Teraz czytasz
„Rok 2020”, czyli animacja Kornela Nurzyńskiego, która rozśmiesza mnie do łez

„Rok 2020”, czyli animacja Kornela Nurzyńskiego, która rozśmiesza mnie do łez

Jeśli śledzicie tego bloga od jakiegoś czasu, mieliście szanse już spotkać tu prace Kornela Nurzyńskiego aka Karl Nesser. W 2015 roku Ola Wilk zrobiła wpis o jego plakatach. Stworzył on także jedną z okładek zarówno pierwszego, jak i drugiego „Turbomiksa”, czyli moich wielgachnych paczek z legalnymi empetrójkami. Dziś chciałbym polecić waszej uwadze jego niespełna czterdziestosekundową animację „Rok 2020”, czyli najnowszą odsłonę cyklu „Przygody Masonów”.

Podoba mi się styl wizualny animacji Kornela – proste elementy, otoczone tymi pofalowanymi drżącymi kreskami, do tego intensywne kolory, pozbawione cieniowania. Upraszcza to samą produkcję, a dzięki ciekawym, sympatycznym kształtom bohaterów i otoczenia, wszystko i tak wygląda bardzo atrakcyjnie. W odróżnieniu od poprzednich sześciu części, które były tworzone z założenia jako nieme, do oglądania na Instagramie bez klikania w ikonkę włączenia dźwięku, tym razem bohaterowie przemówili. Podkreślam to, bo nie ukrywam, że zakochałem się w głosie Króla; tym w jaki sposób mówi też, ale przede wszystkim koncepcją „złola”, czarnego bohatera, który po usłyszeniu czegoś takiego odpowiada: „No to się cieszę”. Rozśmiesza mnie ten motyw do łez. Zresztą przekonajcie się sami.

„Przygody Masonów” to niekonwencjonalna seria – czytam w mejlu od Kornela – którą w różnych formach tworzę od kilku lat jako luźne uniwersum. Nie ma to nic wspólnego z prawdziwą masonerią, używam tego określenia do przedstawienia tajemniczych, wpływowych postaci, których wygląd wzoruję na gangsterach z kina noir. Pierwszy raz użyłem ich w komiksie, którego żart polegał na tym, że Masoni, nie robiąc nic podejrzanego, po prostu pozdrawiają się wzajemnie na ulicy (niestety, z komiksu przetrwały tylko te kadry na Instagramie – przyp. mn).

Film „Rok 2020” narysowałem w pierwszym tygodniu lockdownu. Dzień wcześniej rozmawialiśmy z moją dziewczyną, Polą, o obecnej sytuacji jako III Wojnie Światowej opierającej się nie na atakach zbrojnych, tylko na medialnej dezinformacji. Media odgrywają główną rolę w budowaniu naszej świadomości, a równocześnie treści, które codziennie otrzymujemy z milionów źródeł nie są zawsze możliwe do zweryfikowania i nie znamy ich twórców. Ciągle myślę o przykładzie słuchowiska radiowego Orsona Wellesa, podczas którego Amerykanie uwierzyli w inwazję Marsjan. Fałszywe informacje podawane w radiu wystarczyły, żeby ludzie zaczęli się ewakuować, mimo że nigdzie nie widzieli zagrożenia. Sporo osób zmarło na atak serca, a podobno jeden facet zastrzelił swoją rodzinę, żeby uchronić ich przed torturami kosmitów. To był 1938, ale siła mediów się nie zmienia. Temat dezinformacji to odwieczne źródło teorii spiskowych, w które staram się nie wierzyć, ale szalenie mnie pociągają.

Kadr z pierwszej animacji tego cyklu

Wiemy, że wirus jest realnym zagrożeniem, ale nie mamy pojęcia na jaką skalę, więc na wszelki wypadek słuchamy się rozporządzeń bez względu na ich konsekwencje. Typowe działania wojenne to ograniczenia w komunikacji, wysadzanie mostów, blokowanie gospodarki prowadzące do bankructwa atakowanego kraju. Wycieńczonych ludzi, bez pracy i środków do życia poddaje się niewoli. W „Roku 2020” Masoni, pod dowództwem Króla, jako potężni kapitaliści przeprowadzają plan odcięcia społeczeństwa od narzędzi przetrwania, przejmując wszystkie bogactwa tego świata i nie używają do tego wojska, tylko medialną plotkę. To oczywiście ironia, ale równocześnie szokują mnie doniesienia o bezrobociu w USA, które przekroczyło już dziesięć procent, a w tym czasie prezes Amazona powiększa swoją fortunę o kolejne dwadzieścia pięć miliardów dolarów. Siedząc w domu może nie zarazimy się wirusem, ale bankructwo już pociąga za sobą samobójcze ofiary, jak w scenariuszu Wielkiego kryzysu z lat trzydziestych. Mam nadzieję, że chociaż oczyszczenie atmosfery w tym czasie przesunie nieco termin destrukcji Ziemi.

Swoje animacje staram się tworzyć ekspresowymi metodami. „Rok 2020” zajął mi siedem godzin od momentu powstania pomysłu, do wyrenderowania gotowego materiału. Jeśli całego filmu nie skończę w jeden dzień, póki temat jest gorący, mogę później wytrącić się ze stosunku emocjonalnego niezbędnego do utrzymania koncentracji na projekcie. Mam sporo niedokończonych filmów, z którymi straciłem więź i nie potrafię do nich wrócić.

