przygody, streetart, wydarzenia
Skomentuj

Traffic Design 2013

Nie wszyscy muszą znać, więc krótko. Traffic Design to kilkudniowe święto streetartu, podczas którego miasto ozdabiane jest kolejnymi muralami. Na początku obejmowało całe Trójmiasto, teraz już tylko Gdynię. W pierwszej edycji brali udział artyści lokalni, w drugiej już ogólnopolscy. Tym razem było międzynarodowo, co daje prosty rachunek – vol. 4 musi być międzyplanetarne. A, że jadąc w samochodzie z czwórką organizatorów, dowiedziałem się o ich konszachtach z terrorystami (skupują od nich jakiś sprzęt, ale ciii…), także jestem przekonany, że i z kosmitami sobie poradzą.

Twórcą Traffica jest Jacek Wielebski – grafik, plakacista i streetartowiec, który w zeszłym roku obronił się na wydziale gdańskiego ASP pod okiem Jacka Staniszewskiego. Kiedy tego ostatniego spytałem o Wielebskiego, odpowiedział krótko, ale intensywnie: „w tej masie absolwentów ASP to jest jeden z niewielu, którzy wiedzą co mają w życiu robić”. I to jest zdanie, które mi tu mocno pasuje. Bo on, wraz z trójką osób – Natalią Kaczor, Moniką Domańską i Michałem Lechem – udowadniają, że chcieć to móc.

Ta czwórka to przede wszystkim przyjaciele. Kiedy siedzieliśmy w knajpie i rozmawialiśmy o Trafficu, dzielili się jedzeniem (to akurat nic dziwnego, Sztuczka serwuje takie rzeczy, jak zupa z arbuza z fetą) i wyglądali na bardzo zżytych. Nie potrzeba też dużo czasu, by zrozumieć, że streetart to dla nich coś. Czuć to, kiedy mówią o poszczególnych pracach, stylach i technikach artystów.

Ciekawą częścią organizowania takiego festiwalu, są spotkania z samymi artystami (w końcu ludzie przyjeżdżający z innych miast/państw, muszą jakoś spędzać czas, kiedy nie malują). Trochę mi poopowiadali takich rzeczy zza kulis, przykładowo jak GR170, twórca spod Barcelony, miał ochotę na babeczki, a przez pomyłkę kupił proszek do ich robienia. Więcej tego było, ale mi umknęło.

Dla ludzi na ulicach to jest tylko kilkanaście murali. Ale od strony organizacyjnej trochę to wymaga. Przede wszystkim finanse, co w przypadku Traffic Design akurat udało się super – Gdynia to sponsoruje (co swoją drogą, jest cudownym wydaniem kasy na animowanie kultury). Podpytałem trochę o relacje z prezydentem Gdyni, Szczurkiem, bo nawet jakieś ogólniki uzgadniał z nimi osobiście. Wiecie, to jest polityk. Spodziewałem się takiej odpowiedzi „tylko między nami”, której nie będę mógł użyć we wpisie, bo będzie pełna frustracji. A tu totalne zaskoczenie. Mówią, że to fajny gość. Że współpracuje im się dobrze. Że oczywiście nie zna się na streetarcie, więc część merytoryczną pozostawia im. Ludzie chwalący prezydenta swojego miasta, to nie jest częsta sprawa. Dziwnie mi było.

Są oczywiście też nagłe atrakcje – jak choćby utrata trzydziestu ścian (postindustrialne przestrzenie Dalmoru) krótko przed festiwalem. Rozśmieszyło mnie mocno, jak mówili, że jeździli jednego wieczoru po Gdyni na rowerach i szukali dobrych ścian. Potem oczywiście bieganie za zarządcami budynków z portfolio artystów/projektami prac. Ale to akurat podobno jest upierdliwe głównie ze względu na szukanie tych ludzi, bo ludzie już znają wcześniejsze prace, są pozytywnie nastawieni do malowania ich ścian.

