książki, twórczość
Skomentuj

Ile twarzy ma tajfun? O reportażu „Twarze tajfunu” Małgorzaty Szumskiej

„TWARZE TAJFUNU. O POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA NA FILIPINACH”, MAŁGORZATA SZUMSKA, 2016, CZARNE

Dla większości Polaków Filipiny są skojarzeniową białą plamą na mapie; nierzadko do tego stopnia, że nawet nie wiedzieliby gdzie na globusie położyć palec, żeby je wskazać. To samo w sobie jest wystarczającym powodem do sięgnięcia po „Twarze tajfunu”. Od czego są reportaże, jeśli nie od wypełniania białych plam? Ale do rzeczy. W 2013 roku przez Filipiny przeszedł supertajfun Haiyan, na wyspach zwany Yolandą. Dla Filipińczyków tajfuny to nic nowego, ale ten był potężniejszy, niż jakikolwiek wcześniej. Zdmuchnął ich domy. Rozrzucił ciała ludzi i zwierząt, przez co jeszcze długie miesiące znajdowali zwłoki. Ludzie potracili domy, prace, dobytek, normalne życie. Małgorzata Szumska poleciała na Filipiny jako wolontariuszka YPDR, bo chciała im pomagać. Na miejscu robiła wiele rzeczy — odgruzowywała, robiła wywiady środowiskowe, rozśmieszała dzieciaki występami teatru lalkowego, czyściła rany, prowadziła sesje terapeutyczne. Ale obok tego wszystkiego, cały czas rozglądała się, rozmawiała z ludźmi, próbowała wszystko zrozumieć, poznać Filipińczyków. Tajfun ma bardzo wiele twarzy — dokładnie tyle, ile osób, które go przeżyły. Spotykając różnych Filipińczyków, Szumska pyta ich zawsze o te same trzy rzeczy — jak przeżyli Yolandę, czy są szczęśliwi i jakie mają marzenia; z zaskoczeniem odkrywając, jak wielu z nich mówi, że są szczęśliwi, na krótko po tym, jak stracili bliskich i niemal wszystko, co posiadali.

Opowieść, jaką Szumska snuje na dwustu czterdziestu stronach „Twarzy tajfunu” trudno opisać w kilku zdaniach; przede wszystkim ze względu na absolutną szczerość, jaką obdarza czytelnika. To nie jest psalm pochwalny na cześć akcji humanitarnych. Obok przekonania, że pomagać «należy», pojawia się też dużo wątpliwości o tym «jak» pomagać mądrze i skutecznie. Żeby ludziom pomóc odbudować ich życia, a nie tylko dać im wszystko gotowe. Żeby dzieciaki wyprowadzić na prostą, ale nie złamać im serca swoim wyjazdem. Żeby środki trafiły do potrzebujących, zamiast do lokalnych polityków. Szumska dzieli się z czytelnikiem swoimi sukcesami i satysfakcją, ale też pozwala mu towarzyszyć w momentach zwątpienia. W jednym fragmencie pisze tak: „Dobrze ubrani, eleganccy na swój sposób, nieskazitelnie czyści, z laptopami pełnymi ważnych danych i statystyk, ze smartfonami pełnymi ważnych numerów telefonów. Wszyscy radzili, jak pomóc, komu pomóc, złościli się, że jest tu tak dużo innych fundacji i organizacji. Wchodzili sobie w drogę, kłócili się ze sobą, jakby bali się, że zabraknie im miejsca do pomagania, że zabraknie tu potrzebujących ludzi. Wszyscy jedli drogie dania, pili piwo, śmiali się. Naprzeciwko na murze siedział chudy Filipińczyk w łachmanach, pustym wzrokiem patrzył przez szybę restauracji, poruszając przy tym szczęką, jakby i on coś jadł. Ulicę dalej z dobrego terenowego auta wyskoczyło dwoje roześmianych filipińskich dzieci, zawołały za mną »Hello!« i pobiegły przed siebie. Zniknęły mi z oczu za zakrętem, a kiedy doszłam do skrzyżowania, zobaczyłam, jak ze śmiechem rzucają kamieniami w bezdomne psy. Psy miały ogony związane jakimś drutem. Stały tyłem do siebie, tak że żaden nie mógł uciec w swoją stronę, kamienie raniły ich ciała. Zrobiło mi się niedobrze. Chciałam zwrócić dzieciom uwagę, powiedzieć coś, ale tylko spojrzały na mnie zdziwione i dalej rzucały kamieniami”.