Rysując korzystam z metod, które podpatruję m.in. w kreskówkach Hanna-Barbera i telewizyjnego anime, na ich podstawie wymyślam własne patenty. Takie produkcje, z powodu niskiego budżetu musiały korzystać ze sprytnych metod przyśpieszających czas realizacji. Wystarczy zasłonić bohaterowi twarz słuchawką telefonu, żeby zaoszczędzić na pracochłonnej synchronizacji ust w dialogu. W „Sailor Moon” widzimy całe sekwencje składające się z jednej klatki, gdzie dynamika rysunku, przejście kamery i odpowiednie udźwiękowienie dają wrażenie pełnego ruchu. Scenariusze do „Scooby-Doo” były pisane tak, żeby te same sekwencje wykorzystać jak najwięcej razy, np. ujęcie biegnących w jednej linii bohaterów na zapętlonym tle widzimy niezmiennie w każdym jednym odcinku. Dzięki takim sztuczkom w Hanna-Barbera udawało się wyprodukować cały sezon za taki sam budżet, jakiego np. Warner Bros potrzebowali na realizację jednego odcinka płynnej i złożonej animacji w „Looney Tunes”.

Kiedy byłem jeszcze w podstawówce, animacji uczył mnie profesor Kazimierz Urbański, który wcześniej był promotorem Antonisza. Jego filozofia pracy polegała na tym, żeby w jak najprostszy sposób oddać jak największą ekspresję. Tłumaczył mi, że w ogólnym ujęciu widz nie zwraca uwagi na detale i sprytny jest ten, kto nie traci czasu na starannych, płynnych rysunkach. Widz powinien dostawać sugestię tego co dzieje się w scenie, a nie dosłowne przedstawienie sytuacji. To psychologiczny efekt automatycznego uzupełniania tendencyjnych informacji przez nasz mózg. Ponieważ wiemy, jak działa ludzka anatomia, nie musimy rysować paznokci i stawów, a czasami nawet palców, żeby wiedzieć, że patrzymy na dłoń. Ręce Shin-chana przedstawiane są często jako kulki, a mimo to wiemy, że wciąż ma pięć palców.

Moje autorskie filmy zawsze powstają w ten sam sposób. Jak sen, przychodzi mi do głowy jakiś dialog i oczami wyobraźni, jak w telewizji widzę odtwarzający się w moim umyśle film. Zakochuję się w nim i cała energia mojego organizmu koncentruje się na potrzebie realizacji tej wizji w prawdziwym wymiarze. Jest to tak silne, że nie potrzebuję w tym czasie jeść, nie myślę o niczym innym i wstaję od komputera dopiero, kiedy film jest już gotowy. Potem z przyjemnością oglądam go na zapętleniu kilkadziesiąt razy i od następnego dnia już nie chce mi się o nim myśleć, jak w przelotnym romansie. Jest to coś w rodzaju transu, w którym buduję swój film od środka, nie jako zewnętrzny twórca, tylko staję się jakby elementem mechanizmu budowanej przez siebie maszyny. Ma to swoje konsekwencje, bo zupełnie odklejam się wtedy od rzeczywistości i takiego dnia mam bardzo duże trudności w kontaktowaniu się z ludźmi, ale wystarczy, że się prześpię i wszystko wraca do normy. Impuls, który kieruje mnie do zrealizowania swojej wizji jest tak mocny, że odczuwam fizyczny ból, gdy nie mogę tej pracy wykonać, dlatego staram się nie wpadać na żadne pomysły, kiedy jestem poza domem, bo inaczej mam złamane serce.

Bardzo rzadko tracę czas na projektowanie i szkicowanie. Nie potrzebuję zaczynać od storybordów. Najczęściej widzę w głowie gotowe rozwiązania i po kolei wprowadzam je w życie, ujęcie po ujęciu. W ten sposób łatwo jest mi zachować płynność przenikania scen, tak jak we śnie, gdzie jedna wizja prowadzi do kolejnej niczym kostki domina. Zawsze zaczynam od nagrania dialogu na telefonie. Przesyłam go na komputer, gdzie tworzę katalog według stałego schematu. Zakładam folder o nazwie „##FILM”, w którym zapisuję projekt z Sony Vegas i do którego renderuję na końcu gotowy materiał, folder „#Audio”, w którym gromadzę dźwięk i kwestie, potem kolejne foldery z numerami ujęć, gdzie zapisuję rysowane w Photoshopie klatki. Używam do tego tabletu Wacom Cintiq, na którym mam otwarty program graficzny, a na drugim monitorze program do montażu, do którego rysunki wklejam ręcznie na oś czasu, klatka po klatce, najczęściej w tempie 3/24, czyli przy odtwarzaniu w dwudziestu czterech klatkach na sekundę, każdy rysunek zajmuje trzy klatki w tym ciągu.

Sam podkładam głos w swoich filmach. Część dźwięków nagrywam sam, ale często posiłkuję się darmowymi bazami w internecie, żeby zaoszczędzić czas i nie martwić się hałasem z ulicy. Mój sposób mówienia w „Roku 2020” to głos, którego używałem pierwotnie do antropomorfizowania swojego kota. Lubię nim nadawać moim postaciom trochę złośliwy, a równocześnie niewinny ton, który robi na mnie ogromne wrażenie zwłaszcza w połączeniu z przemocą. Mam słabość do tworzenia historii opierających się na relacji kata i ofiary. Kat jest zawsze kimś potężnym i bezwzględnym, komu nie da się przeciwstawić. Jego ofiara musi być niewinna i bezbronna, żeby na końcu złamała nam serce.

Kornela możecie śledzić na Fejsie, Instagramie i YouTube.

© 2013-2020 Róbmy Dobrze