Teraz czytasz
Roksana Robok (2013)

Roksana Robok (2013)

+21
Zobacz galerię

Nienawidzi pisać – woli rysować, a zaraz po tym, podróżować, co zaszczepili w niej rodzice, ciągnąc ją po całej Polsce na rowerze. Łatwo uzależnia się od gierek na Facebooku. Lubi spać, choć niekoniecznie nocą, bo wtedy buszuje. Jednym z jej największych marzeń jest zamieszkać nad morzem, co – jak dodaje – chyba odziedziczyła po mamie. Z dzieciństwa najbardziej pamięta historyjkę z wąsem taty. Kiedy golił brodę, brzytwa zapędziła się aż na wąsa, a wtedy już pozostała „opcja «na Hitlera» albo bez”. Cały dzień wtedy płakała, „bo to już nie był ten tata”. Dobrze pamięta też dzień, w którym uszczerbiła sobie jedynkę bawiąc się w ciuciubabkę, po czym biegła z rykiem do pracy mamy. I coroczne wyprawy rowerowe, które robiła z rodzicami. Z roku na rok były to coraz dłuższe i ciekawsze trasy. Najbardziej ekstremalna trasa miała ponad tysiąc kilometrów. Startowali w rodzinnej miejscowości, Oleśnie, a metą był Gdańsk. Można było znacznie krócej, ale ojcu Roksany zachciało się też Mazur.

Uwielbia ilustracje i animacje Julii Pott. Z polskich najbardziej prace Moniki Grubizny i Emilii Dziubak. W wolnych chwilach lubi oglądać kreskówki. Jej ulubiona to „Niezwykłe przypadki Flapjacka”, bo – jak mówi – to świetnie narysowana kreskówka, a do tego sama chciałaby wziąć udział w jednej z przygód i jak Knykieć i Flapjack dopłynąć do cukrowej wyspy. Albo zamiast piwa w barze miętówkowego Larry’ego dostawać kufel słodyczy. I posłuchać muzyki lubi, najlepiej takiej której na co dzień nie słyszy się w radiu – dlatego uwielbia takie wynalazki, jak Soundcloud czy Spotify. Sama do siebie dokleja następujące określenia: płaczek, maruda, wieczne wahanie nastrojów i chodząca katastrofa. Roksana studiuje edukację artystyczną w opolskim Instytucie Sztuki, obecnie będąc na drugim roku magisterskim. Boi się czasu po obronie – pisze, że nie jest gotowa na świat. Chciałaby poznawać nowych ludzi. Jej postanowienie na następny rok, to poznać wirtualnych znajomych osobiście. Z pewnością nie zamierza też przestać rysować. Szkicownik ma zawsze w pogotowiu, chciałaby rozwijać swój styl i nauczyć się nowych rzeczy. Roksana to bardzo młoda artystka (rocznik 1990), także ma jeszcze na to dużo czasu.

Napędzają ją sytuacje, kiedy coś jej wychodzi, wtedy trudno ją od tego oderwać. Było tak choćby podczas warsztatów w Differdange, gdzie w ciągu trzech dni zrobiła ogromną ilustrację. To był taki piętnastometrowy pas pokazujący drogę, jaką przebywają współcześnie migrujący ludzie (tematem warsztatów było „Global Culture – New Ways of Living Together”). Styl Roksany leży w zupełniej innej galaktyce, niż to co teraz jest najpopularniejsze. Zamiast wygładzone, wszystko jest niechlujne. Zamiast być barwne, jest zdominowane przez czerń. Zamiast komputerowe, jest robione ręcznie. Jej prace nie atakują nas żadnymi sloganami, są bardziej wymagające i mniej określone. Jej prace to zresztą w pewnej części przypadek. Wszystko zależy od tego jaka plama tuszu się rozleje – dopiero wtedy doszukuje się w niej czegoś, a następnie wydrapuje, wymazuje i dorysowuje coś.

Cholernie mi się to podoba i odpowiada mi też czerń, bo to mój ukochany kolor (ona sama mówi, że unika kolorów, bo się ich boi). Roksana Robok to jedna z moich ulubionych polskich młodych artystek, właśnie ze względu na ten brud, nieuporządkowanie i czerń.

Roksana zdradziła mi też mały sekret (ten fragment zaczynał się od „i szlag trafi moją tajemnicę”). Otóż z warsztatów przywiozła sobie dwadzieścia metrów „takiego fajnego papieru”, z którego może wydrapywać zaschnięty tusz. I teraz ma problem, bo papier się kończy, a nie może znaleźć równie dobrego zamiennika. Innymi słowy: za trzy metry papieru mój tekst będzie równocześnie nekrologiem dla techniki Roksany Robok. Roksanę możecie śledzić na Facebooku i Behance.

Skomentuj jako pierwszy/a

Skomentuj

Your email address will not be published.

© 2013-2020 Róbmy Dobrze