Ale „Twarze tajfunu” to nie tylko refleksja nad pomaganiem, to również cały koloryt informacji o Filipinach — ich historii i współczesności, o zwyczajach, o rytmie dnia i kształcie całego życia. Obraz jaki się wyłania, jest trudny i niejednoznaczny. Walki kogutów, do dziś szalenie popularne. „Pierwsze po tajfunie zostały odbudowane kościoły. Potem areny do walk kogutów. Dopiero potem domy” — czytamy. Albo: „Często w rodzinnej hierarchii kogut jest zaraz po ojcu, dopiero potem są matka i dzieci. Kogut to żywiciel rodziny. Jeśli wygra walkę, ojciec wróci w niedzielę pijany i przyniesie sporo pieniędzy. Jeśli przegra — ojciec też wróci pijany, ale bez pieniędzy, a tego nikt nie chce”. Z drugiej strony, są rzeczy pozytywne — jest uśmiech ludzi, nieco może dziecinny, ale jednak pozytywny, pełen nadziei. Są ludzie, którzy rozmawiając z tobą, koniecznie chcą, byś usiadł. Są dzieci zawsze gotowe do zabawy, ciągnące przybyszy za dłoń, żeby pokazać ruiny swojego domu i swoich rodziców. Są marzenia. Jest słońce. Jest piękny ocean.

Wstrząsają też opowieści o brutalnej historii kraju, który był hiszpańską kolonią, później znajdował się pod amerykańską dominacją, a w czasie drugiej wojny światowej pod okupacją okrutnych Japończyków („Gwałty były codziennością. Nieważny był wiek dziewczyny. Dwadzieścia lat czy dwanaście. Co za różnica? Matki chowały córki w dżungli, w zaroślach, w jaskiniach. Same już nie miały siły się chować. A po wszystkim wiele z nich popełniło samobójstwo. To były ciemne czasy. Pamiętam to wszystko. Widzę obrazy, ale są one czarno-białe, bo nie pamiętam kolorów z dzieciństwa. Wydaje mi się, że nie było wtedy kolorów, niebo było szare od pyłu i dymu, ziemia spopielona, też szara. Ludzie bladzi, przerażeni, głodni. Ciągle było ciemno. Nie było elektryczności. Wszystko było szare i ciemne”). Ludziom, którzy rokrocznie pozwalają się ukrzyżować, w poświęceniu dla katolickiego Boga przywiezionego niegdyś przez Hiszpanów, religia zupełnie nie przeszkadza w wierze w magię, noszeniu amuletów ochronnych przed złymi duchami, rzucaniu klątw i kultywowaniu od wielu pokoleń uzdrowicielskiego masażu hilot. „Radośni ludzie wierzący w Chrystusa i w voodoo” — opisuje ich Szumska.

Kup książkę papierową lub elektroniczną.

CYTATY

„Nicnierobienie jest najgorsze, a nuda to największy wróg optymizmu. Za dużo czasu na myślenie sprawiło, że wiele osób popadało w odrętwienie. Rozleniwione ciała zaczęły chorować, ktoś dostał infekcji, ktoś gorączki, ktoś płakał, bo go naszła tęsknota za domem. Inni spali i w ogóle nie wychodzili ze śpiworów. Byli i tacy, którzy trzymali otwartą książkę i całe godziny patrzyli na tę samą stronę. Otumanieni brakiem zajęcia, dudniącym deszczem, szarością dnia. Poranne odprawy polegały tylko na potwierdzeniu, że dzisiaj nadal pada i że nie ruszamy się z budynku biura.
— Czy ktoś chce coś dodać? — zapytał któregoś razu Chris znużonym głosem. Taka pogoda nie wróżyła nic dobrego finansom jego organizacji, która musiała utrzymywać wolontariuszy, nawet jeśli nie pracowali.
— Ja bym chciała — powiedziałam niepewnie, bo Chris jako szef nadal mnie onieśmielał. — Studiowałam lalkarstwo w Polsce. Pomyślałam teraz, że można wykorzystać ten czas i zrobić przedstawienie lalkowe dla dzieciaków, takie edukacyjne albo terapeutyczne. Skoro i tak nic nie robimy, to można zająć się takim projektem — zakończyłam niezdarnie.
Wszyscy patrzyli na mnie życzliwie, uśmiechali się.
— To lalkarstwo można studiować? — zapytał Sam z Wielkiej Brytanii.
— Tak, przez pięć lat. I można dostać tytuł magistra.
— Czyli jesteś Master of Puppets, jak z płyty Metalliki?”

