005 Tetsuya zginął w Tokyo, zmiażdżony przez pociąg. Bardzo szkoda, i człowieka, bo wydaje się, że był fajnym, wrażliwym gościem i artysty, który był prawdziwym surrealistą.

Surrealizm kocham od pierwszego wejrzenia. Ale ten boryka się z jednym problemem: mrowiem twórców, którym się wydaje, że wystarczy zrobić coś dziwacznego i jest się przedstawicielem tegoż nurtu. Otóż surrealizm to coś znaczenie większego niż tylko dziwactwo – to jego konkretny rodzaj, sztuka zawieszona gdzieś między snami a jawą, symboliką a wolnością skojarzeń, między świadomością, że istnieje rzeczywistość a intuicyjnym odczuwaniem, że obok niej płynie coś jeszcze. To właśnie bije z obrazów Tetsuyi Ishidy, i to szalenie mocno.

Jego prac można znaleźć w sieci dużo, ale informacji o nim samym niewiele. Trochę mówi Wikipedia. Trochę można znaleźć w nieautoryzowanym dokumencie „[SUB]URBAN — An Unauthorized Introduction to Tetsuya Ishida” w reżyserii Petera I. Changa i z narracją Mitcha Cullina, który opowiada o swojej fascynacji japońskim artystą. Mieszkając w Tokyo, któregoś dnia Cullin wszedł do księgarni i wyszperał książkę, której okładka zwróciła jego uwagę. Widniały na niej napisy „TETSUYA ISHIDA” i jakieś japońskie podpisy, a między nimi wstawiono obraz, przedstawiający japońskiego etatowca, na wpół wkomponowanego w podniszczony samolot, rozkładającego ramiona z cichym cierpieniem wypisanym na twarzy.

Tamtego dnia Mitch Cullin nie tylko zakupił ową książkę, wchłonął zarówno obrazy, jak i załączony krótki tekst o Tetsuyi, ale również postanowił dowiedzieć się więcej o artyście. Zrobił rundkę po tokijskich galeriach sztuki, ale dowiedział się dwóch rzeczy – że Ishida zmarł dwa lata wcześniej i że nie da się znaleźć o nim zbyt wielu informacji. Krótki tekst z książki okazał się być najbardziej treściwą opowiastką o nim, jaka istniała. Jego treść, a także kilka swoich odkryć Cullin pokazał we wspomnianym krótkometrażowym filmie.

Otóż Tetsuya Ishida urodził się 16 czerwca 1973 roku w mieście Yaizu, w prefekturze Shizuoka, jako najmłodszy z czwórki synów. Jego ojciec był członkiem Zgromadzenia Narodowego, czyli dwuizbowego parlamentu. Matka zajmowała się domem. Miał się on kiedyś przyznać, że w okresie szkoły średniej rodzice i sama uczelnia naciskali na niego, by przykładał się do nauki, stając się nauczycielem albo chemikiem. Tetsuya nie tylko postawił na swoim, wybierając i kończąc Komunikację wizualną i projektowanie graficzne na Musashino Bijutsu Daigaku (tokijska uczelnia artystyczna powstał po transformacji Teikoku Bijutsu Gakkō, imperialnej szkoły artystycznej, której korzenie sięgają 1929 roku), ale również przełożył ową presję na młode pokolenia w sporo motywów swoich obrazów.

Rodzice byli niezadowoleni z wyboru syna, odmówili mu wsparcia finansowego podczas jego studiowania na Musashino Bijutsu Daigaku. Tetsuya wraz z kolegą z uniwersytetu, Isamu Hirabayashi, założyli studio multimedialne żeby współpracować przy tworzeniu projektów łączących film i sztuki wizualne. Jednak ze względu na słabą ekonomię lat 90. w Japonii przebranżowili się na studio graficzne, z którego Tetsuya odszedł, by skupić się na swojej sztuce.

W latach 1997-2005 poświęcił się swojemu malarstwu, zdobywając stopniowo coraz większe uznanie, wygrywając nagrody i organizując wystawy. W tamtym okresie udało mu się zebrać na tyle pozytywny odzew, że z tego się właśnie utrzymywał aż do swojej śmierci 23 maja 2005, kiedy na stacji w tokijskiej dzielnicy Michida zginął na miejscu, przejechany przez pociąg. Miał 31 lat.

Do dziś są wątpliwości, czy był to wypadek czy samobójstwo. Bo z jednej strony, uspokajał matkę, kiedy martwiła się o ponurość niektórych jego prac, które widziała jako autoportrety Tetsuyi, a pytany o trudne rzeczy, często obracał wszystko w żart, ale z drugiej strony – czy nie dokładnie to na zewnątrz robią wszyscy smutni ludzie? Tetsuya przyznawał się, że maluje, by pokazać świat takim, jakim go czuje. Że przyciągają go artyści czujący ból całej ludzkości, a także tacy, którzy szczerze wierzą, że świat jest po trochu ratowany z każdym pociągnięciem pędzla.

Te słowa posłużyły za tytuł wystaw jego obrazów, które zagościły w USA po raz pierwszy w tym roku – „Tetsuya Ishida: Saving the World with a Brushstroke”. Wystawa odbywa się w Asian Art Museum w terminie 14 listopada 2014 – 22 stycznia 2015.

Chociaż w pracach Ishidy trudno nie wyczuć silnej japońskości, to czyż nie odnajdujemy się w nich wszyscy? Jego obrazy drążą to czym jest nasza tożsamość. Jak radzimy sobie w społeczeństwie i odgrywaniu swoich ról. Jak odnajdujemy się w społecznych i technologicznych przemianach. Jak czujemy się w swoich głowach. Jak cichutkie jest nasze okazywanie cierpienia. Jak samotni, pominięci czasem się czujemy. Jak czujemy się w pracy, przez długie lata wykonując rzeczy, których nie lubimy i które nie mają znaczenia. Wszystkie te sfery życia człowieka, Tetsuya łączy z przedmiotami codziennego użytku, z jednej strony i surrealistycznymi, sennymi motywami, z drugiej. Artysta widział w tym najwyraźniej swoją misję. „To czego szukam, to możliwość wyrażenia udręki, ale nie czegoś przygnębiającego, co kończy się w użalaniu się nad sobą… nie, by pokazać moją udrękę, ale jako formę poczucia humoru, którym można wyśmiać z siebie takie emocje. To jest bliskie nonsensu” – powiedział kiedyś Tetsuya. Ten, który chciał naprawić świat pędzlem.

21 grudnia 2014,

Lubię słuchać ambientu podczas długich spacerów. Nie wychodzę z domu bez plecaka, w którym pomieszkują: latarka, papierowe magazyny, książki, zeszyty, no i mnóstwo papieru, żebym w każdej chwili mógł napisać kolejny list. Fotografuję bezlusterkowcem Fujifilm X-A10, gram na Nintendo Switchu. Zbieram płyty muzyczne, książki, skasowane bilety autobusowe. No i listy. Często wracam do tych archiwalnych, na nowo je czytając i oglądając wrzucone do kopert załączniki. Kocham ukorzeniać nowe roślinki, oglądać mapy i dotykać drzew. Znajdziesz mnie też na Fejsie i na Instagramie.