Oto pięć komiksów, które ostatnio przeczytałem, ułożone na zdjęciu tak, że im wyżej leżą, tym większe zrobiły na mnie wrażenie. Warto jednak dodać, że wszystkie pięć oceniam pozytywnie, bo staram się w życiu nie tracić czasu na opisywanie rzeczy, które mi się nie podobały.

Zastanawiałem się czy Samotność komiksiarza nie będzie opowieścią zbyt hermetyczną, taką dla rysowników i ewentualnie ludzi mocno zainteresowanych rynkiem komiksów, ale lektura rozwiała te obawy. To jest słodko-gorzki miks anegdotek, które mogą wciągnąć nawet komiksowego nowicjusza. Autor przywołuje je w kolejności chronologicznej, pokazując, że różnego rodzaju wpadki i zawstydzenia spotykały go na każdym etapie kariery. Śmiałem się w głos praktycznie przez całą lekturę, chociaż w jednym momencie spoważniałem i wzruszyłem się. Adrian Tomine jest mistrzem opowiadania błahostek, które jednak serwuje w taki sposób, że pobudzają do dodatkowych przemyśleń.

Wszystko zajęte to nie jest nowy komiks (2012), ale ostatnio odkryłem, że w jednej z hurtowni uchowała się jeszcze niewielka ilość, więc ściągnąłem je do sklepu i jeden egzemplarz dla siebie. Marcin Podolec zbudował w tym komiksie bardzo charakterystyczny klimat – przez kolorystykę, kreskę, sposób prowadzenia narracji, niedopowiedzenia i niedookreślonych bohaterów. Autor odrobinę się w tej mgle zagubił; w środkowej części brakuje trochę „mięcha”, pewniejszego poprowadzenia wątków i spięcia wszystkiego w jakąś całość, ale i tak warto dla samego nastroju, kilku zaskoczeń i wizualnie satysfakcjonującego zakończenia.

Nie lubię dzieci, nie chcę mieć dzieci i jestem hetero. Była więc całkiem usprawiedliwiona obawa, że opowieść o dwóch kobietach, wspaniale bawiących się przy opiece nad córką siostry jednej z nich, zwyczajnie nie przemówi do mnie, bo nie będę miał o co zaczepić się emocjonalnie. Stało się jednak inaczej – zachwyciła mnie czułość Pestki, dojrzałość i klasą, z jaką Lee Lai wplata cały wachlarz problemów, z jakimi może mierzyć się człowiek. Bohaterki są napisane świetnie i na tyle przekonywująco, że gdyby nagle wyszły z papieru, wydałoby mi się to naturalne. Piękna, angażująca obyczajowa historia. Rysunki są wspaniałe i mają bardzo ciekawy zabieg: Za każdym razem, kiedy którakolwiek z bohaterek jest szczęśliwa, jej twarz jest przedstawiona jako takiego dziko radosnego potworka. Sekwencja pojawiania się i znikania tych potworków jest dodatkową płaszczyzną opowieści.

Dopiero kiedy Lost In Time zapowiedzieli wydanie tego komiksu, dowiedziałem się, że Benoît Sokal tworzył (zmarł w zeszłym roku) również komiksy, bo ja znałem go jako projektanta gier przygodowych z serii „Syberia”. I nie będę owijał w bawełnę – Aquarica wciągnęła mnie po uszy i dała mi dokładnie to, czego potrzebowałem w ciemne zimowe wieczory: Barwną, pełną wyobraźni historię o niezwykłych rzeczach, miejscach i istotach. To była wspaniała przygoda! Z początku jakby z echem Lovecrafta, później rozkwitająca do czegoś zupełnie innego, barwnego i porywającego. Historię „Aquarici” współtworzyło dwóch przyjaciół: Benoît Sokal i François Schuiten. Najpierw przez lata chcieli, żeby z tego wyszedł serial animowany. To się jednak mocno przeciągało i w końcu Sokal zapowiedział, że zrobi z tego komiks. Przerobił storyboardy, narysował prawie wszystko, ale niestety zaczął przegrywać z chorobą. Dlatego ostatnie kilkanaście plansz dokończył Schuiten na podstawie notatek przyjaciela. I to jest właściwie jedyna wada tego tytułu: ten fragment Schuitena. Czuć, że nie jest stworzony z taką wizją i starannością, jak większość.

Science fiction to jest mój ulubiony gatunek, szczególnie właśnie takie bladerunnerowe czy cyberpunkowe. Wiadomo, że trochę strach czytać rzeczy robione na licencji, bo często robi się je na odwal, wiedząc, że nakład i tak się wyprzeda. Blade Runner 2019 nie jest takim przykładem! Tytuł zawiera wszystko to, dlaczego te klimaty w ogóle pokochałem. Tętniące życiem futurystyczne miasto utopione w nadmiarze – świateł, neonów, dymu, ludzi, kabli, betonu i szkła. Nieskończoną sieć ulic, budynków, dzielnic. Niemożliwą do wyliczenia kombinację opcji – tras, smaków, zajęć i kultur. A w tym wszystkim, nić jednej konkretnej opowieści, która, z początku jest ledwie widoczna, a z czasem, strona po stronie, staje w centrum naszego postrzegania. W tym tomie podoba mi się wszystko. Rysunki Andrésa Guinaldo są świetne; bardzo ekspresyjne, a przy tym czytelne mimo ogromnej ilości detali. Kolory Marco Lesko – nawet lepsze; idealnie dopasowane do bladerunnerowego klimatu, podkreślające wszechobecny chłód i błysk wygrywający z ciemnością. A do tego scenariusz Michaela Greena i Mike’a Johnsona jest naprawdę dobry! Wciągający na tyle, że strony przekładają się same (czytałem do trzeciej nad ranem, żeby skończyć za jednym posiedzeniem). To jest autorska historia i autorska bohaterka, chociaż są nawiązania do oryginalnej historii i autorzy nie pozwalają nam zapomnieć o tym, w jakim uniwersum się to dzieje. Bohaterka jest świetnie napisana, intrygująca. Ma swoje zalety i ułomności, dobrze wyeksponowane i nadające całej historii kolorytu. Historia nie jest naiwna, autorzy nie boją się spowolnić i zajrzeć bohaterom do psychiki. Na czas lektury przeniosłem się do innego świata.

Lubię słuchać ambientu podczas długich spacerów. Nie wychodzę z domu bez plecaka, w którym pomieszkują: latarka, papierowe magazyny, książki, zeszyty, no i mnóstwo papieru, żebym w każdej chwili mógł napisać kolejny list. Czasami fotografuję bezlusterkowcem Fujifilm X-A10, gram na Nintendo Switchu. Zbieram komiksy, książki, no i listy. Często wracam do tych archiwalnych, na nowo je czytając i oglądając wrzucone do kopert załączniki. Kocham ukorzeniać nowe roślinki, oglądać mapy i dotykać drzew. Znajdziesz mnie też na Fejsie i na Instagramie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zamknij
Zaloguj się
Zamknij
Koszyk (0)

Brak produktów w koszyku. Brak produktów w koszyku.


Podaj mejla, na który ma przyjść powiadomienie, jeśli produkt wróci do sklepu.