„Można jednak oswoić ten brud i to zepsucie, można stanąć obok groźnie wyglądających mężczyzn, którzy w półmroku wymieniają mrukliwe, chrapliwe słowa, i z uśmiechem poprosić ich o ogień. Spojrzą wtedy niepewnie na twarz pytającego, na wyciągniętą paczkę papierosów i z krzywym uśmiechem zgodzą się, ale w zamian za poczęstunek. Kawałek dalej ustawi się kilku ladyboyów w wyzywająco krótkich spódnicach. Będą nachalnie poprawiać swoje wypchane biustonosze, będą głośni, piskliwi, krzykliwi, wulgarni. Od nich można dostać w ryj. Zwłaszcza jak się gapisz niepotrzebnie. Ale możesz też przejść koło nich i powiedzieć: »Fajne buty!«. Albo po prostu: »Gwapa!«. Czyli piękna. Parskną histerycznym śmiechem. Pomachają ręką, zakryją dłonią usta, jakby się wstydzili. A potem niedbale poprawią te wrzynające się w penisa z trudem zdobyte stringi.”

„Osoba zajmująca się tradycyjnym masażem to manghihilot — ona wie, co ci dolega, czyta twoją energię, dotyka kilku punktów na ciele. Czuje blokady. Masaż jest bolesny, ale uzdrawiający, jak gorzkie lekarstwo, które musisz wypić, by poczuć się lepiej. Manghihilot to uzdrowiciel. Wierzy, że każdy ból, każda choroba wynika z braku równowagi. Równowagi między ciałem, duszą i umysłem. Braku balansu między czterema żywiołami, z których jesteśmy zbudowani. Zajmuje się więc nie tylko nastawianiem złamanych kości czy naprawą zerwanego więzadła. Nastawia złamane energie. Naprawia zerwane kanały energetyczne. Wprowadza do ciała harmonię.”

„Noga ugrzęzła mu pomiędzy kamiennymi blokami, wykrwawiał się na śmierć. Próbowałem wyszarpać mu tę nogę, przesunąć kamienie. Ale po chwili złapał mnie za ręce. Staliśmy twarzą w twarz, po szyję zanurzeni w tej krwistej wodzie. Patrzył na mnie, pocałował mnie w czoło. — Chłopak zaczął się dusić od łkania. — »Nic nie poradzisz — powiedział. — Noga utknęła, musiałbyś ją odrąbać, nie czuję już w niej bólu, nawet jeśli ją odrąbiesz, umrę od zakażenia, nie ma tu możliwości pomocy«. Mówił takie rzeczy, których nie chciałem słyszeć, których nie chciałem przyjąć. Jak to?! Mój ojciec spokojnie mówi, że mam mu dać umrzeć? Znów zanurkowałem, namacałem kamień, próbowałem go przesunąć. Drgnął lekko, wypłynąłem. »Jest szansa«, powiedziałem. »Nie ma«, odpowiedział ojciec. Znów zanurkowałem, kamień przesunął się w moją stronę, wyskoczyłem nad wodę. Ojciec stał blady, co chwila opadał z sił, podtapiał się. Podnosiłem mu głowę, całowałem po czole i policzku, nigdy z ojcem nie okazywaliśmy sobie uczuć, nie wypadało, ale teraz chciałem mu dać całą synowską miłość i przeprosić, że jestem taki beznadziejny, że nie mogę go uratować… Ojciec umarł. W wodzie. W moich ramionach.”

„— Meg, lubię cię, więc nie będę ściemniał: nie modliłem się, bo nie wierzę w żadnego Boga, za to intensywnie myślałem, bo wierzę w rozum. Jednak to nic nie dało, byłem bezsilny, i to najbardziej mnie przerażało. Nie ciemność, nie krzyki Rein, nie perspektywa śmierci, ale moja zasrana bezsilność. Zawsze bałem się śmierci w samolocie: samolot spada, wiesz, że zaraz umrzesz, a nie możesz nic zrobić. Bezsilność, najgorsze kurewstwo świata. Mam pięćdziesiąt lat, przeżyłem naprawdę dużo, żyłem z kilkoma dolarami w kieszeni przez wiele miesięcy i dałem sobie radę, ale zawsze wcześniej miałem wybór i mogłem działać, nie bałem się nigdy. Yolanda natomiast zamknęła mnie w kiblu rozmiaru kilku metrów kwadratowych z wrzeszczącą Filipinką, którą tak mocno kocham, i jedyne, co mogłem zrobić, to czekać.”

„Karla zatrzymała się dopiero na wspomnienie o martwym dziecku. Jej jedyny syn zginął zmiażdżony pustakami ze ściany ich domu. Karla stała niecałe pół metra dalej. Ostatnie godziny tajfunu spędziła, odgruzowując jego ciało. Podrywane przez wiatr kawałki skruszonych pustaków kilka razy uderzyły w jej miękkie ciało, raniły jej złotobrązową skórę. Jej krew mieszała się z krwią syna. Nie słyszała nic, tylko dudnienie swojego serca i nieprzerwany pisk w głowie. Paznokcie pękały boleśnie przy samej skórze, gdy wbijała palce w kawałki betonu. Miała dużo siły, jak lwica, która ratuje swoje lwiątko. Jej lwiątko jednak leżało martwe, nie było już kogo ratować. A kiedy już nie miała siły, położyła się na tych kamieniach, na tym kurhanie usypanym nad martwym ciałem jej małego chłopca i straciła przytomność. (…) Ponoć zgwałcono kilka sanitariuszek z Ameryki. Nie wiem, czy można kogokolwiek winić. Emocje, które ma się w ciele, same zaczynają tobą kierować, to nie mózg, nie serce, to chemiczne płyny kierują twoim ciałem. Nie wiem, czy ktoś wymyślił nazwę na ten stan. To nie był strach ani smutek. To zabójcza mieszanka żalu, poczucia niesprawiedliwości, lęku, nienawiści do Boga i radości, że się w ogóle żyje. To wszystko było jak koktajl z bąbelkami. Buzuje to w twoim ciele, aż pianka powoli zaczyna się wylewać. Wtedy jeszcze panujesz nad sobą, ale kiedy koktajl jest mocno wstrząśnięty, wybucha i ochlapuje wszystkich dookoła. To byli dobrzy ludzie, przed tajfunem. Teraz znowu są dobrzy. Ale przez tydzień byli potworami. Kiedy tak leżałam, poczułam, że ktoś stoi nade mną. Kopnął mnie lekko w nogę. »Patrz, jaka ładna«, powiedział. Poczułam, że się rusza, pochylił się chyba i zaczął sprawdzać moje ubranie. Potem odchylił dekolt, zerwał łańcuszek. Nie musiałam nawet udawać martwej, byłam już prawie martwa… Karla przerwała na chwilę swoją opowieść, znów zaczęła się dusić od łez. Wszystkie kobiety w mojej grupie kontynuowały tapping i płakały. Słuchały jej historii i płakały nad nią, nad jej synem, nad sobą i swoimi bliskimi, którzy odeszli. — Oddychaj głęboko. Oddychaj głęboko — powtarzałam tylko i opukiwałam jej receptory. Po chwili była gotowa mówić dalej, ale zamknęła oczy. Na jej twarzy widać było grymas bólu. Wspomnienia bolały fizycznie, paliły jej ciało. — Zerwał łańcuszek, wsadził mi rękę głębiej w dekolt. Nie umiałam wydusić z siebie nawet jęku, żadnego sprzeciwu. Poczułam, jak łapie mnie za pierś i ściska ją. — Karla wzięła oddech, łzy popłynęły strumieniem. — Dotykał moich piersi i sapał, a ja leżałam na trupie swojego syna, bezwładna, tak jakby to nie było moje ciało. Nie umiałam się poruszyć, nie umiałam uciec. »Jest taka miękka«, powiedział niskim głosem, a ja poczułam, że zaraz wybuchnę płaczem. »Pobawiłbym się z nią, gdyby była żywa«, coś takiego powiedział. Pozostali nadal chodzili po gruzach mojego domu, przewracali kamienie, szukali cennych rzeczy. A ja modliłam się, żeby nie zobaczył płynącej po moim policzku łzy, żeby nie wyczuł minimalnego oddechu. »Pobawiłbym się z nią, gdyby była żywa… Gdyby była żywa… gdyby była żywa…«, słyszałam w głowie jego głos. Czułam drgawki w ciele, koktajl zaczynał się pienić. Jego składniki to były strach, upokorzenie, wstyd, bezsilność, nienawiść. Drugą rękę położył na moim kroczu… — Gdy kobieta to powiedziała, otworzyła oczy, które na moment błysnęły metalicznym blaskiem. — Dotykał mnie przez spodnie, odpiął guzik: »Tylko popatrzę«, wymamrotał pod nosem. Piersi bolały mnie od jego mocnego uścisku, czułam jego rękę odpinającą zamek spodni. »Zabij go, Boże«, powtarzałam w głowie. »Zabij jego albo pozwól mi umrzeć«. Obiema rękami starał się ściągnąć mi spodnie. Postanowiłam chwycić kamień i uderzyć go w głowę, ale ciało nie słuchało mnie. Nie podniosłam nawet ręki, drgnęłam tylko lekko, ale on nie zauważył, ślepy od żądzy, zapatrzony w moje majtki. Gdzieś obok obsunęły się kamienie, ktoś do nas podchodził. To był jeden z jego kompanów. »Zobacz, co mi się trafiło«, powiedział ten, który zdzierał ze mnie spodnie. Obsunął mi je już do kolan. »Ładna, ciepła, miękka. Muszę załadować, za dużo mam stresu«. Tak powiedział, rozumiesz? »Muszę załadować, bo stres«. W głowie miałam tylko jedno zdanie: »Pozwól mi umrzeć, pozwól mi umrzeć…«. »W trupa załadujesz?! Mało masz żywych cipek?«, zapytał ten drugi i chyba go kopnął albo tylko popchnął. Poczułam, jak ten pierwszy przewraca się na mnie, jego głowa ląduje dokładnie tam, gdzie pewnie chciałby, by wylądowało co innego. Podniósł się, boleśnie wbijając mi dłonie w uda. »Napaliłem się«, powiedział tylko i kopnął mnie z całej siły w bok. Jęknęłam lekko, ale nie dosłyszeli. Po chwili wyszli. Byłam sama w ciemnościach. Ból wrócił mi pełną świadomość.”

„— Powiedz mi, Juka, czego ty się boisz? — próbowałam ją zainteresować. Chwilę mierzyła mnie wzrokiem. POP! — Niczego — odparła, wzruszając ramionami i znów strzelając gumą. Później dowiedziałam się, że dziewczynka straciła w Yolandzie starszego brata. Jego pokiereszowane, martwe ciało przez tydzień leżało wśród ruin ich domu, gdzie ciągle mieszkali, nawet po tajfunie. Juka przez siedem dni spała koło niego, jadła koło niego, głodowała koło niego. Teraz nie bała się już niczego.”

„— W końcu doczekaliśmy się odpowiedzi Ameryki. I muszę ci powiedzieć, że oni nie cackali się z Japońcami. Przyjechali i z góry strzelali do wszystkich. Nasi też ginęli. Trudno tak z samolotu ocenić, kto Japoniec, a kto Filipińczyk. Potem przypłynęły amerykańskie statki i wojska zeszły na ląd. Amerykanie zgromadzili setki japońskich żołnierzy na plaży, rozstrzelali ich i w tym samym miejscu zakopali, pod wilgotnym od krwi piaskiem. Następnie zgromadzili innych na placu we wsi. Też zastrzelili. Wykopali dziurę. Zasypali. Wspomnienia z tego okresu nabierają kolorów. Pamiętam plażę, cała była czerwona od krwi. Szedłem boso i patrzyłem, jak czerwony piasek oblepia mi stopy. Chciałem sprawdzić, jak głęboko sięga krew, jak głęboko piasek jest czerwony. Nie dokopałem się do końca, nie dotarłem do złotego piasku Bantayanu. Z czasem krew wsiąkła, ale ciągle jest na wyspie, tak jak kości Japończyków.”

Skomentuj, jesteśmy ciebie ciekawi