Opowiadam to od tyłka – najpierw spotkanie z organizatorami, które było po, a dopiero teraz o samej wycieczce – bo chronologia mi tu nie była potrzebna. Także ten. Spotkaliśmy się na rogu Żeromskiego i Św. Wojciecha. W tamtych okolicach jest już sporo murali – z tej i poprzedniej edycji. I stamtąd ruszyliśmy, z przystankami przy niektórych pracach.

Fajny to był spacer. Ekipy telewizyjne zadawały dziesiątki dziwacznych pytań („jaka jest interpretacja tej pracy?” to jeden z hitów), Michał Lech ciekawie opowiadał, choćby o Penerze używającym gumki od majtek i gwoździ, by robić równe figury. Albo pracy Ukraińca Kislow, który mówił, że jego postacie to urzędnicy, ale ich głowy nie zostały odcięte – oni po prostu się bez nich urodzili.

W tym roku trafiło się kilka murali cudownych, sporo bardzo dobrych, kilka przeciętnych i ze trzy słabizny. Ogólnie poziom bardzo wysoki, ale zacznę od najsłabszych prac. Prozak i GR170. Te dwa kolorowe, tu powyżej (GR170 to ten gdzie widać białe okulary Moniki). Sporo ciepłych słów z ust organizatorów padło o tej dwójce zagranicznych malarzy (Prozak to Brazylijczyk, o GR170 już wspominałem – Hiszpan), ale dla mnie to okropny kicz, brak wyczucia i bardzo słabiutkie prace. Z czego Prozak jest nieco mniej słaby.

O przeciętnych pisać nie będę, więc garść bardzo dobrych. Przyjemniaczek od War-C. Z pewnością Włoch tworzący jako 2501 i jego oszczędna w kolory, hipnotyzująca praca (tuż powyżej).

Sainer z Etam Cru i jego golfiarz na hotelu faceta, który uwielbia golfa. Wiele z rzeczy, które robią Etamowie (Madame Chicken, Ostatni Mohikanin w tiszercie z Reksiem, Monkey Business, Makao, Niespodzianka i wiele innych) to mistrzostwo świata. Jestem ich wielkim fanem. Ale akurat ta praca Sainera jest „zaledwie” bardzo dobra. Solidna, ale bez szału – zabrakło pomysłu. Jeszcze Agata Królak i jej „pokój w głowie = pokój w świecie” na Węźle Pokoju (choć to już niezupełnie Traffic Design, a raczej projekt okołofestiwalowy).

Czarnobyl i jakiś post-apokaliptyczny mutant (?), który ozdobił ścianę szkoły podstawowej. Pojawiły się nawet głosy, że to styl tej pracy może mieć zły wpływ na dzieci. Z tym, że dzieci super się bawiły pomagając, a poza tym nie można dziecka w próżni wychowywać. Maciej Salamon i jego praca à la rysunki z zeszytu. Pener i jego niebieskie figury.

Na koniec perełki. Wspomniani urzędnicy Kislowa. Telewizyjny szum Proembriona – prosty, ale cudowny i świetnie wykonany pomysł. Przykucnięta postać, którą zrobiła Foxy. Taki prawdziwy streetart, wciskający się w warunki, które narzuca ulica. Cudo. Mrufig i jego niezwykła praca z kapitalnym wykorzystaniem cieni (drugie zdjęcie we wpisie, pierwsze po odbiciu Michała Lecha w szybie samochodu).

Kolaboracja Krika Konga i Gregora Gonsiora, dwóch zupełnie różnych stylów (Gregor z motywami, jak ze średniowiecznych szkiców i Krik ze swoimi specyficznymi postaciami). Przez twarz starego faceta z fajką, na której wyryto kotwicę i rozlewającą się plamę, ta praca mocno się wszystkim kojarzyła z morzem. I jeszcze dorzucę kapitalną pracę Oteckiego na Węźle Pokoju (poniżej). Styl bardzo rzadki w streetarcie, a jakże cudowny.

OK, niech ktoś szybko namaluje jakiś ładny napis „koniec”, a wy lajkujecie ich na Facebooku i komentujcie, które prace podobają się wam.

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi